Dziś znów kąsek dla psiozakręconych. Bo przecież wiemy, że odwiedza to miejsce wcale nie aż tak zakamuflowana opcja psia. :)
Kto czytał, pamięta. A kto nie zna historii Malina, a chce ją poznać, może ją prześledzić tu (klik i tu (klik). A oto aktualności.
Malin zaadaptował się u nas fantastycznie, z wyjątkiem zostawania w domu podczas naszej nieobecności. Pierwsza taka próba (okołogodzinna) zakończyła się zgryzieniem koszyka wiklinowego ustawionego przy drzwiach wyjściowych i zrzuceniem kilku doniczek z parapetu okiennego. Następna (też około godziny) – zrzuceniem doniczek, które i tym razem się nie potłukły, bo spadły na zerwaną z karnisza firankę (jedyną w całej chałupie!) i nadłamaniem akurat kwitnącego storczyka. Nie desperuję, bo może żył będzie. Najgorsze było wciąż przed nami. Nadeszło, gdy Pan Mąż wyszedł zaledwie na kilka minut z domu, ale niefortunnie w porze, kiedy Malin potrzebuje załatwić swoją grubszą potrzebę, o czym zapomniałam uprzedzić. Wydaje mi się, że to z tego powodu tak desperował, bo czy w innym wypadku zrzuciłby znów z parapetu kilka doniczek i słój z nalewką z aronii?! Nawet sobie nie wyobrażam, jaką robotę musiał odwalić Pan Mąż, sprzątając ten ulepek z podłogi, ścian i kaloryfera. W każdym razie Malin życie zachował, ale od tej chwili zaczęłam go zabierać do pracy codziennie. Doskonale się tam zresztą sprawował.
Malinowy zakątek w pracy. Słoneczny - jak sam Malin. :)
Co kilka dni rano odwiedzaliśmy weta, by pobrać zastrzyk i zmienić opatrunek, a potem tylko zmienić opatrunek, po czym udawaliśmy się do redakcji, by oddać się pracy. W przypadku Malina sprowadzało się to do zjedzenia śniadania, następnie wielogodzinnego zalegania w pokoju i jednego lub dwóch wyjść do pobliskiego parku. Raz spróbowałam mu dać śniadanie jeszcze w domu, ale to nie był dobry pomysł, bo Malin po okołogodzinnej podróży samochodem oddał je na wykładzinę w pokoju redakcyjnym w stanie niemal nienaruszonym. :] Szczęśliwie obecny już w pracy kolega S. nie taki znów wrażliwiec i tę niezbyt apetyczną scenkę przetrzymał ze spokojem i zrozumieniem. Podobnym podejściem wykazali się zresztą i inni współpracownicy, z którymi spotykałam się czasem w korytarzu i na schodach, a którzy prędko zaczęli traktować moje codzienne przyłażenie do pracy z psem jako coś absolutnie normalnego i oczywistego.
Ileż mówi to spojrzenie!
Bo koleżanka z pracy przyjęła sobie za punkt honoru wyprowadzić Malina z równowagi.
Nie udało jej się. Nawet przy pomocy tego stworacha zwanego przez nas Bananem. :)
Pewnego dnia jednak odwiedziła nas jakaś ważna delegacja i zachciało im się też zajrzeć do naszego pokoju. Wstrzymałam wtedy oddech, ale ważne osoby nie przemieściły się do tej części pokoju, gdzie akurat „pracował” Malin i pozostał on niezauważony. Za kilka dni jednak sytuacja się niemal powtórzyła, tyle że w skład delegacji wchodziły tym razem jeszcze ważniejsze osoby, bo ze stolicy zjechane w bardzo ważnych sprawach, i tym razem już nie udało się nam Malina zakamuflować, gdyż leżał niemal pod nogami, tuż przy wejściu. Szczęśliwie, bardzo ważna delegacja wykazała się zrozumieniem sytuacji, nie wnikała zanadto w nasze sprawy personalno-pracownicze, nie legitymowano osobników wyglądających odmiennie od pozostałych i strach, który mnie początkowo obleciał, rozszedł się po kosteczkach. Uff!
Wyskoczyliśmy tu sobie na małe co nieco w parku. Ach, jesień, liście!
No a dalej było już właściwie całkiem normalnie i
zwyczajnie. Rana goiła się co prawda dość długo, bo około miesiąca, ale gdy tylko można było
odstawić antybiotyk, Malin został odrobaczony i zaszczepiony (w trakcie
wizyt zgadałam się z jednym z wetów, który wykonuje szczepienia psów na wsiach
w gminie i okazało się, że Niefrasobliwy odmówił szczepienia przeciw
wściekliźnie). Malinek tymczasem zadomowił się u nas doskonale, zaanektował, jak
już wspominałam, kosz Lesi, przybrał na wadze, pod dotykiem dłoni nie wyczuwa
się już prawie żeber, sierść mu się zrobiła gładka i błyszcząca i ogólnie rzecz
biorąc, wypiękniał jeszcze bardziej. W poniedziałek został pozbawiony męskości oraz
zaczipowany (to ostatnie to już własna inicjatywa urzędu) i zaczynamy szukać mu
domu. Właściwie już to się dzieje, gdyż Malin od kilku dni „celebrytuje” na
stronie Urzędu Gminy w Sławnie, do którego to za podpowiedzią osoby
zorientowanej zwróciłam się z prośbą o zrefundowanie poniesionych na leczenie i
kastrację kosztów. W tym celu złożyłam stosowny wniosek, w
którym przedstawiłam sytuację, poparty oświadczeniem pani sołtys, że pies nie
należy do mnie, że rzeczywiście błąkał się po wsi bez opieki, i nie próbuję niedajbuk
naciągnąć urzędu na koszty związane z moim osobistym psem. Ta procedura pozwoliła
pominąć to, co mnie najbardziej niepokoiło, czyli uzyskanie formalnego
zrzeczenia się psa przez Niefrasobliwego, który przez cały ten czas, gdy się
nim zajmuję, ani razu nie przyszedł, żeby o niego zapytać, a jako że na wsi
wieści wszelkie rozchodzą się błyskawicznie, jestem przekonana, że doskonale
wie on, gdzie jest „jego” pies.
No i to byłoby na tyle, gdyby nie to, że jeszcze chcę dodać podziękowanie dla lecznicy w Sławnie, w której byliśmy przyjmowani jak starzy przyjaciele, dla Stowarzyszenia Projekt Zwierzaki za otwartość, życzliwość i deklarację pomocy, oraz dla pracowników Urzędu Gminy w Sławnie, którzy wykazali się empatią i zrozumieniem, zareagowali wzorcowo i także podjęli działania w celu znalezienia opiekuna Malinowi, zamieszczając informację o nim na swojej stronie.
Nie wiem, jak się pogodzę z wyprowadzką Malina z naszego domu, ale od początku przecież przyjmowałam to za oczywiste i nie powinnam się tak przywiązywać. Czy jednak można zaprogramować się na opcję „nie zakochuj się”, opiekując się takim wspaniałym psem? Bo Malin, mimo rozróby, o której pisałam wyżej, zasługuje właściwie tylko na pochwały. To cudowny pies. Wspaniale dogaduje się z kotami, doskonale zachowuje się wobec dzieci (wypróbowane na sześcio- i dziewięciolatku – synach kolegi z pokoju w pracy), jest zrównoważony, grzeczny, posłuszny i mądry. Trzeba go tylko nauczyć pozostawania samemu w domu lub zapewnić mu pobyt np. w ogrodzonym miejscu, ogrodzie, wybiegu, gdzie nie będzie czuł się zamknięty i ograniczony. Trzeba pamiętać, że to pies, który do tej pory jeśli nie był na łańcuchu, był puszczany swobodnie i samopas wędrował po wsi, jak sądzę, także w poszukiwaniu jakiegoś kąska.
Na zupełny koniec jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć z abażurem. I powiem Wam coś: nie spodziewałam się, że ten... wiejski kundelek z taką godnością zniesie uzbrojenie go w coś tak pokracznego - i w jakimś sensie uwłaczającego - jak ten weterynaryjny abażur.
Kochani, niżej jest treść ogłoszenia i zdjęcia do pobrania, gdybyście zechcieli je rozpowszechnić swoimi kanałami. Z góry dziękuję, zwłaszcza tym, co wytrwali i doczytali do końca. ;)
A tutaj poranne siku przy domu - z kotami, a jakże! :) Łażąc tak,
przypominam sobie czas sprzed dwóch lat, kiedy to wyprowadzałam tak Lesię
- nie z obawy, że ucieknie, bo jest powsinogą jak Malin, tylko dlatego,
że zaraz po zabraniu jej z lasu zebrało jej się na rozmnażanie.
przypominam sobie czas sprzed dwóch lat, kiedy to wyprowadzałam tak Lesię
- nie z obawy, że ucieknie, bo jest powsinogą jak Malin, tylko dlatego,
że zaraz po zabraniu jej z lasu zebrało jej się na rozmnażanie.
Znowu do tej roboty... I to za takie marne grosze. :]
Nie wiem, jak się pogodzę z wyprowadzką Malina z naszego domu, ale od początku przecież przyjmowałam to za oczywiste i nie powinnam się tak przywiązywać. Czy jednak można zaprogramować się na opcję „nie zakochuj się”, opiekując się takim wspaniałym psem? Bo Malin, mimo rozróby, o której pisałam wyżej, zasługuje właściwie tylko na pochwały. To cudowny pies. Wspaniale dogaduje się z kotami, doskonale zachowuje się wobec dzieci (wypróbowane na sześcio- i dziewięciolatku – synach kolegi z pokoju w pracy), jest zrównoważony, grzeczny, posłuszny i mądry. Trzeba go tylko nauczyć pozostawania samemu w domu lub zapewnić mu pobyt np. w ogrodzonym miejscu, ogrodzie, wybiegu, gdzie nie będzie czuł się zamknięty i ograniczony. Trzeba pamiętać, że to pies, który do tej pory jeśli nie był na łańcuchu, był puszczany swobodnie i samopas wędrował po wsi, jak sądzę, także w poszukiwaniu jakiegoś kąska.
Na zupełny koniec jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć z abażurem. I powiem Wam coś: nie spodziewałam się, że ten... wiejski kundelek z taką godnością zniesie uzbrojenie go w coś tak pokracznego - i w jakimś sensie uwłaczającego - jak ten weterynaryjny abażur.
I co z tego, że mam ten klosz na głowie,
i tak będę tu strażnikiem.
Teraz idę spać, ale mam na wszystko oko.
Porządek musi być! I kolacja o siódmej. Nno!
Bardzo chcę, żeby ten wyjątkowy pies znalazł odpowiedni, kochający dom i stąd moja prośba:
Kochani, niżej jest treść ogłoszenia i zdjęcia do pobrania, gdybyście zechcieli je rozpowszechnić swoimi kanałami. Z góry dziękuję, zwłaszcza tym, co wytrwali i doczytali do końca. ;)
Malin, około 3-letni pies, prawdopodobnie pomieszany owczarek i husky, a może nawet akita, jak mi ostatnio ktoś podpowiedział. Kto wie! Pies z interwencji, przejęty od właściciela, który nie opiekował się nim należycie, a który, gdy został ranny, wybrał sobie nasz dom w celu podratowania zdrowia. Gdyby nie to, że mamy już sześć kotów i dwa duże psy, Malin z pewnością zostałby z nami. To wspaniały pies, mądry, łagodny, o niezwykle zrównoważonym charakterze. Świetnie dogaduje się z kotami i innymi psami w domu, doskonale reaguje na dzieci. Lubi jeździć samochodem i bardzo prędko zaadaptował się do tej konieczności. Natychmiast "załapał" chodzenie na smyczy, choć nigdy wcześniej w ten sposób się nie przemieszczał. Znał natomiast prawie czterokilogramowy łańcuch. Jedynym problemem w tej chwili jest to, że nie potrafi zostawać sam w domu, ale z pewnością można to u niego "wypracować" cierpliwością i sposobem. Między innymi z tego względu nadaje się do domu, w którym przynajmniej początkowo nie będzie musiał zostawać sam. Pies jest przyzwyczajony do swobodnych wędrówek, więc idealny byłby dla niego dom z ogrodem lub przynajmniej z ogrodzonym wybiegiem, w którym nie czułby się zanadto ograniczony.
Pies znajduje się w województwie zachodniopomorskim (okolica Sławna), co nie znaczy, że nie jesteśmy w stanie zorganizować ewentualnego transportu, gdyby zakochał się w nim ktoś np. z woj. pomorskiego lub warmińsko-mazurskiego. :) Jest odrobaczony, zaszczepiony, wykastrowany i zaczipowany. Osoba, która zechce dać temu psu odpowiedzialny, dobry dom, będzie zobowiązana do podpisania umowy adopcyjnej z Urzędem Gminy w Sławnie, który wziął na siebie koszty leczenia, kastracji i czipowania.
Kontakt w sprawie adopcji: jolkam@ct.com.pl.
* Bo już tu Malin bywał - w przerwach w nadawaniu: Malin, czyli przerwa w przerwie oraz Malin po raz drugi, czyli druga przerwa w przerwie. Dziś ma wejście specjalne! :)
JolkaM (jak Malinowa) ;)










