Kontynuacja Los Malinos KLIK
Jak już chyba gdzieś wspominałam, w ciągu ostatnich lat zmieniła się nieco nasza sytuacja zwierzęca; i nie żeby pogłowie się zmniejszyło, wręcz przeciwnie - przybyło kotów-znajdów. Mogłoby to stanowić przeszkodę w przyjęciu jeszcze jednego zwierzaka do gospodarstwa, bo to i dodatkowy koszt*, i miejsce trzeba było zorganizować, bo pies niemały i raczej nienadający się do domu. Jednak w związku z tym, że nasz staruszek Pudels od grudnia rezyduje poza kojcem (w jego sytuacji zdrowotnej i kondycyjnej jest to lepszym rozwiązaniem), buda i zagroda były wolne. Tam więc na początku czerwca tego roku zakotwiczył Malin. W tej chwili jest to najlepszym rozwiązaniem, gdyż nasza posesja nie jest ogrodzona, a Malin jest psem powsinogą (tak został "wychowany" przez swojego pierwszego opiekuna, a i genetycznie ma chyba taką skłonność zapisaną) i puszczony wolno (jak np. Pudels) migiem poszedłby w las, i to dosłownie, bo gonitwy za zwierzętami bardzo go pociągają. Wobec ludzi i psów czy kotów jest łagodny i spokojny, ale sarny goniłby pasjami. To właśnie oraz brak możliwości puszczenia Malina wolno na posesji spędza mi sen z powiek, bo pod każdym innym względem zaadaptował się u nas bardzo dobrze. Z psami dogaduje się świetnie, zresztą i za pierwszym jego, wtedy jeszcze tymczasowym, pobytem było podobnie. Mimo że Pudels był jeszcze wtedy całkiem sprawny, no i niepozbawiony męskości (Malin zresztą też - początkowo), co mogło przecież skutkować męskimi spięciami. A jednak było inaczej - wszystkie trzy się świetnie dogadywały. I to się na szczęście nie zmieniło, co widać na załączonych obrazkach. Mam nawet wrażenie, a właściwie pewność, że po przybyciu Malina nasz staruszek nabrał więcej wigoru. Tłumaczę to sobie tym, że z jego punktu widzenia dołączył do stada ktoś z jego gatunku, a więc swój, podczas gdy wcześniej przybywało tylko kotów, których zresztą Pudels nie jest zwolennikiem. Nasz staruszek ma duże problemy ze stawami, trudno mu się czasem podnieść z leżenia, ale gdy tylko widzi któregoś kota, to natychmiast mu się włącza energia i zdobywa się nawet na galopik. Koty przywykły do tego, że mogą mu bezkarnie przebiec, a nawet przejść przed nosem, zwłaszcza gdy leży, bo zanim się z pozycji leżącej wygramoli, zdążą uciec.
Lesia i Pudels, Malin pod jabłonką.
Tytułowe psie zaleganie pokotem:
na pierwszym planie Leśna, za nią Pudels,
a w głębi Malin. Przy czym "w głębi" można odczytywać dosłownie,
a w głębi Malin. Przy czym "w głębi" można odczytywać dosłownie,
bo Maliner uwielbia leżeć w wykopanych przez siebie dołkach.
Całkiem głębokich, co postaram się pokazać wkrótce,
czyli gdy tylko zrobię zdjęcia jego aktualnym wykopaliskom. ;)

Tutaj znów cała trójca oraz zapraszająco wolny leżak.
Ten ostatni raczej ludzki, choć czasem zajmują go też koty -
najczęściej wtedy, gdy jest obłożony jakimś kocykiem
lub innym śpiworkiem, a jeszcze lepiej... człowiekiem. :)
Wraz z Malinem przybył nam dodatkowy obowiązek - mnie przeważnie spacer z rana, kilkunastominutowy, jeszcze przed pracą (a więc wcześniejsze wstawanie), a Igorowi (lub nam wspólnie) - długi popołudniowy/wieczorny włącznie z przebieżką. W sytuacjach podbramkowych w tych obowiązkach wspomaga nas także Pan Mąż.
Ten pies potrzebuje ruchu... Chcieliśmy mu to zapewnić i w swojej naiwności już pierwszego wieczora po jego powrocie do nas na spacerze odpięliśmy go ze smyczy, żeby sobie na tzw. Psiej Łące pobiegał z Lechą. Ale ten łobuz nie docenił naszej wspaniałomyślności i dał nura w trawy i krzaczory. A Igor za nim. Ja nie byłam w stanie, gdyż akurat wygrzebywałam się z trwającego około miesiąca ataku lumbago. No więc dreptałam nerwowo z Lesią, trzymając kciuki za długie i sprawne nogi Igora, który go po paru minutach przydybał - nawiasem mówiąc u płotu leśniczówki, dokąd Malin się wypuścił, być może po to, by po paru latach niewidzenia przywitać się z tamtejszymi psami. W końcu jeszcze za pobytu u Niefrasobliwego biegał sobie swobodnie po całej wsi i okolicach i zapewne znał tamtejsze piesory.
Psia Łąka. Najpierw przebieganko, potem leżanko i mizianko.
Oraz przytulanko. Z jęzorkiem. :)
Jeśli chodzi o relacje Malina z kotami, to w zasadzie nie ma między nimi specjalnie bliskich stosunków. To znaczy Malin by chciał, i owszem, interesuje się nimi, gdy łazimy po obejściu na smyczy, ale koty raczej czmychają, gdy się zbliżamy, gdyż niewłaściwie odczytują żywe zainteresowanie Malina. Myślę, że gdyby ten chodził luzem (tak jak było wcześniej, kilka lat temu, gdy tylko nas odwiedzał, kiedy zwiewał Niefrasobliwemu), kontakty między nim i kotami ułożyłyby się bezkonfliktowo. Ponieważ jednak nie mają one bezpośredniego, swobodnego kontaktu, a dodatkowo Malin jest na uwięzi, nie może być między nimi tak całkiem luzacko. To także nieco mnie martwi i intensywnie myślę, jak mogłabym to zmienić. Się zobaczy - na razie musi być tak jak jest.
Co by tu jeszcze? Najważniejsze chyba napisałam... Ach, nie, chwila - jeszcze coś! Nie napisałam, że bardzo się cieszymy, że Malin jest z nami. Także dlatego, że i pani Krysia może być teraz o niego spokojna i mocniej skupić się na swoim zdrowiu, a i na pozostałych pieskach, którymi się opiekuje: Klusce staruszce i Beniu.
Serdecznie pozdrawiamy, Pani Krysiu! Razem z Mańkiem, czyli jednak Malinem. :)
JolkaM
*Przy okazji kosztów chcę zaznaczyć, że oprócz wyprawki w postaci smyczy, misek, posłania i innych drobiazgów Malin został zaopatrzony przez panią Krysię w półroczny zapas karmy! Nie wspominając o innych smakołykach przesłanych nam ludziom przy okazji psiej przeprowadzki.
Jeszcze raz bardzo dziękujemy, Pani Krysiu! :)
PS Myślę, że nie zaszkodzi przypomnieć jeszcze jednego archiwalnego wpisu z Malinem - jest tam tyle energii! I chłodu, co nie jest przecież tego lata bez znaczenia. ;) KLIK
J.































