Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania malin, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania malin, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

środa, 15 października 2014

Malin bez przerwy*

Dziś znów kąsek dla psiozakręconych. Bo przecież wiemy, że odwiedza to miejsce wcale nie aż tak zakamuflowana opcja psia. :)
Kto czytał, pamięta. A kto nie zna historii Malina, a chce ją poznać, może ją prześledzić tu (klik i tu (klik). A oto aktualności.



Malin zaadaptował się u nas fantastycznie, z wyjątkiem zostawania w domu podczas naszej nieobecności. Pierwsza taka próba (okołogodzinna) zakończyła się zgryzieniem koszyka wiklinowego ustawionego przy drzwiach wyjściowych i zrzuceniem kilku doniczek z parapetu okiennego. Następna (też około godziny) – zrzuceniem doniczek, które i tym razem się nie potłukły, bo spadły na zerwaną z karnisza firankę (jedyną w całej chałupie!) i nadłamaniem akurat kwitnącego storczyka. Nie desperuję, bo może żył będzie. Najgorsze było wciąż przed nami. Nadeszło, gdy Pan Mąż wyszedł zaledwie na kilka minut z domu, ale niefortunnie w porze, kiedy Malin potrzebuje załatwić swoją grubszą potrzebę, o czym zapomniałam uprzedzić. Wydaje mi się, że to z tego powodu tak desperował, bo czy w innym wypadku zrzuciłby znów z parapetu kilka doniczek i słój z nalewką z aronii?! Nawet sobie nie wyobrażam, jaką robotę musiał odwalić Pan Mąż, sprzątając ten ulepek z podłogi, ścian i kaloryfera. W każdym razie Malin życie zachował, ale od tej chwili zaczęłam go zabierać do pracy codziennie. Doskonale się tam zresztą sprawował. 

Malinowy zakątek w pracy. Słoneczny - jak sam Malin. :)

Co kilka dni rano odwiedzaliśmy weta, by pobrać zastrzyk i zmienić opatrunek, a potem tylko zmienić opatrunek, po czym udawaliśmy się do redakcji, by oddać się pracy. W przypadku Malina sprowadzało się to do zjedzenia śniadania, następnie wielogodzinnego zalegania w pokoju i jednego lub dwóch wyjść do pobliskiego parku. Raz spróbowałam mu dać śniadanie jeszcze w domu, ale to nie był dobry pomysł, bo Malin po okołogodzinnej podróży samochodem oddał je na wykładzinę w pokoju redakcyjnym w stanie niemal nienaruszonym. :] Szczęśliwie obecny już w pracy kolega S. nie taki znów wrażliwiec i tę niezbyt apetyczną scenkę przetrzymał ze spokojem i zrozumieniem. Podobnym podejściem wykazali się zresztą i inni współpracownicy, z którymi spotykałam się czasem w korytarzu i na schodach, a którzy prędko zaczęli traktować moje codzienne przyłażenie do pracy z psem jako coś absolutnie normalnego i oczywistego. 



Ileż mówi to spojrzenie!

Bo koleżanka z pracy przyjęła sobie za punkt honoru wyprowadzić Malina z równowagi. 
Nie udało jej się. Nawet przy pomocy tego stworacha zwanego przez nas Bananem. :)

Pewnego dnia jednak odwiedziła nas jakaś ważna delegacja i zachciało im się też zajrzeć do naszego pokoju. Wstrzymałam wtedy oddech, ale ważne osoby nie przemieściły się do tej części pokoju, gdzie akurat „pracował” Malin i pozostał on niezauważony. Za kilka dni jednak sytuacja się niemal powtórzyła, tyle że w skład delegacji wchodziły tym razem jeszcze ważniejsze osoby, bo ze stolicy zjechane w bardzo ważnych sprawach, i tym razem już nie udało się nam Malina zakamuflować, gdyż leżał niemal pod nogami, tuż przy wejściu. Szczęśliwie, bardzo ważna delegacja wykazała się zrozumieniem sytuacji, nie wnikała zanadto w nasze sprawy personalno-pracownicze, nie legitymowano osobników wyglądających odmiennie od pozostałych i strach, który mnie początkowo obleciał, rozszedł się po kosteczkach. Uff!

Wyskoczyliśmy tu sobie na małe co nieco w parku. Ach, jesień, liście!

No a dalej było już właściwie całkiem normalnie i zwyczajnie. Rana goiła się co prawda dość długo, bo około miesiąca, ale gdy tylko można było odstawić antybiotyk, Malin został odrobaczony i zaszczepiony (w trakcie wizyt zgadałam się z jednym z wetów, który wykonuje szczepienia psów na wsiach w gminie i okazało się, że Niefrasobliwy odmówił szczepienia przeciw wściekliźnie). Malinek tymczasem zadomowił się u nas doskonale, zaanektował, jak już wspominałam, kosz Lesi, przybrał na wadze, pod dotykiem dłoni nie wyczuwa się już prawie żeber, sierść mu się zrobiła gładka i błyszcząca i ogólnie rzecz biorąc, wypiękniał jeszcze bardziej. W poniedziałek został pozbawiony męskości oraz zaczipowany (to ostatnie to już własna inicjatywa urzędu) i zaczynamy szukać mu domu. Właściwie już to się dzieje, gdyż Malin od kilku dni „celebrytuje” na stronie Urzędu Gminy w Sławnie, do którego to za podpowiedzią osoby zorientowanej zwróciłam się z prośbą o zrefundowanie poniesionych na leczenie i kastrację  kosztów.  W tym celu złożyłam stosowny wniosek, w którym przedstawiłam sytuację, poparty oświadczeniem pani sołtys, że pies nie należy do mnie, że rzeczywiście błąkał się po wsi bez opieki, i nie próbuję niedajbuk naciągnąć urzędu na koszty związane z moim osobistym psem. Ta procedura pozwoliła pominąć to, co mnie najbardziej niepokoiło, czyli uzyskanie formalnego zrzeczenia się psa przez Niefrasobliwego, który przez cały ten czas, gdy się nim zajmuję, ani razu nie przyszedł, żeby o niego zapytać, a jako że na wsi wieści wszelkie rozchodzą się błyskawicznie, jestem przekonana, że doskonale wie on, gdzie jest „jego” pies.

A tutaj poranne siku przy domu - z kotami, a jakże! :) Łażąc tak,
przypominam sobie czas sprzed dwóch lat, kiedy to wyprowadzałam tak Lesię
- nie z obawy, że ucieknie, bo jest powsinogą jak Malin, tylko dlatego,
że zaraz po zabraniu jej z lasu zebrało jej się na rozmnażanie.


Znowu do tej roboty... I to za takie marne grosze. :]

No i to byłoby na tyle, gdyby nie to, że jeszcze chcę dodać podziękowanie dla lecznicy w Sławnie, w której byliśmy przyjmowani jak starzy przyjaciele, dla Stowarzyszenia Projekt Zwierzaki za otwartość, życzliwość i deklarację pomocy, oraz dla pracowników Urzędu Gminy w Sławnie, którzy wykazali się empatią i zrozumieniem, zareagowali wzorcowo i także podjęli działania w celu znalezienia opiekuna Malinowi, zamieszczając informację o nim na swojej stronie. 

Nie wiem, jak się pogodzę z wyprowadzką Malina z naszego domu, ale od początku przecież przyjmowałam to za oczywiste i nie powinnam się tak przywiązywać. Czy jednak można zaprogramować się na opcję „nie zakochuj się”, opiekując się takim wspaniałym psem? Bo Malin, mimo rozróby, o której pisałam wyżej, zasługuje właściwie tylko na pochwały. To cudowny pies. Wspaniale dogaduje się z kotami, doskonale zachowuje się wobec dzieci (wypróbowane na sześcio- i dziewięciolatku – synach kolegi z pokoju w pracy), jest zrównoważony, grzeczny, posłuszny i mądry. Trzeba go tylko nauczyć pozostawania samemu w domu lub zapewnić mu pobyt np. w ogrodzonym miejscu, ogrodzie, wybiegu, gdzie nie będzie czuł się zamknięty i ograniczony. Trzeba pamiętać, że to pies, który do tej pory jeśli nie był na łańcuchu, był puszczany swobodnie i samopas wędrował po wsi, jak sądzę, także w poszukiwaniu jakiegoś kąska.

Na zupełny koniec jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć z abażurem. I powiem Wam coś: nie spodziewałam się, że ten... wiejski kundelek z taką godnością zniesie uzbrojenie go w coś tak pokracznego - i w jakimś sensie uwłaczającego - jak ten weterynaryjny abażur.


I co z tego, że mam ten klosz na głowie, 
i tak będę tu strażnikiem.

Teraz idę spać, ale mam na wszystko oko.
Porządek musi być! I kolacja o siódmej. Nno!

Bardzo chcę, żeby ten wyjątkowy pies znalazł odpowiedni, kochający dom i stąd moja prośba:

Kochani, niżej jest treść ogłoszenia i zdjęcia do pobrania, gdybyście zechcieli je rozpowszechnić swoimi kanałami. Z góry dziękuję, zwłaszcza tym, co wytrwali i doczytali do końca. ;)



Malin, około 3-letni pies, prawdopodobnie pomieszany owczarek i husky, a może nawet akita, jak mi ostatnio ktoś podpowiedział. Kto wie! Pies z interwencji, przejęty od właściciela, który nie opiekował się nim należycie, a który, gdy został ranny, wybrał sobie nasz dom w celu podratowania zdrowia. Gdyby nie to, że mamy już sześć kotów i dwa duże psy, Malin z pewnością zostałby z nami. To wspaniały pies, mądry, łagodny, o niezwykle zrównoważonym charakterze. Świetnie dogaduje się z kotami i innymi psami w domu, doskonale reaguje na dzieci. Lubi jeździć samochodem i bardzo prędko zaadaptował się do tej konieczności. Natychmiast "załapał" chodzenie na smyczy, choć nigdy wcześniej w ten sposób się nie przemieszczał. Znał natomiast prawie czterokilogramowy łańcuch. Jedynym problemem w tej chwili jest to, że nie potrafi zostawać sam w domu, ale z pewnością można to u niego "wypracować" cierpliwością i sposobem. Między innymi z tego względu nadaje się do domu, w którym przynajmniej początkowo nie będzie musiał zostawać sam. Pies jest przyzwyczajony do swobodnych wędrówek, więc idealny byłby dla niego dom z ogrodem lub przynajmniej z ogrodzonym wybiegiem, w którym nie czułby się zanadto ograniczony.
Pies znajduje się w województwie zachodniopomorskim (okolica Sławna), co nie znaczy, że nie jesteśmy w stanie zorganizować ewentualnego transportu, gdyby zakochał się w nim ktoś np. z woj. pomorskiego lub warmińsko-mazurskiego. :) Jest odrobaczony, zaszczepiony, wykastrowany i zaczipowany. Osoba, która zechce dać temu psu odpowiedzialny, dobry dom, będzie zobowiązana do podpisania umowy adopcyjnej z Urzędem Gminy w Sławnie, który wziął na siebie koszty leczenia, kastracji i czipowania.
Kontakt w sprawie adopcji: jolkam@ct.com.pl.


*  Bo już tu Malin bywał - w przerwach w nadawaniu: Malin, czyli przerwa w przerwie oraz Malin po raz drugi, czyli druga przerwa w przerwie. Dziś ma wejście specjalne! :)

JolkaM (jak Malinowa) ;)



poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Los Malinos



W poprzednim poście KLIK pod jednym z komentarzy niejaka Rabarbara, bardzo uważna czytelniczka, napisała: Jolko, ale że co? Że okazało się, że "Ty i tylko Ty, jesteś mu przeznaczona" ;)))? 
Ten komentarz dotyczył słów pani Krysi, która z kolei odnosiła się do pewnego zdjęcia, które wstawiłam jako zajawkę-zgadywankę... I tak to po nitce się dotarło do... Malina. :)

Malin już na ZMD występował - dla czytelników/ochotników spragnionych psich historii niniejszym zapodaję  ścieżki do wpisów, które przybliżą jego losy: Przerwa w przerwie, czyli Malin KLIK, Malin po raz drugi, czyli druga przerwa w przerwie KLIK, Malin bez przerwy KLIK, Malinowa nalewka z aronii KLIK, Malin pojedzie do Kluski i do Benia KLIK, Doniesienie z niedalekiej północy KLIK, Piątek z Malinem KLIK.

Dla osób, które nie znajdą czasu/ochoty na przedzieranie się przez treściowo bardzo obfite posty o Malinie, zamieszczam streszczenie: 
W 2014 roku w wyniku pewnych perypetii i okoliczności przejęłam psa od człowieka, który zajmował się nim beztrosko i nieodpowiedzialnie. A właściwie to się nim wcale nie zajmował. Ponieważ nie mogliśmy przyjąć Malina do naszego domu, z pomocą łańcuszka dobrych ludzi pod koniec roku udało się znaleźć mu bardzo dobry dom i opiekę. Malin, zwany odtąd Mańkiem, zamieszkał z panią Krysią i jej  ludzką i psią rodziną. I mieszkał tam blisko trzy i pół roku. 

W tym czasie nie raz zdarzało mi się go wspominać, zawsze bardzo dobrze (mimo pewnych komplikacji i trudności, jakie za jego przyczyną nastąpiły w moim życiu) i z pewną tęsknotą... Ten piesek, mimo że jestem kociarą do sześcianu, zapisał mi się w sercu jakimś sentymentem i czułością.

Może więc ten mój sentyment i tęsknota namieszały w kosmosie na tyle, że nadszedł dzień, gdy pani Krysia skontaktowała się ze mną i poprosiła o pomoc w... znalezieniu Mańkowi innego domu. I tu od razu uprzedzę ewentualne domysły i komentarze - to nie była decyzja nagła i podjęta z lekkim sercem, złożyły się na nią pewne zdarzenia i okoliczności. Już bez przybliżania szczegółów i rozwlekłych opisów napiszę tylko, że zmieniła się nieco sytuacja zdrowotna pani Krysi, a także rodzinna, i opieka nad tym wciąż jeszcze młodym i temperamentnym psem stała się zbyt uciążliwa, a wręcz niemożliwa. Usiedliśmy więc z Panem Mężem i zaczęliśmy rozważać wszelkie za i wszelkie przeciwy. Dla większego dramatyzmu sytuacji powinnam może napisać, że rozważania były burzliwe i emocjonujące, ale byłaby to ściema, gdyż ja może, a nawet z całą pewnością, jestem emocjonalna, ale Pan Mąż ze swoim zrównoważeniem i spokojnością do burzy nieczęsto doprowadza. Chyba że przesolę obiad! ;) 
A zatem w wyniku rzeczowej nie-burzy decyzyjnej wyszło nam, że Malin zamieszka z nami. 

Przyjechał do nas 8 czerwca i niemal natychmiast 
zaczął urządzać się po swojemu/psiemu.

Ukochane dołki - ten akurat pod jabłonką,
gdzie Malin spędzał czas w pierwszych dniach
- zaczepiony na dwóch połączonych ze sobą smyczach
dla wydłużenia zasięgu. I niechby tam sobie kopał następne dołki 
(ja tylko litościwie zasypywałam te, w których odsłaniał korzenie jabłonce), 
ale cwaniak przegryzł najpierw jedną smycz, potem drugą...

Na szczęście stało się to w naszej obecności
i zostało w porę dostrzeżone, a Malin spacyfikowany,
zanim ruszył na dłuższy spacer po tutejszych lasach i łąkach.
Zanim wymyślimy jakiś inny system uwalniania go 
z konieczności przebywania w kojcu,
który otrzymał w spadku po Pudelsie, musi w nim rezydować
- z przerwami na spacery.


Ten kłębek kłaków na zdjęciu to oczywiście Lecha,
ale w tle niezbyt może fotogeniczne buda i kojec Malina.
Buda jest ocieplona, pokryta prawdziwymi dachówkami, przestronna
i na zimę wymoszczona słomą (aktualnie słoma też tam jest,
ale Malin się jej sukcesywnie pozbywa).

I to by było na tyle tytułem wprowadzenia w powrót Malinera. Jeśli kto ciekaw, jak układają się teraz stosunki między zwierzorami, niech zajrzy w najbliższym czasie - nie chciałam przedłużać i tak przydługiego wpisu. Bo kto ma teraz czas na takie "powieścidła"...

Miłego tygodnia wszystkim tu zaglądaczom! :)

JolkaM



wtorek, 14 sierpnia 2018

Zaleganie psie pokotem

Kontynuacja Los Malinos  KLIK

Jak już chyba gdzieś wspominałam, w ciągu ostatnich  lat zmieniła się nieco nasza sytuacja zwierzęca; i nie żeby pogłowie się zmniejszyło, wręcz przeciwnie -  przybyło kotów-znajdów. Mogłoby to stanowić przeszkodę w przyjęciu jeszcze jednego zwierzaka do gospodarstwa, bo to i  dodatkowy koszt*, i miejsce trzeba było zorganizować, bo pies niemały i raczej nienadający się do domu. Jednak w związku z tym, że nasz staruszek Pudels od grudnia rezyduje poza  kojcem (w jego sytuacji zdrowotnej i kondycyjnej jest to lepszym rozwiązaniem), buda i zagroda były wolne. Tam więc na początku czerwca tego roku zakotwiczył Malin. W tej chwili jest to najlepszym rozwiązaniem, gdyż nasza posesja nie jest ogrodzona, a Malin jest psem powsinogą (tak został "wychowany" przez swojego pierwszego opiekuna, a i genetycznie ma chyba taką skłonność zapisaną) i puszczony wolno (jak np. Pudels) migiem poszedłby w las, i to dosłownie, bo gonitwy za zwierzętami bardzo go pociągają. Wobec ludzi i psów czy kotów jest łagodny i spokojny, ale sarny goniłby pasjami. To właśnie oraz brak możliwości puszczenia Malina wolno na posesji spędza mi sen z powiek, bo pod każdym innym względem zaadaptował się u nas bardzo dobrze. Z psami dogaduje się świetnie, zresztą i za pierwszym jego, wtedy jeszcze tymczasowym, pobytem było podobnie. Mimo że Pudels był jeszcze wtedy całkiem sprawny, no i niepozbawiony męskości (Malin zresztą też - początkowo), co mogło przecież skutkować męskimi spięciami. A jednak było inaczej - wszystkie trzy się świetnie dogadywały. I to się na szczęście nie zmieniło, co widać na załączonych obrazkach. Mam nawet wrażenie, a właściwie pewność, że po przybyciu Malina nasz staruszek nabrał więcej wigoru. Tłumaczę to sobie tym, że z jego punktu widzenia dołączył do stada ktoś z jego gatunku, a więc swój, podczas gdy wcześniej przybywało tylko kotów, których zresztą Pudels nie jest zwolennikiem. Nasz staruszek ma duże problemy ze stawami, trudno mu się czasem podnieść z leżenia, ale gdy tylko widzi któregoś kota, to natychmiast mu się włącza energia i zdobywa się nawet na galopik. Koty przywykły do tego, że mogą mu bezkarnie przebiec, a nawet przejść przed nosem, zwłaszcza gdy leży, bo zanim się z pozycji leżącej wygramoli, zdążą uciec.

Lesia i Pudels, Malin pod jabłonką.

Tytułowe psie zaleganie pokotem:
na pierwszym planie Leśna, za nią Pudels,
a w głębi Malin. Przy czym "w głębi" można odczytywać dosłownie, 
bo Maliner uwielbia leżeć w wykopanych przez siebie dołkach. 
Całkiem głębokich, co postaram się pokazać wkrótce, 
czyli gdy tylko zrobię zdjęcia jego aktualnym wykopaliskom. ;)


Tutaj znów cała trójca oraz zapraszająco wolny leżak.
Ten ostatni raczej ludzki, choć czasem zajmują go też koty -
najczęściej wtedy, gdy jest obłożony jakimś kocykiem
lub innym śpiworkiem, a jeszcze lepiej... człowiekiem. :)

Wraz z Malinem przybył nam dodatkowy obowiązek - mnie przeważnie spacer z rana, kilkunastominutowy, jeszcze przed pracą (a więc wcześniejsze wstawanie), a Igorowi (lub nam wspólnie) - długi popołudniowy/wieczorny włącznie z przebieżką. W sytuacjach podbramkowych w tych obowiązkach wspomaga nas także Pan Mąż. 
Ten pies potrzebuje ruchu... Chcieliśmy mu to zapewnić i w swojej naiwności już pierwszego wieczora po jego powrocie do nas na spacerze odpięliśmy go ze smyczy, żeby sobie na tzw. Psiej Łące pobiegał z Lechą. Ale ten łobuz nie docenił naszej wspaniałomyślności i dał nura w trawy i krzaczory. A Igor za nim. Ja nie byłam w stanie, gdyż akurat wygrzebywałam się z trwającego około miesiąca ataku lumbago. No więc dreptałam nerwowo z Lesią, trzymając kciuki za długie i sprawne nogi Igora, który go po paru minutach przydybał - nawiasem mówiąc u płotu leśniczówki, dokąd Malin się wypuścił, być może po to, by po paru latach niewidzenia przywitać się z tamtejszymi psami. W końcu jeszcze za pobytu u Niefrasobliwego biegał sobie swobodnie po całej wsi i okolicach i zapewne znał tamtejsze piesory.

Psia Łąka. Najpierw przebieganko, potem leżanko i mizianko.

Oraz przytulanko. Z jęzorkiem. :)

Jeśli chodzi o relacje Malina z kotami, to w zasadzie nie ma między nimi specjalnie bliskich stosunków. To znaczy Malin by chciał, i owszem, interesuje się nimi, gdy łazimy po obejściu na smyczy, ale koty raczej czmychają, gdy się zbliżamy, gdyż niewłaściwie odczytują żywe zainteresowanie Malina. Myślę, że gdyby ten chodził luzem (tak jak było wcześniej, kilka lat temu, gdy tylko nas odwiedzał, kiedy zwiewał Niefrasobliwemu), kontakty między nim i kotami ułożyłyby się bezkonfliktowo. Ponieważ jednak nie mają one bezpośredniego, swobodnego kontaktu, a dodatkowo Malin jest na uwięzi, nie może być między nimi tak całkiem luzacko. To także nieco mnie martwi i intensywnie myślę, jak mogłabym to zmienić. Się zobaczy - na razie musi być tak jak jest.

Co by tu jeszcze? Najważniejsze chyba napisałam... Ach, nie, chwila - jeszcze coś! Nie napisałam, że bardzo się cieszymy, że Malin jest z nami. Także dlatego, że i pani Krysia może być teraz o niego spokojna i mocniej skupić się na swoim zdrowiu, a i na pozostałych pieskach, którymi się opiekuje: Klusce staruszce  i Beniu.
Serdecznie pozdrawiamy, Pani Krysiu! Razem z Mańkiem, czyli jednak Malinem. :)

JolkaM

*Przy okazji kosztów chcę zaznaczyć, że oprócz wyprawki w postaci smyczy, misek, posłania i innych drobiazgów Malin został zaopatrzony przez panią Krysię w półroczny zapas karmy! Nie wspominając o innych smakołykach przesłanych nam ludziom przy okazji psiej przeprowadzki. 
Jeszcze raz bardzo dziękujemy, Pani Krysiu! :) 

PS Myślę, że nie zaszkodzi przypomnieć jeszcze jednego archiwalnego wpisu z Malinem - jest tam tyle energii! I chłodu, co nie jest przecież  tego lata bez znaczenia. ;) KLIK

J.



czwartek, 2 czerwca 2016

Malinowa nalewka z aronii

Wy poczytajcie sobie czerwcową bajeczkę o Malinie autorstwa JolkiM,
a ja przygotuję relację z kolejnego blogowego spotkania:
Polska - Szkocja. Ale było miło!!! :)

Malin - niezapomniany piesek mieszkający teraz u pani Krysi, która dała mu dom stały,
został uratowany z wiejskiej bezdomności przez Jolę, wyleczony i wypieszczony.
W czasie jego pobytu za jej drzwiami miała wiele przygód.
To jedna z nich.

Bajeczki powstały na podstawie rysunków do kalendarza Biała Kura 2016,
a te z kolei narysowała Hana do prawdziwych historii zwierzaków, 
które dzięki naszym blogom i naszemu blogowemu 
mikroświatkowi życzliwych ludzi znalazły swoje stałe domy. 

Bajki publikujemy na początku każdego miesiąca. 

CZERWIEC

Malinowa nalewka z aronii

Pierwszy raz duży pies Malin wbiegł na podwórko wczesnym latem. Albo późną wiosną - tego już nikt (wliczając w to najstarszych górali) nie pamięta. Pokręcił zadkiem, zamachał ogonem, rozgonił zdezorientowane koty, zauroczył Kocią Jolkę i jej młodocianą latorośl, po czym oddalił się w sobie tylko wiadomym kierunku. Malin, pies mieszkający z człowiekiem niefrasobliwym, nieodpowiedzialnym, tak zwanym wolnym ptakiem, od tej pory zaglądał na podwórko coraz częściej - radując Kocią Jolkę, jej zwierzolubną przyległość Igora oraz, choć w nieco mniejszym stopniu, Pana Męża (czyżby ten już wtedy coś przeczuwał?). A odkąd zamieszkała z nimi Lesia, pies z lasu - także ją. Tylko Pudels początkowo trochę buńczucznie protestował, szczekając (zresztą bez większego przekonania) w swojej zagrodzie. Czuł się odpowiedzialny za obejście.


Koty początkowo czmychały na wyżej położone obiekty, typu drzewo, dach, stół, wysokie krzesło, ale zaprzestały tego, gdy tylko zorientowały się, że pies jest przyjazny i wcale im nie dokucza. Po wielu miesiącach doraźnego dochodzenia na śniadania i kolacje, po wielu zimowych nocach spędzonych na werandowych fotelach przyszedł dzień, w którym Kocia Jolka znalazła Malina wyczerpanego, śpiącego na wycieraczce. Przerażona, zawiozła go do psiego lekarza.


Tym razem nie było to nic poważnego, wystarczył wzmacniający zastrzyk i Malin prędko doszedł do siebie, ale już za kilka dni powrócił do swojego przyszywanego domu ze skaleczoną łapą, którą to z kolei pozszywał lekarz, założył opatrunek, zrobił kolejne zastrzyki. 
Leczenie trwało około trzech tygodni, bo Malin spuszczony z oka dotąd gmerał przy założonym opatrunku, aż go sobie zdjął, a jakby tego było mało, zdejmował też szwy. Należało więc pilnować go nieustannie. Nie mogąc liczyć na współpracę z Niefrasobliwym, trzeba było Malina "zaadoptować" - pies zamieszkał w domu Kociej Jolki. I coraz silniej związywał się z jej rodziną, a najbardziej z nią samą. Ale przecież nie mogło stać się inaczej, skoro ta zabierała Malina nawet do pracy!


Do dziś zresztą Kocia Jolka nosi w sobie przekonanie, że Malin w swej niewątpliwej psiej mądrości uknuł przebiegły spisek. Gdy tylko zorientował się, że Kocia Jolka sama jadąc do pracy, zostawia go w domu w dni, w które zostaje w nim Pan Mąż, postanowił kategorycznie zaprotestować przeciw rozwiązaniu, które narażało go na dziesięciogodzinną rozłąkę z "mamusią". TEGO dnia Malin został w domu z Panem Mężem. Pozornie zachowywał się spokojnie, nie wzbudzał podejrzeń, odpoczywał, bezceremonialnie zajmując legowisko Lechy i nic nie wskazywało na nadejście katastrofy. 

Pan Mąż jako człowiek pracowity i zajęty - tu cytat - oddalił się po gumnie (koniec cytatu), na którym miał do załatwienia sprawy ważne i niecierpiące. Gdyby wiedział, jakie to u Malina spowoduje cierpienia oraz jakie będą ich następstwa, siedem razy zastanowiłby się nad podjętymi krokami i czym prędzej by się z nich wycofał. Wtedy jednak zabrakło mu widać intuicji i dlatego po kwadransie nieobecności przywołał go do domu podejrzany huk dochodzący z południowego pokoju, nieco na wyrost zwanego salonem. Widok nadmienionego pokoju był piorunujący: z parapetu okna, po ścianie i kaloryferze spływała buraczkowa ciecz, zajmując coraz większą powierzchnię podłogi, malowniczo rozsypywała się na niej pomarszczonymi kuleczkami aronii, rozdrobnionymi laskami wanilii, rozmokłymi listkami wiśni oraz połyskującymi kawałkami szkła, będącymi wspomnieniem dużego, pięknego słoja. Tak oto aroniowa nalewka Kociej Jolki legła w gruzach. Malin spoglądał na Pana Męża, wysyłając jednoznaczny komunikat: przecież wiesz, że nie lubię sam oczekiwać na powrót mamusi. Musiałem się jakoś uwolnić od tej kłującej samotności...
Nigdy się nie dowiemy, jakich wyrazów używał Pan Mąż, sprzątając rozlazły po pokoju ulepek ze słoja, gdyż Kocia Jolka po powrocie z pracy nie miała odwagi pytać o procedurę, którą ten dzielny i pracowity człowiek wdrożył w celu pozbycia się mazi z podłogi. Prawdopodobnie słów tych osoby szanujące siebie i czytelników nigdy by nie użyły publicznie, jakkolwiek w tamtym krytycznym momencie mogły one uchodzić za pomocne, wskazane i wręcz odznaczające się czarodziejską mocą - rozładowywania nerwów. To musiały być mocne słowa, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że po tej przygodzie Pan Mąż nie przegonił z domu Malina. Za to sam Malin osiągnął swój cel - odtąd już codziennie podróżował z Kocią Jolką. W samochodzie, obok swojej tymczasowej opiekunki, czuł się doskonale. Zwijał się w dorodny kłębek na fotelu pasażera, układał pysk na dłoni Kociej Jolki i spoglądał na nią maślano-Malinowym wzrokiem. Do dziś nie wiadomo, jakim cudem tą zablokowaną dłonią udawało jej się czasem zmienić bieg w samochodzie. Wiadomo jednak, że tych scen Kocia Jolka nigdy nie zapomni Malinowi...


Miłego dnia!

PODPIS


czwartek, 25 września 2014

Malin po raz drugi, czyli druga przerwa w przerwie



Pod koniec sierpnia Malin przychodził bardzo często, właściwie co dzień - w porach jedzenia, rano i wieczorem, aż znów zniknął. 2 września, we wtorek pisałam do Gosi: W niedzielę nie przyszedł, wczoraj rano też nie, już się martwiłam trochę. On ostatnio wychudł, stał się mniej wybredny względem jedzenia. Pojawił się wczoraj wieczorem i dosłownie rzucił się na żarełko. (...) 

We wtorek rano zastałam Malina zwiniętego na wycieraczce. Leżał bez życia, nos gorący, a on jakby trzęsący się, w dreszczach. Kompletny bezwład, nie chciał się w ogóle ruszać, wstać... Z pyska leciała mu podbarwiona krwią ślina. Spanikowałam. Zadzwoniłam do jakiejś czynnej od rana lecznicy w S. i postanowiłam zabrać go, wioząc Igora do szkoły. Z trudem wcisnęłam pod Malina jakąś płachtę tkaniny i wniosłam go do samochodu jak tobołek Tam pomału wgramolił się na siedzenie, na które Igor zdążył rzucić jakiś koc (Malin mokry, zapiaszczony). Leżał bezwładny, trochę nerwowy i jakby chciał uciekać... Dowiozłam go jakoś, bo w drodze się uspokoił. Przeniosłam z samochodu do lecznicy. Weterynarz zbadał go, obejrzał, zmierzył temperaturę. Okazała się prawidłowa, obmacał go pod kątem ewentualnych bolesności. Nic, w zasadzie bez jakiejś specjalnej reakcji. Wet wypytał mnie o wszystko i zdecydował się zrobić mu zastrzyki: przeciwbólowy, przeciwzapalny, antybiotyk i jakieś witaminy. Sprawdziliśmy jeszcze, zdejmując go ze stołu, jak nogi. Stał w zasadzie normalnie, przywołany przyszedł do mnie do drugiego pomieszczenia. Po powrocie do domu, gdzie go wypuściłam na podwórko, zachowywał się już całkiem normalnie, tylko jakoś tak dziwnie sztywno chodził. Zjadł coś i za chwilę zniknął, powsinoga. Z chustką Lesi na szyi - założyłam mu ją przed wyjazdem, żeby mieć w razie czego za co chwycić i przytrzymać go, bo nie miał obroży. Nie wiedziałam, jak będziemy go obserwować, a jeszcze bardziej nie wiedziałam, jak go dostarczę następnego dnia do lecznicy, czy przyjdzie. 
Do Gosi pisałam jeszcze tego dnia wieczorem: W pracy, gdy opowiadałam o zdarzeniu, doszliśmy do wniosku, że może on był taki zmęczony, wyczerpany po jakiejś gonitwie z psami czy co... Pojęcia nie mam, co to było. Nigdy nie widziałam psa w takim stanie, myślałam, że on... no wiesz...  A on mnie chyba nabrał, symulant...  
Muszę coś wymyślić z tym psem, M. trochę zrzędzi, i w sumie ma rację.

Woziłam Malina do weta przez kolejne dni, dostał jeszcze kilka zastrzyków i po niespełna tygodniu był jak nowy. A tymczasem ja i Gosia planowałyśmy, jak zabrać się do znalezienia mu domu, które to plany zawiesiłyśmy na jakiś czas z powodów niezależnych od nas.



A 16 września Malin przybiegł do nas wieczorem z paskudnie skaleczoną przednią łapą. Od dwóch dni za jakąś puszczoną samopas suczką ganiała sfora psów, a Malin oczywiście z nimi. Widocznie w ferworze zalotów wetknął łapę w jakieś wredne miejsce i zrobił sobie w niej dziurę (albo się pogryzł z innym psem, ale raczej to pierwsze).



Na lecznicę było już za późno, opatrzyliśmy z Igorem tę łapę i zabraliśmy Malina  na posłanie na ganku.Tam poleżał, zjadł kolację, ale gdy tylko usłyszał te ganiające psy, znów go poniosło (zew natury, kurna!). Igor go jednak dogonił i przyprowadził, a częściowo przyniósł, z powrotem. W obawie, żeby znów nie polazł i nie zanieczyścił rany i dodatkowo, żeby  nie okazało się, że zniknie przed wyjazdem do weta, wpuściliśmy go do domu. Dobrze, że Pan Mąż na dyżurze... Jednak Malin w nocy domagał się wyjścia, a ja, całkiem niemądra, otworzyłam mu w końcu drzwi, ale nie wzięłam na smycz i pies oczywiście poleciał w długą - pewnie szukać swojej wybranki. Rano go nie było na ganku, ale miałam nadzieję, że złapiemy go gdzieś we wsi, jadąc do szkoły/pracy. I tak było, kuśtykając, uganiał się za panną z innymi psami. Byłam przygotowana. Igor zarzucił koc na fotel, ja złapałam Malina (na szczęście ufnie podszedł, nie zwiał), znów uwiązałam mu słynną chustkę Lesi i zapakowałam do auta. U weta oględziny, golenie, szycie, zastrzyki. Założyli mu ładny, trwały opatrunek, z którym ewentualnie mógłby i po wsi latać (bo ten nasz oczywiście w nocy zgubił), ale już go tam nie wiozłam, bo zwiększyłoby to moje spóźnienie do pracy. Postanowiłam go zabrać ze sobą, licząc na wyrozumiałość moich współpracowników. Znieśli to z godnością, życzliwością i z uśmiechem - przez kolejne dwa dni także. :) Malin był bardzo grzeczny, spokojny, żadnej paniki, desperacji - to bardzo zrównoważony i ufny pies.

Na pieskim dyżurze w redakcji. :)

Na szybkim spacerosiku w położonym bliziutko parku z platanami.

Na noc zabrałam go do domu, żeby nie szukać go rano po wsi, ale około pierwszej w nocy zaczął się domagać wyjścia. Wzięłam go na smycz, wyprowadziłam, połaziłam trochę, posikał i wróciliśmy. Położyłam się, ale nawet nie zdążyłam zasnąć - w ciągu pół godziny znów zaczął piszczeć, drapać, wyć. Zaczęłam się obawiać, że zaraz i mnie, i Malina Pan Mąż spakuje w walizki i wyrzuci z chałupy. Wstałam, wyszłam z piesem,  bo może kupka. Łaziłam z nim jakieś dwadzieścia minut - nic. :] Wróciliśmy, położyłam się - wycie i szczeki. Znów wstałam, odczekałam chwilę, aż Malin przestał się nachalnie domagać wypuszczenia i bez względu na wszystko otworzyłam mu drzwi. Było osiemnaście po drugiej i miałam nadzieję na choćby odrobinę snu. Rano Malina nie było i już myślałam, że nie pojedzie na zastrzyk, ale pojawił się chwilę przed naszym wyjazdem. Następnej nocy się już nie wygłupiałam i jakkolwiek nie usłyszałam ani słowa skargi od Pana Męża, to sama zdecydowałam, że niech się dzieje, co chce, najwyżej spróbujemy pojechać do weta wieczorem, jeśli tego łosia nie będzie rano. I znów nie było, ale znów przyszedł kilka minut przed czasem naszego odjazdu. W pracy przez te trzy dni bardzo grzecznie wytrzymywał, właściwie cały czas spał. Tak sobie myślę, że ten pies mimo swoich pewnie niełatwych doświadczeń ma niesamowicie zrównoważony charakter, Leśka przy nim to adehadowiec pierwszej wody. :]

Od poniedziałku mam urlop -  Malin też. ;) Ale nie ma on urlopu od weterynarza -  jeździmy co dzień, z przerwą na wczoraj. W poniedziałek byłam w gminie rozpytać o ewentualną refundację kosztów leczenia (których jeszcze nie znam) i ewentualnej kastracji. Dowiedziałam się, jak postępować dalej i mam nadzieję na przeprowadzenie do końca leczenia, zaszczepienie Malina (bo przy okazji w lecznicy dowiedziałam się od takiego weta, który jeździ po wsiach i szczepi psy przeciw wściekliźnie, że Niefrasobliwy nie zaszczepił Malina), odrobaczenie - ale to wszystko dopiero po zakończeniu leczenia antybiotykiem. Dziś kolejna wizyta. I mam wielką nadzieję, że uda się szybko znaleźć Malinowi odpowiedzialnych, mądrych i dobrych opiekunów. Chciałabym, żeby to się stało jak najszybciej, bo ten pies już mnie zauroczył i kiedy pomyślę, jak trudno się będzie rozstać... Ech!
A, właśnie! Po tamtej hałaśliwej nocy, kiedy go wypuściłam, znów zaryzykowałam zabranie go do domu - spał grzecznie do rana. I tak jest od bodajże tygodnia.


W sobotę kupiłam mu obrożę i kiedy idziemy na spacer z naszymi psami, zabieramy też na smyczy Malina. Chodzi grzecznie, nie szarpie, nie wyrywa się. Gdy jedziemy do weta, sam wskakuje do samochodu - mam wrażenie, że lubi jeździć, bo gdy skądś przyjeżdżam, biegnie do mnie i chce wsiadać do auta. Kiedy szykuję jedzenie psom i kotom i Leśka dostaje wariacji i obłędu, tańcząc i piszcząc, jakby tydzień nie jadła, a Pudelsa słyszę, jak poszczekuje w kojcu, Malin leży spokojnie i czeka. Co za pies! A może to jakaś cudowna metoda wychowawcza Niefrasobliwego tak działa...



Malinuszek Kłębuszek. :)

I to by było na tyle. Na razie. Jeśli kogo wczoraj zdenerwowałam, przerywając w newralgicznym momencie, to najmocniej dopraszam się wybaczenia, ale przecież kto przeczytałby taki tekścior naraz! Musiałam jakoś zachęcić kochanych odwiedzających. ;)

Malin prędko upodobał sobie kosz Lesi. 
Jakoś się dogadują - śpią w nim wymiennie.


Dziękuję za uwagę i proszę o trzymanie kciuków w najbliższym czasie. A gdybyście słyszeli, że gdzieś (fajny i odpowiedzialny) ktoś coś na temat takiego cudownego psa, że marzy, że chce, że śni, to wiecie, gdzie go pokierować, co? :)

Miłego dnia!

JolkaM


środa, 24 września 2014

Przerwa w przerwie, czyli Malin

Dzień dobry. Czy są na sali pieskie ludzie? Bo dziś dla odmiany coś dla nich. A że ci przecież z natury cierpliwi być muszą, to długas będzie po ich myśli, co? :)

Rzecz się dzieje w sporej wsi w województwie zachodniopomorskim. W mojej wsi. Rok 2012, maj. W nieodległym sąsiedztwie pojawił się pies. Opiekun nazwał go - jakże wymyślnie i adekwatnie! - Maliniak. Szczeniak to jeszcze, choć spory. Pan jego, z luzaków raczej (żeby nie było za ostro, cokolwiek eufemistycznie nazwę go Niefrasobliwym), wodzi za sobą szczeniaka po wsi bez smyczy i bez specjalnej uwagi. Pies chodzi za swoim panem, jak to pies. Młody pies. Oczywiście rozpiera go energia, więc spuszczony z oka przez Niefrasobliwego przemierza wieś wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu psich rozrywek. Czasem zajrzy do nas, bo nieogrodzeni jesteśmy. Pudels w swoim kojcu poszczeka trochę, ale nie desperuje zanadto, bo co mu tam jakiś młodziak. Zresztą Pudels ogólnie zaczepny nie jest, jeśli już, to bardziej wolałby poganiać koty. Pies jest łagodny, brykający, skaczący, jak to dzieciak. Zagląda coraz częściej, a my, czyli ja i Igor, pod jego urokiem coraz silniej. Pogłaszczemy, przytulimy, pobawimy się, a nawet (jakoś nieszczególnie pałając do imienia Maliniak) nazwiemy go Malinem. Co prawda trochę nam chłopak płoszy koty, ale jest to do opanowania, bo nie jest agresywny - koty się na jego widok rozpierzchają, jednak wkrótce dyskretnie i ostrożnie powracają. Radzimy sobie nie najgorzej.

Śliwka i Glizda w postawie "Ty, obcy, uważaj sobie!
Zobacz, jakie mamy irokezy na grzbietach!"

Dwie kotki i pies trzeci.

Zaraz, chwila, jeszcze raz: dwie kotki i kocur trzeci
- na dachu szopy. Mietek jest z tych odważnych inaczej,
nie będzie sobie nerwów zanadto nadwerężał. :]


Nadchodzi czerwiec. Przez kilka dni młody psiak dokazuje i bryka na naszym podwórku pod doświadczonym okiem starej, miastowej suni, która zamieszkała u nas na czas wyjazdu jej opiekunki na drugi koniec Polski.

Staruszka Yorga.

Śliwka i Glizderka podczas, ekhm, integracji ze staruszką
- pod moim samochodem.
To kudłate na górze fotki to brzuszek Yorgi.





A potem następuje lipiec i czas, w którym namierzam Leśną na skarpie przy drodze nr 6. Oswajam ją przez kolejne dwa miesiące, by przywieźć do domu  w połowie września. Obawiając się reakcji kotów na nią i jej na koty, zostawiam sobie margines niepewności co do jej dalszych losów i ewentualnego pozostania u nas. Okazuje się jednak, że koty nie reagują zanadto nerwowo, być może dzięki  temu, że zostały nieco oswojone z  obecnością swobodnie poruszających się, łagodnych psów - staruszki Yorgi i młodziaka Malina, który nas dość regularnie latem odwiedzał. Zapada decyzja, że Lesia zostaje.
Ale, ale, minęły właśnie dwa lata, odkąd Leśna jest z nami. Należy jej się chyba jakaś wspomnieniowa fotka. :)

To zdjęcie z listopada 2012 roku, czyli po dwóch miesiącach w naszym domu.

A to z września tego roku. :)

Tymczasem wróćmy do Malina.


Mijają kolejne miesiące. Malin pojawia się i znika, biega po wsi luzem, ale w pewnym momencie dowiadujemy się, że jego opiekun przypiął go do budy, bo pies straszył trochę mieszkańców; może ktoś się zdenerwował, interweniował, może Niefrasobliwy postanowił go "wychować".

Zimą pojawia się rzadziej, ale przybiega do nas, prawdopodobnie wtedy, gdy uda mu się uwolnić. Dostaje jeść, sypia na letnim fotelu na werandzie (bo jakoś tak szybko jesień, a zaraz potem zima nadeszła, że się nie zdążyło schować, i słusznie).

Tutaj na sugestię Gosi wklejam link do posta, w którym pojawiły się już kiedyś zdjęcia Malina i kilka słów o nim: Coś miłego na święta.



Wiosna nie przynosi większych zmian, poza tą, że jest coraz cieplej i mniej się martwimy o Malina, czy ma co jeść, gdy do nas nie zagląda.

Lato, różne sprawy, do naszego stadka dołącza Majtek; czas mija. Malin pojawia się i znika. Gdy przychodzi akurat w porze spaceru z psami, przyłącza się do nas i łazi za nami, ale że nie mamy dla niego smyczy, trochę się tego obawiamy. Przeważnie jednak jest grzeczny, choć potrafi się odłączyć od nas i wędrować samotnie. Czasem przybiega do nas z paskiem służącym jako obroża, do którego przyczepiony jest karabińczyk w rozmiarze... krowim. Za którymś razem odpinam mu ten ciężki osprzęt; trudno, niech sobie pan Niefrasobliwy wymyśli coś innego. Pewnego dnia Malin pojawia się u nas, ciągnąc długi łańcuch, który mu natychmiast odpinam. Z ciekawości ważę go - ponad trzy kilo. To wtedy postanawiam porozmawiać z Niefrasobliwym. Trochę się do tego zbieram, bo obawiam się całkowitego niezrozumienia, aż wreszcie biorę zarekwirowany łańcuch i udaję się do sąsiada - albo go nie ma, albo nie otwiera. Łańcuch zostawiam na podwórku, nie należy do mnie. Spotkanego wkrótce potem zagaduję w sprawie Malina i proszę, żeby się nim zaopiekował jak należy i żeby go nie trzymał na łańcuchu. W trakcie rozmowy odnoszę wrażenie, że gadam sobie a muzom, jednak przecież mam jakiś cień nadziei.

Zimą Malin zagląda od czasu do czasu, widocznie się jakoś uwalnia, nie wiem: z łańcucha, linki, czy jakiejś szopy? W każdym razie czasem u nas jada i sypia - znów na werandzie - druga taka zima. Kiedy znów przybiega do nas z tym samym ciężkim łańcuchem, odpinam go już teraz bez skrupułów i zatrzymuję. Zdarzają się okresy, że bywa u nas regularnie, cokolwiek dezorganizując sytuację z kotami, gdyż kilka z nich to tchórki i panikarze, i zwiewają - najbardziej Majtek, najświeższy w rodzince, oraz Bazyl. Trzeba całej logistyki, żeby wypuszczone na zewnątrz nawołać na czas żarełka oraz na noc do domu. Odbywa się to mniej więcej tak, że Igor "zagaduje" Malina na werandzie od południowo-zachodniej strony, a ja  postukując chrupkami w pudełku, oddalam się na północ, gdzie najczęściej się lokują (w przydomowym lasku), zbieram płochliwce i zanoszę do domu. Niekiedy z małymi komplikacjami, ale najczęściej w miarę sprawnie. Najgorzej jest przy porannym karmieniu i nawoływaniu, bo trzeba się spieszyć do szkoły i do pracy, czas ucieka i wtedy się zdarza, że napada mnie ambiwalencja i z jednej strony cieszę się na widok piesa, ale zaraz potem wzdycham "jeju, znowu Malin" (czytaj: łapanka kotów). Koty na szczęście z czasem stają się bardziej zżyte z naszym coraz częstszym gościem, zwłaszcza że ten ich nie zaczepia i ani trochę nie jest wobec nich agresywny. To bardzo duży plus. :)

Latem tego roku mam wrażenie, że Malin biega już zupełnie samopas, że Niefrasobliwy całkiem go sobie odpuścił.
2014. Sądząc po jaśminie w wazonie, musi to być czerwiec.

A to już niemal aktualność - wrzesień tego roku.


Pies stołuje się u nas, odpoczywa u nas, bawi się z Lesią, chodzi z nami na spacery, choć swoim zwyczajem samowolnie się oddala i wraca samotnie. Coraz częściej zastanawiam się, co zrobić z tym fantem, jak się zabrać do rzeczy, co przedsięwziąć, żeby pomóc temu psu. W pierwszym tygodniu września następuje coś, co przesądza o sytuacji. Któregoś ranka znajduję Malina na naszej wycieraczce w stanie wskazującym na wyczerpanie lub na chorobę. Nie mogę dłużej odsuwać od siebie konieczności bezpośredniego i natychmiastowego zajęcia się nim.

Cdn.

JolkaM

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...