czwartek, 26 marca 2020

Gryzelda Dzika

Powróćmy do tego, co tygrysy lubią najbardziej: do kotów! :)

Od lewej: Gryzelda i Dzika.

Istotna informacja dla przypadkowych czytających: ta historia zaczęła się w tym poście (klik),
a kontynuowała się tutaj (klik).

W kolejnej części bardzo chciałabym Wam napisać, że koteczki wyzdrowiały,  wspaniale ułożyły sobie relacje z pozostałymi naszymi kotami, psami i nami, i żyły w naszym domu długo i szczęśliwie. Jednak to tylko w części zgadzałoby się z rzeczywistością...
Prawda jest bardziej, może nie brutalna, ale trzeźwiąca. 

Bo i owszem, siostrzyczki są zdrowe,  nieźle dogadują się z naszym zwierzyńcem, a i my kochamy je bardzo, ale ze względu na liczbę naszych zwierząt, a przede wszystkim przegęszczenie kotków (co, jak wiadomo, może odbijać się na ich zdrowiu)

nie mogą z nami zostać. 






Podstawowym założeniem było, że zostaną oddane, ale ze względu na chorobę maluchów, ich przedłużające się leczenie i nieco komplikujące sytuację powikłanie pokatarowe u Dziki, znacznie opóźniła się decyzja o poszukiwaniu im domu. Czas płynie tak szybko... Wydaje mi się, że dopiero co był ten dzień, kiedy je znalazłam, a przecież minęło już ponad pół roku, i oczywiście zdążyłam się do nich bardzo przywiązać. Bardzo trudno było mi się mentalnie nastawić na rozstanie z nimi, ale jest na to najwyższa pora i już się z tym pogodziłam, a teraz 

trzeba 
TYLKO 
znaleźć im 
wspaniały dom.

Wyeksponowane TYLKO to oczywiście ironia, bo przecież wiem, że nie będzie to proste, zwłaszcza że obie kotki są po przejściach i mimo wygramolenia się z choroby są delikatnego zdrowia i będą wymagały od opiekunów nieco większej troski i ostrożności w postępowaniu z nimi.

Obserwuję je już kilka miesięcy od wyleczenia kataru i widzę, że drobne dolegliwości, które pozostały po chorobie, nie utrudniają im życia, ani nie komplikują opieki nad nimi. Zresztą przed szukaniem im domu wstrzymywała mnie właśnie między innymi obawa o to, jak one będą sobie radzić i czy to nie będzie nieuczciwe "sprzedawać" komuś takie wybrakowane kotki. Jednak widzę, że wystarczy zapewnić im dobre żywienie, preparaty uodporniające, ciepełko w domu i ewentualnie nawilżanie powietrza (np. zbiorniczki z wodą na kaloryferze), i wszystko działa.

Wziąwszy więc pod uwagę owo przewrotne TYLKO, nie ma lepszego sposobu na szukanie domu kotkom jak poprzez magiczną stronę Za moimi drzwiami, gdzie nie takie proste przypadki jak ten się zdarzały. ;)

**********************

Koteczki mają około 9-10 miesięcy. W tej chwili są jeszcze przed kastracją, właśnie przeszły pierwszą rujkę i wkrótce trzeba będzie przeprowadzić zabieg, i albo zostanie to wykonane jeszcze u nas, albo (jeśli błyskawicznie znajdzie się dla nich dom, w co nie wątpię. ;) już po adopcji - do uzgodnienia.

Jeśli chodzi o charaktery koteczek, to oczywiście mogę już o nich po tak długim czasie sporo powiedzieć:

Dzika jest bardzo przymilna, jako jedyna z całej trójeczki od razu pozwalała się przytulać, nie uciekała, można było brać ją bez żadnego problemu na ręce. Od początku była też największa i do tej pory utrzymuje się niewielka różnica w wadze między nią i siostrami (ok. 600 g). Ma apetyt, lubi bawić się wędką i uwielbia gonitwy z siostrami. Z powodu przytkania kanalika łzowego miewa wówczas kłopot z oddychaniem - dostaje czasem lekkiej zadyszki i kicha, oczyszczając sobie w ten sposób nosek. Sytuacja choć może nieco przestraszyć (jak mnie początkowo), nie jest groźna. Dzika jest bardzo łagodna, dogaduje się z innymi kotkami i z psami. 

Dzika.




 Nie myślcie, że ona zawsze taka ciapunia - tutaj wdała się w walkę z drugą siostrą.

I oberwała niegroźnie z liścia. ;)


Gryzelda ma bardziej zdecydowany charakter, jest dość przebojowa (np. przy misce z jedzeniem!), jest ogromnym przytulaczkiem i ma bardzo ciekawą... przypadłość: gryzie i liże! (stąd oczywiście jej imię, które zamieniam czasem na Lizeldę). Kiedy się ją zaczyna głaskać, Gryzka uwielbia podgryzać delikatnie palce, lizać je, a kiedy ma dostęp do włosów (najlepiej długich) liże i gryzie włosy! Nie zabraniamy jej tego, bo nigdy nie było to agresywne, choć czasem zdarzy się jej mocniej drapnąć palec ząbkiem. Gryza ma dobry apetyt, czasem próbuje podjadać z nieswojej miski i potrafi być dość namolna w tym podkradaniu, zwłaszcza gdy wyczuje, że w sąsiedniej misce pachnie coś bardziej apetycznego. :) Doskonale dogaduje się z innymi kotkami i z psami. Psy to wręcz hołubi! Bardzo chętnie się do nich przytula, ociera się o naszego Malina i Lesię, a teraz gdy ma rujkę, to najchętniej eksponuje się właśnie wobec Malina, turlając się przed nim i go zaczepiając. ;)


 Gryzelda, czasem nazywana przeze mnie Sreberkiem. :)



 Ta łapunia obok to Malin - najlepszy psi kumpel Gryzy. :)

 Widać, jaka wyluzowana.
Tutaj akurat w dniach, gdy miała rujkę i, jak wspominałam, ewidentnie zaczepiała... Malina. ;)


Bardzo próbuję zrobić dobre zdjęcie jej oczu, ale wciąż mi się nie udaje. 
Są cudownie miodowe!





Obie siostry są ze sobą ogromnie zżyte, dlatego zależy mi na tym, aby znalazły wspólny, wspaniały dom. Bardzo często śpią obok siebie, wtulone jedna w drugą w najróżniejszych, przedziwnych pozycjach. 




  



Najczęściej Dzika przychodzi do śpiącej Gryzeldy, kładzie jej przednie łapki na plecach lub na boku i zaczyna miesić, czego tamta zbyt długo nie wytrzymuje. Dzika robi to z sercem i oddaniem (czytaj: ze sporym naciskiem), więc Gryza musi w końcu zaprotestować, odsuwając się nieco. Wtedy Dzika ze zrozumieniem ustaje, przytula się i śpią dalej obok siebie, a najczęściej - w siebie wtulone.

Teraz będzie jak w polskich filmach - nuda, dłużyzna, nic się nie dzieje... ;)


Ale, ale, uwaga! To tylko pozory!

Zwróćcie uwagę na przednie łapki Dziki i ich położenie na kolejnych ujęciach.

I co? ;)

He, he, tu się miesi!

A tutaj już Gryza nie zdzierżyła i się dyskretnie usuwa.
Nigdy nie reaguje z agresją. Siostry się bardzo kochają...

Cudownie jest je obserwować w tej przyjaźni, ale i w zabawie. Obie oczywiście fantastycznie mruczą. :)

Znajdźmy im dom, tym cudownym koteczkom, które ktoś wyrzucił na drogę jak niepotrzebne przedmioty, skazując je na cierpienie i głód, a w konsekwencji - na śmierć.

PS
Jeszcze tylko dodam, że przedłużające się leczenie koteczek było kosztowne i byłoby mi bardzo trudno udźwignąć ten wydatek, ale z pomocą przyszła Gosia, która pokryła ten koszt w całości z funduszy zbieranych na licytacjach prowadzonych przez niezawodną Królową Bazarku, czyli Ewę Thomas.
Jestem ogromnie wdzięczna za tę pomoc wszystkim, którzy się na ten fundusz składają, darowując na niego fanty lub licytując je. Bardzo dziękuję! 

Ze względu na duży zasięg profilu FB Za moimi drzwiami informacje o koteczkach do adopcji będziemy udostępniać właśnie tam - dziękuję, Gosiu! 
Aby ten zasięg jeszcze zwiększyć, proszę o jak najszersze udostępnianie.

Z kociarskim pozdrowieniem!

JolkaM






niedziela, 22 marca 2020

Przerywnik nie na temat

Zdjęcie dla przyciągnięcia uwagi. ;)

Żeby nieco rozładować napięcie zbudowane opowieścią o trzech siostrach kocich ;) opiszę wczorajsze zmagania mieszkanki prowincji w podróży do uzdrowiska.

Uzdrowisko mieści się w województwie kujawsko-pomorskim i ma na imię Ciechocinek. To tam blisko trzy tygodnie temu, a więc jeszcze przed wprowadzeniem obostrzeń z powodu epidemii, po dwuletnim wyczekiwaniu w kolejce, zainstalował się mój tato. Kiedy okazało się, że sytuacja epidemiczna rozwija się raczej w złym kierunku, wprowadzono tam pewne ograniczenia, ale turnus miał do końca przebiegać bez większych zakłóceń i nie przewidywano wcześniejszych powrotów kuracjuszy do domu. Gdy sytuacja zaczęła się zaostrzać, sami z tatą postanowiliśmy, że pojadę po niego, żeby nie narażał się w pociągach czy autobusach, co miało nastąpić w najbliższą środę. Kiedy więc wczoraj około czternastej usłyszałam w telefonie tatę i jego żartobliwe "czy piłaś dziś alkohol?", wiedziałam, co się święci. A ponieważ akurat tego dnia jeszcze się nie napiłam, to nie miałam żadnej wymówki. ;) 
Okazało się, że chwilę wcześniej, w porze obiadowej, kierownictwo ośrodka poinformowało kuracjuszy, że jeszcze tego samego dnia muszą opuścić uzdrowisko - rzekomo w związku z prawdopodobieństwem wprowadzenia ograniczeń w komunikacji między miastami, a także możliwą koniecznością przekształcenia ośrodka w obiekt do wykorzystania przez służby medyczne. 

Spakowałam się i w godzinę wyruszyłam z domu, zaopatrzywszy się w mapkę trasy w telefonie. Z trzech jej wariantów wybrałam taką z najkrótszym czasem przejazdu, żeby móc wracać możliwie wcześnie, bo nie lubię jechać po nocy w nieznanym terenie. W pośpiechu jakoś mi nie przyszło do głowy analizowanie trasy przejazdu; i to było moje pierwsze potknięcie, o czym jeszcze nie wiedziałam. 
Było słoneczne popołudnie, trasa całkiem przyjemna, wokół przyroda otrząsająca się z zimy, której  nie było, mogłam więc obserwować żerujące na polach żurawie, które uwielbiam. Muzyczka gra, ja pomykam. Nawierzchnia drogi znośna, chwilami nawet bardzo dobra - zaobserwowałam przy okazji dość ciekawe zjawisko metamorfozy poszczególnych odcinków wraz ze zmieniającymi się gminami, z czego wysnułam wniosek, że ma to ścisły związek z ich zamożnością lub kwestią wyboru priorytetów przez ich zarządców. Bo oto kończy się jedna gmina, a zaczyna kolejna, i nagle nawierzchnia z lekko podziurawionej i łatanej zmienia się w gładką wstęgę jeszcze pachnącą świeżością. Następna gmina wita kierowców jeszcze wyższym standardem lub wręcz odwrotnie - powrotem do dziur i kolein. Cóż za dbałość o komfort potencjalnie znużonego trasą kierowcy za pomocą ożywiania go różnorodnością nawierzchni!

Tymczasem w okolicy 170. kilometra wlazła mi w oko tablica ze znakiem węzła na autostradzie i... trochę się zaniepokoiłam. Szybko jednak odsunęłam myśl o tym, że moja trasa prowadzi przez autostradę właśnie; na sprawdzanie tego na mapce nie miałam warunków. Po kilku kilometrach, kiedy po prawej ujrzałam z daleka bramki, a miły głos w nawigacji poprosił mnie o skręt właśnie w prawo, to już tylko zbladłam i... skręciłam. Znalazłam się na drodze bez odwrotu, a przede mną te przerażające bramki! Ojej! Zdeterminowana myślą, że przecież nie ma stąd ucieczki, wybrałam jedną z nich, zbliżyłam się do szlabanu i wzrokiem rozbieganym i spłoszonym szukałam jakiejś podpowiedzi, a najlepiej człowieka! Jednak z wielkiej blaszanej szafy nikt nie wychodzi, nie wita mnie chlebem i solą, nie rozkłada czerwonego dywanu. I jeszcze ten brak jakiegokolwiek zapraszającego gestu ze strony szlabanu - za cholerę się nie podnosi! 
Aż zebrałam się w sobie i w ostatnim wysiłku skupiłam wzrok na jakimś przycisku, jedynym chyba sensownym (drugi był opisany jako Alarm, to  jeszcze go nie śmiałam dotykać) i raz kozie na wozie przycisnęłam, niemal kuląc się jednocześnie na siedzeniu, spodziewając się co najmniej ostrzału z broni maszynowej lub otwarcia zapadni pod moim samochodzikiem. Tymczasem - fanfary - z blaszanej ściany wysunął się zadrukowany prostokącik i jednocześnie uniósł się szlaban, na co błyskawicznie zareagowałam wciśnięciem pedału gazu w obawie, by ta upragniona sytuacja nie okazała się ino snem. 

Tym samym znalazłam się po drugiej stronie lustra. Wystraszona do tego stopnia, że nie byłam do końca pewna, czy aby Toruń występuje po drodze do Łodzi, a właśnie taki był kierunek autostrady. 
Szybko odkryłam jednak informację o nieodległym zjeździe na parking i już po 5 km mogłam zatrzymać się i spokojnie zweryfikować swoje położenie. Wybrałam opcję telefonu do przyjaciela, a jego rolę odegrał Igor, który potwierdził, że jestem na dobrej drodze - jak to brzmi! i po kilku głębszych... spokojnie, tylko głębszych oddechach, pojechałam dalej.

Jechało się świetnie, ale spokoju nie dawała mi myśl, że jadę płatną autostradą, a przecież nie uiściłam! Wyobraziłam sobie nawet, że migająca w oddali niebieskość to sygnały świetlne samochodu pościgowego, którym jadą stróże autostrady, by zakuć mnie w kajdany. Ponieważ większość z Was na pewno miała więcej styczności z takimi okolicznościami, wiecie więc, że pospieszyłam się z tymi wizjami, podczas gdy należało spokojnie dojechać do następnych bramek, w których - nie bez małych komplikacji - w końcu zapłaciłam za przejazd. Te małe komplikacje to zgodnie z prawem Murphy'ego wybór niewłaściwej bramki. Gdy w desperacji użyłam przycisku Alarm (a jakże, przyszedł i na to czas!), odezwał się głos, który poinformował mnie o konieczności wjechania inną bramką, w której wreszcie zobaczyłam żywego człowieka! Jakbym dostała skrzydeł, niemal go chciałam uściskać, ale że koronawirus, to ograniczyłam się tylko do zwrotu kartonika i wniesienia opłaty. Gdy po przejechaniu kolejnych piętnastu kilometrów ujrzałam wielką tablicę pt. Ciechocinek, odetchnęłam z ulgą, gdyż jako dziewczyna z prowincji mimo weryfikacji trasy ciągle jednak odczuwałam niepokój, czy aby jadę we właściwym kierunku.

W drodze powrotnej na nasze zadupowo wybrałam trasę z opcją unikaj autostrady.

A na deser taka scenka w ciemności: kilkanaście metrów przed samochodem na lewym poboczu uskoczył do rowu jakiś kłapouchy, a jednocześnie z tego samego miejsca w prawo "uskoczyło" coś, co początkowo wzięłam za sarnę. Kiedy jednak "sarna" z dużego susa wzniosła się w powietrze, rozpoznałam w niej... myszołowa. Sądzę, że moje pojawienie się w tamtym momencie uratowało życie zajączkowi lub królikowi. 

Nie pamiętam z żadnej dotychczas przejechanej trasy tak dużej ilości zwierząt napotkanych po drodze. I takiej ich różnorodności: sarny, zające, myszołów, borsuk, dwa stada jeleni, w tym jedno liczące około dwudziestu sztuk olbrzymów, częściowo przecinających drogę! A na koniec, tuż przed Słupskiem, trafił się jeszcze dzik.  
Zaliczyłam więc wczoraj nie tylko płatną autostradę, ale i nocny przegląd zoologiczny. :)

PS
I żadnych kotów! ;)


To pisałam ja
JolkaM

sobota, 21 marca 2020

Przydrożne, czyli Nim przyjdzie wiosna cd.

W części pierwszej  niniejszej powieści w odcinkach napisałam, w jaki sposób weszłam w posiadanie trzech zabiedzonych i chorych kociąt. Kto czytał, ten już wie, że były to same dziewczynki i że miały zaawansowany koci katar. A  kto mnie zna z zamierzchłości dość odległej, gdy przykleiłam się do Gosi i jej bloga, ten wie, że od niepamiętnych czasów jestem zakocona, a i zapsiona. Trzy nowe osobniki, i to chore, nie były więc wesołą niespodzianką, lecz co najmniej komplikacją. Dom nasz jest dość duży, ale tak urządzony, że trudno w nim wyodrębnić oddzielny pokój dla kotów z bardzo zakaźną chorobą. W obawie przed zarażeniem rezydentów w liczbie 9 (słownie: dziewięć) maluszki musiałam umieścić w garażu/kotłowni. Przez dwa-trzy pierwsze dni tkwiły biedaki w dużym kartonie, który od góry zabezpieczyłam przed wyjściem. Było im tam bardzo ciasno, więc z pomocą przyszła zaprzyjaźniona Kasia, nawiasem mówiąc to ta cudowna kobieta, u której doraźnie umieściłam wcześniej koty Wiatraczne; ma stajnię i cudowne stado koni, więc koty wiodąc gospodarskie życie, mają tam z nimi masę roboty. ;)
No dobra, bardziej z myszami, które pchają się do owsa. :)

Spożywają. Dzika i Gryza.

 Bardzo złej jakości zdjęcie jeszcze z klatki w garażu,
gdzie na szczęście miały nawet sporo słońca.
Ale i tak było mi ich bardzo żal, że muszą tam tak długo tkwić.
Leczenie trwało około czterech-pięciu tygodni.

Tutaj Gryzelda w prowizorycznej, niewielkiej kuwecie, żeby nie zabierać im miejsca w klatce.
Była tak urządzona, że mogły tam nawet biegać i bawić się. Ale rosły bardzo szybko i w końcu udostępniłam im "teren" garażowo-kotłowniany, przez co miały stale brudne łapki, 
bo ładowały się do przegrody z węglem.

Oczywiście po powrocie do domu trzeba było kontynuować zwalczanie katarzego świństwa. A okazało się ono bardzo zaawansowane i trudne do wyleczenia. Kotki smarkały, ciężko oddychały, z oczu ciekł im płyn, były zaropiałe i jedna z kotek miała lekko zdeformowaną powiekę. Zaczęło się więc jeżdżenie do weta na zastrzyki, a także zakrapianie oczu maluchom. To ostatnie wcale nie było łatwe, bo dwie kotki dość mocno dzikusowały. Paradoksalnie akurat Dzika była najspokojniejsza i najbardziej lgnęła do ludzi, ale też jej imię nie pochodzi od charakteru i zachowania, tylko stąd, że jej umaszczenie przypominało mi nieco słynnego Tadzika, czyli dziczka, który gościł niegdyś u Gosi. Patrząc z góry na nią, oczami może nieco wybujałej wyobraźni, widziałam dziczego warchlaczka. :)
 
 Dziczek? :)

Po kilku dniach leczenie zastrzykami zostało zastąpione podawaniem tabletek, nie musiałam więc już jeździć z maluchami do miasta, a samo podawanie lekarstwa nie stanowiło żadnego problemu, bo kociaczki z powodu doznanej głodówki na jedzenie dosłownie się rzucały, nawzajem warcząc na siebie, a  nawet odganiając się pacnięciami, jakby wciąż w obawie, że będzie go za mało, że nigdy się nie najedzą. W tamtym okresie często się zastanawiałam, jak długo te chore maleństwa tkwiły przy odludnej drodze pod Borzyszkowami... 

Koteczki chętnie pożerały  też  wzmacniające "maczugi" VetoMune. Szybko zaczęły też przybierać na wadze, były rześkie, chętnie się ze sobą bawiły. Często do nich zaglądałam, żeby nie czuły się samotne i nie dziczały, no i trwało oswajanie tych bardziej nieufnych, czyli Gryzeldy i Noski. Bardzo bałam się zarażenia naszych kotów katarem (jeju, jaki to teraz aktualny temat!), więc wychodząc do maluchów, zakładałam na siebie jakiś specjalny sweter albo koszulę tylko do tego przeznaczone, a po wyjściu od nich myłam bardzo dokładnie ręce. Nawet nie próbowałam sobie wyobrażać, co byłoby, gdybym przeniosła to świństwo...
 
Tu trzy siostry w czasie jednej z wizyt w lecznicy. 
Już mają ładne oczka, więc to jedna z późniejszych.

Leczenie się przedłużało, trzeba było wdrożyć znów zastrzyki, więc i jeżdżenie, a potem kolejne tablety. No i nieustająco krople. A kotki rosły, rosły, rosły, a ja się przywiązywałam...
We wrześniu kotkom nic już nie rzęziło, nie smarkało, były w na tyle dobrej kondycji, że leczenie zakończono. Dowiedziałam się jednak, że może pozostać im niewielkie łzawienie, gdyż kanaliki zostały nadwerężone. W razie nasilenia łzawienia miałam zakrapiać im oczy.
Przeczekałam jeszcze chwilę i zabrałam koteczki do domu, żeby się zintegrowały z naszymi kotami i psami (większe kompetencje społeczne to większa szansa na adopcję), a właściwie tylko z jednym psem, czyli z Lesią, która była w domu, bo Malin wtedy rezydował na dworze (ten czas przeszły wyjaśnię przy innej okazji).
  

 Kocia delegacja (Ciemniak) dyskretnie wita dziewczynki,
które przyjechały od doktorów po kontroli. 
Są zdrowe.

 Oj, coś jakby troszku się wujek Ciemniak złościł...

 Przyłącza się Kita, robiąc z Gryzeldą nosonos.
 
 Oraz nasz największy schizol Koton!

Integracja przebiegała całkiem nieźle, zważywszy na neurotyczny charakter Kotona i Ciemniaka. Z resztą rezydentów maluchy szybko się dogadały, podobnie jak z Leśną.
Czas mijał, a ja jakoś nie zabierałam się do szukania domów koteczkom, a przecież takie było założenie, i nie to, że chciałam od niego odstąpić, bo przecież kiedyś trzeba postawić granicę, i tak już mocno wyśrubowaną, ale trudno mi było się zebrać. Nie mogłam znaleźć w sobie dość energii i przekonania, że to już czas. Dodatkowo, obserwując dorastające dziewczynki, dostrzegłam niezwykłą więź między dwiema z nich: Gryzką i Dziką. Wtedy postawiłam sobie za cel, że one mogą pójść tylko do jednego domu, wspólnie. Zwłaszcza że już wcześniej zrozumiałam, że nie będę w stanie rozstać się z Noską, która jako największy dzikus wymagała najwięcej starań i troski.

Tutaj jakiś czas po leczeniu i już dość mocno oswojona Noska.

W międzyczasie pochorował się troczę nasz Ciemniak (dość paskudny ropień na łapce), więc  skupiłam uwagę na nim, a potem nagle zachorowała Noska (wysoka temperatura, brak apetytu, apatia) - tu wpadłam w panikę, bo zaistniało podejrzenie bardzo poważnej choroby. Na szczęście infekcja okazała się ostrym przeziębieniem. Po wyleczeniu dostała zalecenie niewypuszczania na zewnątrz i niedopuszczania do wyziębienia, gdyż z powodu przebytego kataru i prawdopodobnie wczesnego odstawienia od matki, siostry mają obniżoną odporność (mimo podawania im wzmacniających preparatów). A później zaczęło mnie niepokoić coraz częstsze kichanie Dziki. Do kichania doszedł jeszcze ciężki oddech i mimo że lekarka na koniec ich leczenia uprzedzała mnie, że pewne objawy mogą u nich nigdy nie ustąpić (Dzika od początku nieco trudniej oddychała), to jednak mnie to mocno wystraszyło. Zaczęłam się obawiać o bezpieczeństwo rezydentów, więc w listopadzie wylądowałam z Dziką w lecznicy, gdzie osłuchała ją lekarka i wykluczyła choróbsko jako takie, a na pokatarowe powikłanie, jakim jest przytkanie jakiegoś kanalika, zapisała lekarstwo, które miałam podawać przez 10 dni każdego miesiąca, łącznie przez trzy. Już w pierwszym miesiącu nieco ustały objawy, a po trzeciej dawce Dzika czuje się bardzo dobrze. Ciężko oddycha tylko wtedy, gdy się zmęczy, np. zabawą. Podobne objawy ma nasza Śliwka, która też jako przygarnięty z gospodarstwa kociaczek przeszła bardzo ciężki katar. Pozostał jej po nim lekko świszczący oddech i tendencja do przeziębień. Zresztą ze Śliwą Dzika ma więcej wspólnego, bo tak jak wyżej napisałam problem z kanalikami łzowymi oraz przepuklinę brzuszną (którą da się łatwo usunąć podczas kastracji), a także... niezwykle miękkie, gładkie futerko. Gosia miała okazję poznać Śliwkę, to wie, co nie, Gosiu?

 Dzika się weranduje.

 A tu wygląda...zza krzaka. ;)

I Gryzelda.

No i co? Strasznie się rozpisałam i żeby nie zanudzić Szanownych Czytających na dziś już chyba się powściągnę. :)
Do jutra?

CDN

To znów pisałam ja
JolkaM


czwartek, 19 marca 2020

Nim przyjdzie wiosna…


                
  a potem lato, i znów zdarzy mi się wdepnąć w jakieś kocie okoliczności,
opowiem Wam o  Przydrożnych.


Od lewej: Noska, Gryzelda i Dzika.

Dzika i Gryzelda.

Przydrożne czekały na mnie długo. Na tyle długo, że zdziczały, wychudły, straciły odporność i nabawiły się kataru kociego w takim stopniu, że miały już widoczne zmiany na oczach, które 10-letnia Marysia, ujrzawszy je, obrazowo określiła… zezem. Biedaki nie wyglądały dobrze. 

To może od początku.
Jest upalny ostatni dzień lipca 2019 roku i zgrabnie upakowane w samochodzik, którym mamy dostarczyć przyjaciołom odpoczywającym na Kaszubach zapasy na tydzień oraz dwie przewspaniałe dziewczynki do towarzystwa, podróżujemy kaszubskimi… arteriami. Za sobą mamy już z godzinę jazdy, przed sobą – pół godziny i wizję popołudniowej kąpieli w jeziorku, którego zalety i uroki znamy z relacji Radki, bo ta od dwóch dni rozpoznaje tamtejsze tereny. Nie możemy się doczekać! Ale tymczasem -  alert, bo… kocięta! Nie wiem, jakim cudem je zauważyłam, bo nie widziały ich ani Iwona, ani dziewczynki. Mam chyba jakiś wewnętrzny radar, który mi daje sygnały, bo zaledwie dwa tygodnie wcześniej w zupełnie innym miejscu, o zmroku! wypatrzyłam cztery koteczki – prawdopodobnie wywiezione na odludzie w łaskawym geście darowania im życia – tak, tak, darowania – przecież tak zwany opiekun wykazał się wspaniałomyślnością i nie utopił ich. Zawiózł je litościwie w krzaczory między polami, z dala od jakichkolwiek domów, za to w bliskości wiatraków – niech sobie radzą. Taki tam survival dla okołopółtoramiesięcznych kotków! Trzeba przyznać, że były zadbane, w każdym razie dość odpasione, i oswojone z ludźmi (tylko jeden z nich był bardziej płochliwy). I musiały się tam znaleźć krótko przed tym, jak je odkryłam, bo jeszcze pachniały domem, kuchnią, rosołem, zupą. Swoją drogą była to dość ciekawa historia, bo znalazłam się w tamtym miejscu o tamtej porze w wyniku dość zabawnej pomyłki...

Jak wyżej - bo to siostry nierozłączki.

Tymczasem wracam do Przydrożnych, którym także ktoś wspaniałomyślnie podarował życie,  porzucając przy dość ruchliwej drodze, z dala od domów, wśród pól. Nieco przerażonej Iwonie na pytanie, co chcę w tej sytuacji zrobić, odpowiedziałam zgodnie ze stanem faktycznym, że nie wiem, ale nie możemy ich tam zostawić. Skądinąd racjonalne pytanie nie wynikało z braku empatii, tylko ze świadomości, że oto jedziemy na niecałe dwa dni do przyjaciół, którzy nas grzecznościowo zaprosili do wynajętego lokum. Jedziemy tam, nie znając tamtejszych warunków bytowych oraz nie uprzedzając ich o tym, że mamy dodatkowych „wczasowiczów”. Na razie jednak nie ma czasu, żeby się nad tym zastanawiać, gdyż przede wszystkim trzeba kocięta złapać. Nic prostszego, przeleciało mi przez myśl, przecież Wiatraczne w zasadzie same mi wlazły do rąk…
Ha, ha, pobite gary! Te nie wlazły! Spylały w trawy i chaszcze, i chociaż mam doświadczenie w tej materii, to zadanie okazało się nie lada wyzwaniem. Dwa nieco słabsze kociaczki w końcu złapałam sama, upchnęłam do torby, z której wcześniej wysypałam swoje rzeczy podręczne i fatałaszki (czytaj: siedemnaście kostiumów kąpielowych, co nie, Ptachu?), i udałam się po trzeciego delikwenta. Tutaj jednak poległam i musiała mi pomagać Iwona, bo kotek był tak zdeterminowany i zdziczały, że trzeba było go osaczyć i dodatkowo odczekać, aż się zmęczy susami wśród chaszczy. Wreszcie się udało! Jeszcze się tylko rozejrzałyśmy, czy skądś nie wychynie czwarty, zapakowałyśmy się do samochodu i ruszyłyśmy, po drodze intensywnie rozważając różne warianty dalszego postępowania. 

Ważna informacja dla Kurek:
to jest torebusia, w której podróżowały Przydrożne. ;)


Dzika uwielbia pokładać się na Gryzce.
A bywa, że także ją... miesi! ;)

W skrócie napiszę już tylko, że Radka i Michael nie popadli w nadmierną desperację z powodu nadprogramowych gości; po krótkiej naradzie wszyscy zgodnie uznaliśmy, że najlepiej dla kotków będzie, jeśli przede wszystkim obejrzy je lekarz, a ja dodatkowo jadąc do ustalonej przez sieć lecznicy w Chojnicach, wpadłam na napoleoński plan ewentualnego umieszczenia ich na tę jedną noc w szpitaliku, gdyby okazało się, że taki tam istnieje.
I owszem, kotki zostały zbadane, zaopatrzone (oczywiście pani wetka potwierdziła nasze przypuszczenia, że kotki mają zaawansowany katar, są wygłodzone i odwodnione), ale także okazało się, że mogą tam bezpiecznie zostać do jutra, kiedy to będziemy z Iwoną wracać z ekspresowego wywczasu – wystarczy, że nadłożymy trochę drogi i wrócimy do domu przez Chojnice. Ogromnie nam to ułatwiało realizację planu beztroskiego moczenia się w jeziorku, gdyż nie mając odpowiednich akcesoriów, jak choćby jakiejś klatki, nie mogłabym swobodnie pozostawić kotków w domku, w którym byłyśmy z Iwoną grzecznościowo zakwaterowane, na obcym, nieznanym terenie i być może wbrew regulaminowi odnośnie do trzymania w nim zwierząt.

Wywczas przebiegł więc cudownie; miejsce urokliwe, sam środek kaszubskiego lasu, jezioro, ptaki, zwierzaki, i cudowni ludzie, u których gościliśmy, więc czas odjazdu nadszedł w najmniej spodziewanym momencie, mimo iż  starałyśmy się z Iwoną bardzo świadomie przeżyć ten skondensowany urlop, nasycając się niezwykłą atmosferą i pięknem, oraz przyjemnością pławienia zadków w czyściutkim i mało oblężonym przez ludzi jeziorku. Po południu co prawda trochę się ich tam naszło, ale ranek był absolutnie nasz, tylko nasz: cisza, spokój, słońce i woda. Niezapomniane!

Tu Gryza oplotła się wokół Kity.
Kita swego czasu robiła za mamkę dla leśnych Pimpków - Jaśniaka i Ciemniaka.

Ale nie o tym, nie o tym…
Wczesnym wieczorem  pożegnałyśmy się z naszymi dobroczyńcami, którzy nam umożliwili wakacje w przepięknym miejscu i pojechałyśmy do domu, zabierając od przemiłej pani wetki koteczki. Działały już leki, więc wyglądały nieco lepiej; miałyśmy dla nich karton jako transporter i… w drogę. Trochę się obawiałyśmy, jak ją zniosą, ale wszystko przebiegło bardzo dobrze i spokojnie. No, może poza tym, że 30 km od domu na prostej drodze w niezabudowanym terenie zatrzymali nas przyczajeni policjanci, gdyż znacznie przekroczyłam prędkość. Zaprawdę zrobiłam to! Nie zauważyłam znaku ograniczającego  do 50 km i nie pomogły tłumaczenia, że kotki, że to, że siamto, że litości! Dwie stówki musiałam odżałować i wrzucić do dziurawego wora zwanego budżetem państwa. :] Zawsze mnie to najbardziej wnerwia, że nie mogę zdecydować sama, na jaki cel wpłacę mandat. O ile lżej byłoby człowiekowi w takiej niekomfortowej sytuacji, gdyby mógł wpłacić kasę na coś sensownego!

Te dwie koteczki są sobie bardzo oddane.


Opowiadać dalej czy przerwa? Chyba to drugie – dla podniesienia emocji, co?;)
Jeszcze tylko parę zdjęć na zachętę…

 Relaks w kole tortur. ;)

 Niestety to są już trochę wyrośnięte koteczki, 
stąd zwisające zadeczki. :)

 Kocia układanka.

I w zbliżeniu.

I znów konfiguracja Dzika/Gryza.

I do jutra!

To pisałam ja, JolkaM.

PS Czy mnie któś jeszcze pamięta? ;)





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...