piątek, 20 lipca 2018

Rocznica Marty

Bardzo dziękuję za każdy komentarz pod poprzednim, smutnym, postem.
To naprawdę niezwykłe, że jestem otoczona ludźmi, którzy są mi tak bardzo życzliwi.
Od początku mojej działalności na rzecz zwierząt spotykam się z ogromnym wsparciem koleżanek blogowych oraz całkiem obcych osób, z których część staje się z czasem koleżankami, a niektóre wręcz przyjaciółkami.
A jednak ostatnio brakowało mi osoby z którą mogłabym dzielić niepokoje i lęki związane z tymczaskami. Czułam się bardzo samotna z tymi rozterkami, a mam ich mnóstwo przy moim charakterze i dążeniu do robienia wszystkiego (związanego z DT) najlepiej. Brakowało mi osoby, która by je ze mną dzieliła i była na tyle zorientowana w aktualnej, dynamicznie zmieniającej się sytuacji, by rozumieć i czuć. Która, po prostu, by trochę żyła tym co ja...
Skąd o tym wiem, że mi jej bardzo brakowało? Nie wiedziałam, ale potem pojawiła się Ewa!
Ewa jest jedną z osób, które adoptowały ode mnie kotka (to słynna kotka Marta, o której niżej), a potem jakoś tak krok po kroku pokazała mi, że myśli tak jak ja, że mamy ten sam system wartości i tę samą potrzebę odpowiedniego zajmowania się potrzebującymi zwierzętami. Obie nie lubimy epatować nieszczęściami, ani szokować, za to chcemy zarażać miłością do tych wszystkich wspaniałych futerek. 
Ewa jest 20 lat młodsza, ma wiele chęci do działania i kiedyś, jeśli będzie chciała, z radością przekażę jej to swoje dziecko jakim jest Za Moimi Drzwiami, by mogło żyć dalej z korzyścią dla zwierząt. :)


Rok temu kotka Marta opuściła progi Za Moimi Drzwiami. 
Z tej okazji Ewa napisała:
"Dziś mija rok, odkąd Marta stała się członkiem naszej kocio-ludzkiej rodziny. 😊 Pamiętam, jakby to było wczoraj, 8 lipca 2017 roku o godzinie 11 przekroczyliśmy próg Za Moimi Drzwiami, by odebrać Martę, wtedy pannę piwnicznkę zwaną Czeko. 😊 Kilka dni wcześniej zawitałam w progach Gosi, by przedstawić siebie, opowiedzieć o nas i naszych kotach i prosić, by powierzyła nam tę małą, sześciotygodniową puchatą istotkę.
Do adopcji kolejnego kota przymierzałam się od wielu tygodni, ponieważ wszystkie fundacje błagały o adopcje, wiadomo sezon wakacyjny charakteryzuje się ogromnym zakoceniem i zastojem w adopcjach. Chciałam małego kotka, ponieważ przy dwóch dominujących kotach bałam się wprowadzić dorosłego osobnika. Wiedziałam, że musi to być kocię z DT, ponieważ zmniejsza to ryzyko przyprowadzenia chorego kota. Zależało mi na kocie uległym, ponieważ oba starszaki są wyjątkowo dominującymi jednostkami.
Przez wiele tygodni przeglądałam strony wszystkich znanych mi wrocławskich fundacji, nie mogąc podjąć decyzji. Ciągle się wahałam, choć serce mi się rwało do ratowania choć jednej kociej duszyczki. Od strony do strony natrafiłam na Za Moimi Drzwiami. Przeczytałam posty na FB, a także Gosinego bloga i zakochałam się w tym miejscu. 😊 Wiedziałam, że jeśli kot, to tylko stąd!
I wtedy zobaczyłam JĄ! 😊 Moją Martę. Małą, czarną, puchatą kuleczkę. Wiedziałam, że to mój kot, po prostu wiedziałam. 😊 TA i żadna inna! Pokazałam zdjęcie mężowi i decyzja zapadła, skontaktuję się z Gosią.
Od razu powiedziałam, że chciałabym adoptować to małe czarne cudo, ponieważ wiem, że czarne koty nie są popularne. Razem z Gosią uważałyśmy, że Marta jest taką małą gapcią i idealne dopasuje się do dwóch dominujących kotów. W kocim pokoju było wiele słodkich kociaków, ale kiedy wzięłam małą Martę na ręce, nie miałam wątpliwości, że jesteśmy sobie pisane. Ona tak na mnie spojrzała, z taką miłością, 😊 aż się Gosi łza w oku zakręciła.
Dzień później zadzwoniłam z informacją, że jestem zdecydowana przyjechać po koteczkę.





W sobotę punktualnie o 11 stawiliśmy się z transporterkiem po nasze nowe kocie dziecko. 😊Spakowaliśmy ją i pojechaliśmy. Już w taksówce Marta pokazała, że jest wszystkim tylko nie gapcią. Jak ona krzyczała, serce mi pękało! Po drodze zajechaliśmy do lekarza na ogólne oględziny i pierwsze słowa pani doktor brzmiały: „Ależ ona jest charakterna! Będziecie się z nią mieli!” 😊
Drugiego dnia Marta została wypuszczona na salony i zapoznała się z rezydentami. 15 minut zajęło jej obejście mieszkania i przysięgam, że ten kot powiedział sobie wtedy: „Aha, to wszystko od teraz jest moje!”. Od pierwszych minut ustawiała rezydentów, decydując, czy mogą się daną zabawką bawić i czy mogą spać akurat w tym miejscu. 😉 Nie było w niej żadnego strachu. Nie miała oporów, by pacnąć w nos dużo większego Fonsa tylko za to, że odważył się podejść i ją powąchać.





Pierwsze tygodnie z Martą nie były łatwe. Nasza starsza kotka ciągle na nią syczała, nie chciała przebywać z nią w jednym pomieszczeniu, co przy 34 m2 mieszkaniu nie jest łatwe. Marta miała problemy z brzuszkiem, które - jak się okazało - były wynikiem nietolerancji pokarmowych. Problemy z jelitami powodowały bolesne wzdęcia i wymagały leczenia. Trochę nam zajęło, zanim wszystko minęło, a Marta była całkowicie zdrowa. Choć było ciężko i stres z tym związany nie pozwolił mi cieszyć się właściwie z tej adopcji, to nie żałuję, że Marta do nas dołączyła. Nie zamieniłabym jej na żadnego innego kota. 😊 Choć kocham wszystkie nasze koty, to Marta jest dla mnie wyjątkowa, bo to właśnie mnie wybrała na opiekuna. Ale Marta jest dla mnie szczególna z jeszcze jednego powodu. 😊






Wielokrotnie zastanawiałam się, dlaczego właśnie ona, spośród tak wielu kociaków, które oglądałam na zdjęciach, skradła moje serce. 😊 Kilka miesięcy temu znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. To dzięki Marcie poznałam Gosię, która dała mi szansę na współtworzenie tego cudownego miejsca, jakim jest Za Moimi Drzwiami. Jeszcze przed adopcją Marty próbowałam podjąć wolontariat we wrocławskich fundacjach, ale nie było z ich strony zainteresowania. Okazało się, że nie jest tak łatwo stać się wolontariuszem. Czułam, że wpłacanie co miesiąc pieniędzy to za mało, że mogłabym robić coś więcej. I wtedy Gosia przyjęła mnie pod swoje skrzydła i znalazła miejsce dla moich umiejętności, za co będę jej dozgonnie wdzięczna. 😊 Prócz tego zyskałam PRZYJAŹŃ, którą niezwykle sobie cenię. Gosia jest niesamowitą osobą, ciepłą, pełną życiowej mądrości. Głęboko wierzę, że los postawił JĄ na mojej drodze nie bez powodu. Cenię JĄ i szanuję za wszystko, co robi dla bezdomnych zwierząt, za mądry sposób, w jaki im pomaga. I tak oto, drodzy czytacze ZMD, Gosia podarowała mi Martę, a Marta podarowała mi Gosię. 😊"

A mnie Marta podarowała Ewę. Same korzyści z adopcji! :)

PODPIS

PS. Następny post napisze JolkaM. Obiecała! Ma o czym, ma! ;)


poniedziałek, 9 lipca 2018

Balbinko, żegnaj, kochana!

Nie ma już z nami naszej Balbinki...


Muszę przyznać, że mnie to poruszyło ponad "założenie", a ono było takie, że jestem gotowa na jej krótkie życie. Przecież od początku naszej wspólnej drogi wiadomo było, że to chory kotek, że problemy zdrowotne narastają, że białaczka zdołała wyrządzić poważne szkody.
Ha, ha, gotowa! Naprawdę śmiechu warte!
Balbinka trafiła do nas w wieku pięciu miesięcy w marcu 2017 roku, więc dane jej było żyć tylko rok i cztery miesiące. To czas i tak wydarty śmierci, bo gdyby została na swoim terenie, nie miałaby szans. Trafiła do nas już chora, z długo niedającym się wyleczyć kocim katarem. Leczenie, wzmacnianie, interferon, budowanie odporności, i udało się. Wyzdrowiała choć zawsze była taka inna, trochę opóźniona...
Bidulka odczuwała coraz dotkliwiej swoje dolegliwości, nacieki białaczkowe coraz mocniej uszkadzały jej mózg. Ślepła, głuchła, jej odruchy były z każdym tygodniem bardziej zaburzone. Serce pękało każdemu, kto widział ją koczującą w łazience, często schowaną w kąciku, na kaflach, z głową wciśniętą w ciemny kąt. Ale jakoś funkcjonowała. Miała swoje pięć minut dziennie  - czas naszej zabawy. Żyła dla tego i niechby sobie tak żyła, ile chciała, gdyby do objawów nie doszły napady padaczkowe. Nie zdawałam sobie sprawy, jak to wygląda u kota i szczerze żałuję, że było mi to dane widzieć. To coś przerażającego! Szok i koszmar zwierzęcia jest nie do opisania. Patrząc bezsilnie na taki atak, nie mogłam oprzeć się durnej myśli, że to... diabeł rzuca tym małym zwierzęciem po meblach i ścianach. A co to była za siła! Okropność. Dwa napady dziennie... O, nie. Nie. Nie!!!

To była taka kruszynka, gdy do nas trafiła. Istotka leciutka jak chmureczka. Delikatny obłoczek.
A potem... Potem nie było tak źle. Żyła, funkcjonowała, jadła, kochała mnie... Wprawdzie bała się korzystać z tarasu, z ogrodu, wcale nie schodziła nawet na parter, ale w jej oczach nie było bólu.
Obiecałam, że nie pozwolę jej cierpieć i dotrzymałam obietnicy. Zwierzęta mają ten komfort, że można im pomóc. Pod tym względem lepiej być kotem...

















Tydzień temu, w poniedziałek, podjęłam tę nieodwracalną decyzję, a moja gotowość na to okazała się tylko teoretyczna. Bardzo boli.

PODPIS

O Balbince pisałam tu:



środa, 23 maja 2018

„Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę”.

Gościnnie, o ważnych sprawach, pisze Ewa:

Na temat praw zwierząt powstało wiele artykułów i wydawać by się mogło, że powiedziane zostało wszystko. Pomimo sporów o przyczyny cierpienia zwierząt, jak złe ustawy, brak egzekwowania prawa, za niskie kary itp. temat został wyczerpany. Od wielu lat obserwuję walkę aktywistów o zaostrzenie prawa, o jego egzekwowanie, o zakaz „produkcji” zwierząt, o zakaz transportu żywych zwierząt itp. Sama jeszcze w szkole podstawowej pisałam artykuły na te tematy, zbierałam podpisy pod zakazem transportu koni do rzeźni. Pomimo upływu czasu i rozwoju ludzkości w temacie tym nie zauważyłam poprawy, a wręcz przeciwnie – widzę coraz bardziej negatywne tendencje. Pomimo zmian w prawach zwierząt i zdecydowanie lepszej działalności sądów w temacie, wciąż codziennie czytam historie o zmaltretowanych zwierzętach, zagłodzonych, skatowanych, wyrzuconych z domu. I codziennie zastanawiam się, co poszło nie tak. Gdzie, jako ludzkość popełniliśmy błąd, co się z nami stało? Dokąd zmierzamy? I przede wszystkim, co ja mogę z tym zrobić? Na drugim końcu bieguna obserwuję ludzi, cudownych ludzi, którzy z poświęceniem ratują życia zwierząt, prowadzą fundacje, domy tymczasowe. Skąd w nich siła by walczyć z codziennym cierpieniem zwierząt? Skąd zapał, gdy bezdomnych zwierząt nie ubywa? 

I myślę sobie, że ta cała walka o prawa zwierząt nic nie da jeśli nie zawalczymy o ludzkie dusze. Bo gdzie zaczyna się cierpienie każdego zwierzęcia? W sercu człowieka, które nie jest empatyczne, które nie współodczuwa. Możemy zmieniać ustawy, egzekwować prawo i karać, ale póki nie zmieni się mentalność ludzi, nie zmieni się status zwierząt. Nadzieja, że wysokie kary finansowe lub więzienie spowoduje, że ludzie przestaną znęcać się nad zwierzętami to zaklinanie rzeczywistości. Strach przed karą nie wyeliminuje okrucieństwa, a zmusi potencjalnego sprawcę do lepszego ukrywania się. Uregulowania prawne są oczywiście konieczne, ale musimy położyć większy nacisk na edukację, zwłaszcza nowych pokoleń. Od małego należy uczyć dzieci miłości do zwierząt, uwrażliwiać na ich cierpienie, uczyć odpowiedzialności za innych. Ale za słowami muszą iść czyny. Nie można tłumaczyć dziecku czym jest obowiązek wobec zwierząt, samemu wyrzucając starego kota z domu. Nie zaszkodzi zachęcić dziecka do wolontariatu na rzecz zwierząt. Wszystko oczywiście musi być odpowiednie do wieku. W procesie tym widzę także rolę dla nauczycieli. Można w ramach lekcji wychowawczych zorganizować wycieczkę do schroniska, zbiórki karmy itp. Nie zaszkodziłoby także w ramach lekcji religii zaszczepić w dzieciach doktryny św. Franciszka z Asyżu, który był miłośnikiem przyrody i świata stworzonego. Uczmy przyszłe pokolenia, że warto BYĆ, a nie MIEĆ, że warto pomagać, że zamiast kolejnej godziny spędzonej przy PS warto wyjść z domu nakarmić bezdomne koty. 
 
Z przykrością stwierdzam, że w sprawie zwierząt hodowlanych weganie i wegetarianie robią więcej złego niż dobrego. Na każdym kroku obrażają ludzi jedzących mięso wypominając cierpienie zwierząt. Są jak studenci prawa, którzy nie pytani anonsują, że studiują prawo. Nie oczekujmy od ludzi zaprzestania spożywania mięsa. Bądźmy realistami, zacznijmy proces powoli i przejdźmy go krok po kroku. Walczmy o zaprzestanie „produkcji” zwierząt i powrót do hodowli wolnych od klatek i zamkniętych pomieszczeń. Edukujmy ludzi kładąc w pierwszej kolejności nacisk na to, że mięso pochodzące od zwierząt, które nigdy nie widziały słońca, nie jadły naturalnej paszy jest bezwartościowe, a ponadto trujące dla organizmu. Takie mięso pozbawione jest właściwości odżywczych, a ponadto z powodu hormonów stresu jest niezdrowe. Tłumaczmy ludziom, że zwierzęta cierpią w hodowlach, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Tłumaczmy, że mały cielak jest odseparowany od matki, aby można było pobrać mleko. Nie epatujmy emocjami i cierpieniem, a przygotujmy argumenty do rozmowy. Wychowujmy młode pokolenia w miłości do zwierząt. Tłumaczmy, że nie można kochać psa i kota, a jednocześnie jeść świnki czy krowy. Ale róbmy to rozważnie. Pamiętajmy też, że racjonalne, zrównoważone żywienie jest niezwykle istotne dla funkcjonowania naszego organizmu. Wydaje mi się, że łatwiej przekonać ludzi do walki o powrót do zdrowej hodowli niż do zaprzestania jedzenia mięsa. I co z tego! powiedzą weganie, skoro efekt jest ten sam, na końcu zabijane jest zwierzę. Ciężko mi pisać, czy istnieje śmierć humanitarna, ale wydaje mi się jednak, że sposób hodowli ma znaczenie dla zwierzęcia i także to, jak zostanie zabite, nawet jeśli zabite zostanie. Patrzmy na problem racjonalnie, a nie emocjonalnie. Zastanówmy się, co możemy naprawdę zrobić. W walce tej niestety obserwuję chęć pokazania, że jest się lepszym od innych, a to nie zmienia nic w życiu zwierząt hodowlanych. Nie traćmy celu z oczu! Najważniejsza jest poprawa życia zwierząt hodowlanych, a być może w przyszłości zniechęcenie ludzi do ich zabijania i spożywania. Będzie to proces długotrwały dlatego nie mówmy, albo wszystko, albo nic. Albo zakaz „produkcji” mięsa, albo nie mamy o czym gadać. Takie podejście nie pomoże zmienić sytuacji zwierząt. Naprawdę nie łudźmy się, że możemy prawnie zakazać spożywania mięsa. Jest to mrzonka służąca tylko rozpętaniu wojny pomiędzy stronami i nie wnosi nic do sprawy. 

Odrębną sprawą jest hodowla zwierząt futerkowych. Tu znajduje się miejsce na walkę, petycje i podpisy. Nie zapomnijmy także o nie kupowaniu futer czy też  garderoby z elementami futer. Nie tłumaczmy sobie, że to tylko z królika, a króliki przecież jemy. Jest dla mnie także nie zrozumiała moda na sztuczne rzęsy. Po pierwsze dlatego, że nie są one takie sztuczne bo pozyskiwane są z włosów żywych zwierząt, a po drugie drogie Panie, nie wygląda to ładnie. Czy naprawdę warto z czystej kobiecej próżności dokładać cegiełkę do dręczenia zwierząt?! Zastanówcie się proszę.

I ostatnim elementem tego artykułu niech będzie kwestia kupowania zwierząt. Niech przesłaniem tego akapitu będą słowa Doroty Sumińskiej „Dopóki w schronisku znajduje się choć jeden pies albo kot, nie mamy prawa kupować zwierząt ani ich rozmnażać."  Nie rozumiem skąd w ludziach potrzeba posiadania „rasowego” zwierzęcia. Czy wynika to z własnych kompleksów? Pomyślcie proszę czy chcielibyście być inkubatorami pieniędzy? Nie ważne czy mówimy tu o hodowli certyfikowanej czy o przynoszących okropne cierpienie zwierzętom pseudohodowle. Zasada jest prosta NIE KUPUJEMY – ADOPTUJEMY! W schroniskach, fundacjach, domach tymczasowych jest tyle zwierzaków potrzebujących miłości, opieki. Z przerażeniem odkryłam, że nawet wśród zwierzolubów są osoby, które kupiły swojego zwierzaka i jawnie przyznają, że była to pseudohodowla. Nie, nie chcę na łamach tego artykułu piętnować, wytykać i wyzywać ludzi. Chcę, aby choć jedna osoba zastanowiła się nad tymi słowami. Pamiętajcie, że prawa ekonomii są nieubłagalne, dopóki będzie popyt, będzie tez podaż.

Wielu ludzi chce zmieniać świat, ale bardzo mała część chce zacząć od siebie. Podnieś leżącą na trawniku butelkę i wrzuć do kosza. Co z tego, że nie ty naśmieciłeś?! Nie wmawiaj sobie, że tym małym płaczącym kotem napotkanym na drodze na pewno ktoś się zajmie. Jak wielu ludzi mijając go pomyślało to samo? Nie szukaj wymówek, nie mam czasu, pieniędzy, są inni. Zrezygnuj z piwa, paczki papierosów czy tabliczki czekolady. Przekaż małą sumę na pomoc zwierzętom, ale rób to regularnie. Zachęcaj przyjaciół do tego samego. Zaproponuj najbliższym ograniczenie mięsa w jadłospisie. Wytłumacz dlaczego warto to zrobić. A wy, którzy uważacie, że jesteście na wyższym poziomie emocjonalnym nie pouczajcie ludzi, którzy nie rozumieją, nie obrażajcie ich, nie nazywajcie ich mordercami, bo jedzą mięso. Skoro jesteście tak rozwinięci musicie wiedzieć, że macie obowiązki wobec społeczeństwa. Waszym zadaniem jest edukować, uświadamiać, tłumaczyć, a nie obnosić się z waszymi poglądami z wyższością. 

Jeśli myślicie, że edukacja to bezsensowne działanie to bardzo się mylicie. Dużo lepszy efekt osiągniecie cierpliwością i tłumaczeniem niż awanturami czy nakazami. Sama mam w domu taki przykład. Mój mąż, który wywodzi się z nacji mięsożerców, ograniczył spożywanie mięsa. I nie, nie dlatego, że krzyczałam czy groziłam rozwodem. Wytłumaczyłam mu swój punkt widzenia, pokazałam artykuły, filmy o hodowli zwierząt i sam zdecydował. Uważam to za wielki sukces, bo on sam do tej pory myślał, że nigdy nie zrezygnuje z jedzenia mięsa. 

Ja sama zostałam ukształtowana przez edukację. W szkole podstawowej uczęszczałam do klasy ekologicznej. Moi nauczyciele poświęcali nam mnóstwo czasu ucząc nas miłości do natury, tłumacząc, zachęcając do angażowania się w różne akcje na rzecz zwierząt. Uczyli nas, że należy szerzyć zdobytą wiedzę i przekazywać swoje poglądy w formie artykułów, gazetek ściennych itp. Jako klasa ekologiczna odpowiedzialni byliśmy za organizację Dnia Ziemi. Przygotowywaliśmy przedstawienia o tematyce ochrony przyrody, konkursy z nagrodami i zachęcaliśmy innych by się do nas przyłączyli. Obowiązkowo wybieraliśmy rejon Wrocławia i całą klasą sprzątaliśmy go zbierając śmieci rozrzucone przez innych. Dziś mam prawie 40 lat, a to co zostało mi zaszczepione procentuje. Warto zaznaczyć, że duża większość osób z mojej klasy, po szkole średniej wybrało studia związane z przyrodą. 

Nie mówcie NIGDY, że jednostka nic nie może, że nic od Was nie zależy. Wszystko zależy od nas, od naszego nastawienia, od naszych czynów. Każdy z nas ma siłę sprawczą, każdy z nas może wpływać na inne osoby i tak z jednostki powstaną rzesze. Nie zrażajcie się brakiem natychmiastowych efektów bo to kropa drąży skałę.

Wiórki popierają każde słowo. :)
Autorką tekstu z okazji Dnia Praw Zwierząt jest Ewa Thomas, opiekunka trzech czarnych kotów, w tym słynnej kotki Marty adoptowanej Zza Moich Drzwi.


poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Luna do ciotki Gosianki

Tym razem post pisze gościnnie jedna z moich byłych podopiecznych: LUNA. To to niedzisiejsze maleństwo wyrzucone w zaklejonym pudle na pobocze drogi zostało uratowane przez dziewczynkę, której zachciało się siusiu (klik)! Tatuś stanął na poboczu, a tam pudło... W pudle cztery szczeniaczki! Do mnie trafiły dwie z nich: Luna i Brzusia.
Luna jest wymarzonym i wyśnionym przez Madzię (którą rodzina nazywa Perełką) pieskiem. Madzia-Perełka jest po prostu niesamowita. To, jak zajmuje się Luną, jak ją kocha, jak jest z nią szczęśliwa, wyciska mi łzy radości z oczu, bo i ja byłam taką dziewczynką, która boleśnie chciała mieć swojego psa, ale mnie udało się to dopiero w liceum. Madzi mama posłuchała mojej opowieści i zrobiła córeczce niespodziankę, z całą pewnością zmieniającą całe jej życie!
A teraz? Czytajcie i radujcie się ze mną wszyscy, którzy kochacie historie adoptowanych zwierzaków!
List Luny publikuję bez żadnych zmian. Zdolna bestia!
Luna do ciotki Gosianki:


Mój ANIELE, postanowiłam napisać, co się u mnie wydarzyło przez ostatni rok. Jestem tak zabiegana, że nie mam za wiele wolnego czasu. A więc jestem już poważną "dziewczyną" po cieczce i sterylizacji (do której Madzia dołożyła się - oddała stypendium otrzymane na koniec roku). Przeżywała ze mną te ciężkie chwile i była przy mnie cały czas. 
Jestem niesamowitym psem! - tak o mnie mówią. Nabyłam pewne umiejętności, np. świetnie skaczę z dziećmi na trampolinie, jak i umiem perfekcyjnie zjeżdżać na zjeżdżalni. Nie myśl sobie, że zawsze byłam grzeczna. Często robiłam podkopy pod ogrodzeniem, jak i opanowałam perfekcyjnie rozplątywanie siatki ogrodzeniowej. Byłam szczęśliwa, jak sobie uciekłam do sąsiada. Niestety opiekunowie zabezpieczyli ogrodzenie i nie uciekam już. Zresztą gdzie byłoby mi lepiej? 
Potrafiłam zjeść ugotowane jajko, które pani przygotowała sobie na śniadanie. Po zjedzeniu uciekłam i się nie przyznałam. Pomyślałam, że wina spadnie na dzieci. Słyszę niekiedy, że też na mnie zrzucają winę, np. gdy zniknął wafel Madzi z opakowaniem - Bartek powiedział zjadła go Luna. Ale jak?

Uwielbiam spędzać czas na trawce. Leżę jak królowa na trawniczku, obgryzam kość,




lub obgryzam patyki przyniesione ze spaceru znad Odry. 




Jestem żywą ozdobą podwórka.



Spaceruję wzdłuż Odry z Bartkiem.




Tak, z tym chłopczykiem, który strasznie płakał na początku, że się mnie boi. 
Teraz wyznaje mi miłość i gdy woła, przybiegam na komendę.




Codziennie rano biegam z moją starszą panią ok. 4 km. 
Dla sprostowania powiem: ja biegnę, a pani jedzie na rowerze ;-). 
Podczas spacerów spotykam paru kumpli Reksia: 
Barego, Kubę - który czeka zawsze na mnie przy Jazie Janowice, i Rudą. 






Uwielbiam jeździć samochodem w lecie, jak i w zimie. 
Niestety mam też chorobę lokomocyjną.


Luna z Bartkiem, który się jej na początku bał!


Luna ze swoją Madzią-Perełką.
Jesienią chorowałam. Miałam kaszel kenelowy. Wzywali lekarza do mnie, bo Madzia narobiła rabanu, że mogę umrzeć. Lekarz dał zastrzyki i przeszło mi. Tak naprawdę nie było mi w głowie "odchodzić z tego świata", bo kto zabawiałby wszystkich? No kto? 

Od roku mam ulubioną zabawkę - niebieską gumę, którą przynoszę, gdy mi daleko rzucą.




Bardzo tęskniłam na wakacjach, jak i podczas wyjazdów Perełki. 
Nie mogłam uwierzyć, że jej nie ma. Kopałam i o mało nie wykopałam dziury w jej łóżku. 
Zawsze budzę Madzię, a wtedy jej nie było. Nie mogłam w to uwierzyć. 
Gdy odpoczywam, wyciągam się w moim legowisku.




Fajnie mi u tej rodzinki. Dzieci szalone, to i ja sobie pozwalam na co nieco. Dbają o mnie. Dokarmiają, smakołyki dają, wożą i wyprowadzają, lekarz na telefon. 
Żyć i cieszyć się tylko. Jestem w dobrych rękach. 
Pozdrawiam Cię serdecznie. Luna. Łapka dla Fiki i Miki! 


PODPIS

Wzruszyłam się, rozpłynęłam, dziękuję! 
Jestem szczęśliwa, że się przyczyniłam do tego rodzinnego szczęścia, a w szczególności, że Madzia ma swoją Lunę!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...