Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Za Moimi Drzwiami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Za Moimi Drzwiami. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 października 2014

wtorek, 9 września 2014

Post dla tych, którzy myślą o adoptowaniu Janka

Jeśli ktoś inny też to jeszcze przeczyta, to fajnie, a jeśli nie ma ochoty, to ma dziś wolne. :))


Chcę opisać jeszcze raz możliwie jak najdokładniej, jak jego adaptacja wyglądała u mnie, żeby wiadomo było, czego się spodziewać - wiem, że kilka osób już się poważnie zastanawia nad powiększeniem swojej rodziny o tego kochanego kotka. 

Domyślacie się już, że Janek jednak szuka domu. Mimo tego, że nie będzie to proste, muszę ze wszystkich sił walczyć z chęcią przygarnięcia na stałe kolejnego kota, choćby nawet był to Janek z jego historią. Wciąż powtarzam sobie, że to nie jest Kayronek, a jemu będzie bardzo trudno pogodzić się z obecnością kolejnego kocura w domu, gdy wróci. 



Jeśli zdecydowałabym, że Janko zostaje (pomijam, że oczywiście nie mogę tego robić sama tylko z mężem i synami), to stałoby się dla mnie jasne, że nie nadaję się do pomagania kotom poprzez prowadzenie domu tymczasowego. W ubiegłym roku zdecydowaliśmy o przygarnięciu Hokusa, w tym - Stefy, jeśli tak dalej pójdzie, to zanim się obejrzymy, zakocimy się na amen.  Każdy nowy kot w domu to przecież oprócz kosztów i obowiązków także nowy układ osobowościowy mający wpływ na wprowadzanie tymczasów na pokoje. To nie jest proste.  

Janka nie powinnam zatrzymywać również dlatego, że on raz dwa znajdzie dobry dom. Ja mam nawet marzenia na ten temat, ale muszę poczekać, może, a nóż widelec…



O Janku, informacje dla nowego domu:
  • Kiedy Janek został złapany, wyglądał na wpół zdziczałego. 
  • Był kompletnie przerażony. 
  • Pierwsze dwa dni spędził za pralką w pralni. 
  • Wyciągałam go stamtąd najpierw w rękawicach (narciarskich), a potem gołymi rękami, poddawał się, ale to wrażliwy kot – bardzo się bał, okropnie.
  • Kiedy go wyciągałam, poddawał się głaskaniu, ale potem zaczynał płakać, miauczeć, chodzić nerwowo i wyraźnie szukać drogi wyjścia. Chciał się wydostać. 
  • Wzięłam go potem na górę do kociego pokoju, gdzie spędził jeden dzień i noc z Cynamonem. 
  • Również tam miauczał, szukał drogi ucieczki.
  • Wypuściłam go na dom, myśląc sobie, że będzie mu lepiej na dużej przestrzeni. Schował się za szafkami w kuchni i wychodził, by miauczeć i szukać drogi wyjścia. To wtedy poważnie myślałam, że tego nie wytrzymam, było mi go strasznie żal i myślałam, czy go nie wypuścić.  
  • Potem zaczął ze mną spać w nocy, tulić się, ocierać pyszczkiem o moje policzki i brodę, wtulać się we mnie, ale też kilka razy na noc budził mnie, płacząc. To były trudne dni i przerywane noce.
  • Mniej więcej po upływie półtora tygodnia wyraźnie się wyciszył, wszystko mu się odmieniło. Wydaje się, że zaakceptował życie w domu w stu procentach. Mimo że inne koty wychodzą i on to widzi, nie interesują go drzwi na taras ani okna. Jest spokojny, cichutki, miły, ociera się o nogi, daje główkę do głaskania. Wzięty na ręce zaraz się tuli. Śpi calutką noc przy mnie, choć dziś mnie zdradził i poszedł spać do Roberta. Na początku bał się go (MCO nie było kilka dni w domu), potrzebował dwóch dni, aby go całkowicie zaakceptować.  Wciąż jeszcze zdarza się, że przestraszy go nagły ruch czy dźwięk, ale to zupełnie inny kotek. Nawet apetytu dostał, a ponieważ jest bardzo chudy (waży ok 3,5 kilo), cieszę się z tego i wciąż napełniam mu miseczkę. W stosunku do innych kotów cały czas był i jest spokojny, choć raz, kiedy leżał na mnie i mruczał, nasyczał na Stefkę, która przyszła się koło mnie położyć. Ona się tym  nie przejęła i potem spały w niewielkiej odległości. 
  • Teraz wszystkie koty jedzą zgodnie blisko siebie, mijają się bez konfliktów i ogólnie panuje niesamowity spokój w kocim towarzystwie. Aż miło.
  • Rufiego bał się trochę na początku, choć nie panicznie. Po prostu ostrożnie koło niego przechodził. Teraz już robi to o wiele śmielej, choć jeszcze buziaka mu nie dał, jak to wiele innych tymczasków przed nim czyniło. Widać to kwestia czasu. 
  • Wydaje się, że nieudana pierwsza adopcja pozostała na szczęście bez wpływu na jego stopień oswojenia. Kot bez wątpienia przeszedł stres, ale kiedy znalazł się u nas, natychmiast wrócił do równowagi. 


Ogólnie oceniam, że Janek jest kotkiem bojaźliwym, subtelnym i ostrożnym. Trzeba uważać, aby być wobec niego cierpliwym, cichym, nie narażać go na stresy, a wszystko będzie dobrze. Trzeba pozwolić mu przełamywać się i odważać w jego tempie. To nic trudnego dla znającej się trochę na kotach, myślącej osoby. 

To wielki pieszczoch i już widać, jak kocha być z człowiekiem i ile mu od siebie da. Te wieczorne i poranne seanse pieszczot to coś niesamowitego. Czy mu to zostanie? Oby!


Oczywiście należy zdawać sobie sprawę, że kiedy Janek nabierze pewności siebie, kiedy już odnajdzie się w nowym domu, jego prawdziwy charakter dopiero się ujawni. Możemy tylko wnioskować z tego, co jest teraz. Przeważnie można dużo z tego wyczytać.  Nowy dom musi nastawić się na takie zachowania, jak opisałam, choć powinny one trwać o wiele krócej, bo on już sporo się nauczył. Na pewno jednak będzie Jankiem Muzykantem, będzie miauczał, będzie szukał drogi wyjścia, aż się uspokoi. 



Jestem za tym, aby kotek miał możliwość wychodzenia w spokojnej okolicy, nawet założyłam mu czip, by znowu nie zaginął, ale myślę, że nowy dom musi go przetrzymać nawet przez zimę, aż całkiem się przywiąże do miejsca i do ludzi. Nowy opiekun musi być cierpliwy (u mnie po dwóch tygodniach jest już super!), spokojny, mądry i uważny, by kotek nie uciekł. 

Takich ludzi szuka Janek, takich szukam dla niego. Myślę, że tu, Za Moimi Drzwiami, o takich nietrudno. 

Kotek ma ok. 5 lat (lekarz określił 4-6), jest wykastrowany, odpchlony, odrobaczony, zaszczepiony (jeszcze raz trzeba), ma zrobione testy na kocie choroby zakaźne fiv/felv (ujemne), wyleczony z zapalenia dziąseł, ma usunięty kamień (stąd to zapalenie było), ma założony czip, je wszystko, choć nie żarłocznie, raczej jak ptaszek, załatwia się idealnie do kuwety, chętnie drapie drapak, jest spokojny, bojaźliwy, spragniony miłości, kochany, piękny. Cóż jeszcze… Wystarczy.




Jeśli ktoś myśli o nim poważnie, proszę o kontakt mejlowy, mam jeszcze coś do dodania, a jeszcze więcej informacji jest na końcu posta Janek.


PODPIS

Mam nawet ochotę i skoro tak, to tak zrobię, na końcu dać Wam możliwość wyboru - zabawienie się w bycie mną. Decydujecie, czy mam kończyć z tą działalnością i zatrzymać Janka, czy oddać go w dobre ręce i działać dalej. Co byście zrobili na moim miejscu. Załóżmy, że trzeciego wyjścia nie ma, bo choć jest oczywiście, nie biorę go pod uwagę. Ja wiem co mam zrobić.



poniedziałek, 8 września 2014

Stefania Bąbel (Kiełbasa) Story

- Nie ma się co dłużej oszukiwać, co? - powiedziałam wczoraj rano do MójCiOnego.  
- Ano, nie ma - odpowiedział.

I w ten właśnie sposób Stefcia stała się oficjalnie mieszkanką domu Za Moimi Drzwiami!

Witaj w swoim domu, kochana Kiełbasko! :)

To się musiało tak skończyć. Stefa jest u nas od początku czerwca, już prawie trzy i pół miesiąca. Przywiązanie wzięło górę. Ta cudna, nieduża koteczka jest zupełnie niekłopotliwa. Powinnam raczej napisać - była niekłopotliwa, bo teraz... Dojdziemy do tego. :)

Stefka, która nosiła jeszcze wtedy imię Bąbel, zjawiła się u nas z dwójką swoich cudnych dwutygodniowych dzieci, dziewczynek  KaliMali (teraz Jaga i Iga) uratowanych przed utopieniem. Z tego, co wiem, Stefcia nigdy wcześniej swoich dzieci odchować nie mogła - wszystkie natychmiast po odkryciu przez właścicieli traciły życie. Ta cudna, mądra i spokojna kotka mieszkała w pijackiej melinie i to właśnie tam straciła z jednej strony szczęki swoje zęby. Od kopniaka, w pijanym widzie. Mimo to według moich informacji miała w rodzinie jedną życzliwą osobę, która nie dała jej zginąć z głodu. Ta osoba potem się kotki zrzekła - dla jej dobra. Brawo! Ja się bardzo ucieszyłam, bo szybko stało się dla mnie jasne, że nie będę w stanie jej tam oddać. Zdaniem byłej właścicielki kotka ma dziewięć lat. Trudno mi w to uwierzyć, wydaje się młodsza. 

Stefania była wspaniałą matką! Oddaną, spokojną, pedantyczną i, jak pamiętamy, odchowała Za Moimi Drzwiami nie tylko swoje dwie córeczki, ale także sporo podrzutków: trzy kociaki spod baraku (Figo, Fago i Kruszyna Skarpety) oraz trzy Leśniaki (Maślak, Borek i Muchomorek). W pewnym momencie miała więc pod swoimi skrzydłami 8 kociąt! Cudnie dała sobie radę. Cudnie!

Kiedy skończyła karmić, a prawie wszystkie dzieci znalazły już swoje domki, Stefa natychmiast dostała ruję, pokazując, jak wyglądało jej życie: ciąża, strata dzieci, ruja, ciąża, strata...

Tę kolej rzeczy przerwałam, poddając kotkę zabiegowi sterylizacji. Przeszła go idealnie. Na drugi dzień już czuła się super. 

Przygotowałam skróconą zdjęciową historię Stefci Kiełbaski Bąbel:

Pierwsze zdjęcie. Pamiętam, jak się bałam, czy ona ze stresu nie przestanie karmić tych maleństw.


Nie przestała.

Z powodu braku zębów Kiełbasce charakterystycznie wisi z jednej strony języczek. 


Stefcia długo miała wydęty brzuch - jak balon. W starym domu często jadła byle co, np. najtańsze psie puszki. I tak dobrze...


Cudnie przyjęła swoje adoptowane dzieci. Fago i Maślak. 





Bardzo powoli schodziła na pokoje, gdy w końcu już mogła. 

To strachliwa koteczka, Rufi ją przerażał, ale nie trwało to długo.

Tu widać, że kotka ma ruję. Okropnie się męczyła. Jednocześnie próbowała się wkupić w łaski Amisi,
którą wcześniej przecież sama pogoniła, gdzie pieprz rośnie!




Do ogródka owszem, ale najpierw tylko na pierwszy stopień schodów.
Teraz już schodzi niżej.


Ulubione miejsce: na szkatułce, na oknie, na słoneczku.
Na kolanach u babci. :)
Wituś nadział się na gniew Stefy. Koniec z tymi dzieciorami! Nno!

Pisałam, że kotka była niekłopotliwa, ale zmieniła się. No właśnie! Jaka jest teraz?

To koleżanka Amisi, z którą bardzo chce dobrze żyć. 

To trzpiotka!

Przyjaciółka.








To szaleniec, który chce zachęcić do zabawy Janka (on jeszcze nie umie się bawić).
Stefcia musi się bawić sama, co chętnie czyni.
MójCiOn mówi, że mamy w domu dziewięcioletniego kociaka! Stefcia nie chce być na rączkach, pieszczoty jej nie w głowie. Ona chce się bawić! Chce szaleć z wędką po łóżku, chce szeleścić tunelem, chce napadać na Rufiego i Hokusa oraz...



uwielbia gonitwy! Nie ona jedna. Za Moimi Drzwiami byli już tacy zawodnicy. Pamiętacie? 




Miłego dnia! 

PS. Jutro o Janku. Próby pisania nie o kotach spełzły na niczym. Piszę o tym, co mi gra w sercu, a grają mi, oczywiście, koty. :) Może dojdzie do skutku późnowrześniowy wyjazd nad morze, to będę miała inne tematy. Np. wizytę w magicznym domu Joli

PODPIS


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...