Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 października 2014

Dzieciom nie jest łatwo*

(Odnoszę się do posta Klarki TU (klik). Przeczytanie go ułatwi zrozumienie, o czym piszę.)

Klarka na swoim onetowym blogu opublikowała ostatnio scenkę, której była świadkiem w galerii handlowej. Scenka dotyczyła zachowania rodziców w stosunku do dziecka. Z coraz większym zdumieniem czytałam komentarze, z których wynikało, że niektórzy ludzie kompletnie nie rozumieją, w czym rzecz i co takiego oburzyło autorkę. Osoba podpisująca się jako "mama"(!!) uważa np., że żeby ocenić tę sytuację, trzeba mieć więcej danych, np. czy dziecko choruje kilka razy do roku itp., itd. To bzdura, bo żadne "dane" nie usprawiedliwią zachowania tych rodziców. Klarka musiała włączyć moderację komentarzy pod tym wpisem, bo lobby oburzonych kobiet (!!!) obrzucało ją obelgami.

Stoję po stronie Klarki, czyli tak naprawdę po stronie dziecka. To, co je spotkało, to przemoc (nie ma trafniejszego słowa) w dwóch rodzajach. Która gorsza: psychiczna czy fizyczna? Jestem pewna, że ta pierwsza, choć nie można lekceważyć drugiej.

Wystarczyłoby zamienić w tej scenie dziecko na dorosłego i na wszystkie oburzone spłynęłoby zrozumienie. Spróbujmy. Powiedzmy, że jest pracownik (dziecko), kierownik (tata) i dyrektor (mama) i że lody to premia. Kierownik daje pracownikowi wymarzoną premię. Powiedzmy 10.000 zł. Coś niesamowitego! Wyobrażacie sobie radość pracownika? Niestety zanim ten, rozanielony i szczęśliwy, dobrze przeliczy kwotę, zjawia się dyrektor i krzyczy na pracownika, aby ten natychmiast oddał premię! Natychmiast! Do tego krzyku przyłącza się kierownik. Oddaj - krzyczy, słyszysz, co mówi dyrektor?! Dyrektor podbiega, wyrywa kopertę z pieniędzmi, wyciąga z nich 20 zł i daje pracownikowi. Czy to, że ten - wkurzony i rozczarowany - rzuca tym banknotem na ziemię, kogoś dziwi?

Mnie wcale. Jestem pewna, że nie znalazłaby się ani jedna obrończyni niezrównoważonego psychicznie dyrektora i bezwolnego kierownika. Podniosłoby się larum, głosy oburzenia nie milkłyby. Pracownik poszedłby do sądu i wygrałby sprawę! Czemu w takim razie tak trudno zrozumieć postawione w takiej sytuacji dziecko?  Dziecko, które nie rozumuje jak dorosły, więc jest o wiele bardziej bezradne i zagubione. 

Jeżeli tak zachowali się jego rodzice w tym wypadku, to nie ma się co łudzić, że w innych zachowają się mądrze i wyważenie. Dziecko z takiej rodziny będzie miało w przyszłości kłopoty ze sobą i być może jak wiele osób nie będzie ich wiązać z przeżyciami z dzieciństwa. Jego ciało, jego umysł będzie o tym pamiętać. Może jak wielu dorosłych cierpiąc w duszy i pijąc, paląc, ćpając, biorąc leki uspokajające, nasenne, antydepresyjne, okaleczając się, hazardując, bijąc swoje dzieci, dręcząc swoją rodzinę, i tak dalej, i tym podobne, a na wszelką sugestię, że to cierpienie wewnętrzne jest wynikiem takich właśnie przeżyć z domu rodzinnego, zareaguje oburzeniem. Powie, że to "atakowanie rodziców", bo oni przecież zadbali o to, by nie wolno było pomyśleć o nich źle. Dziecko z przykładu Klarki nie umie myśleć jak dorosły i choć poczucie krzywdy i niesprawiedliwości jest reakcją najbardziej prawidłową ze wszystkich na to, co je spotkało, to przecież potem usłyszy jeszcze, że jest niedobrym, niegrzecznym dzieckiem, a mamusia i tatuś mieli rację i postąpili słusznie. Takie dziecko pomyśli, że jest złe, że wina leży po jego stronie,  że jest w nim. 

I ja byłam świadkiem sceny, która wciąż do mnie wraca. W Lidlu tatuś wiózł synka w wózku sklepowym. Mały, powiedzmy 5-letni chłopiec był rozdrażniony, zmęczony, znudzony i prosił o picie. Tatuś miał na to sposób. Mówił „nie słyszę cię, nic nie słyszę, mówisz coś?”. Mały powtarzał głośniej, za trzecim razem już w histerii, a tatuś wciąż trąbił na cały sklep „głośniej, bo nic nie słyszę, głośniej!”. Ta „zabawa” trwała i trwała. Dziecko szlochało zdezorientowane… Mamusia szła obok i próbowała wyjąć dziecko z wózka, ale tatuś usadził ją stanowczym „zostaw go”. Zostawiła. Dziecko płakało, wyciągało do niej rączki, tatuś zadowolony z siebie pchał wózek wypełniony flaszkami z piwem. Matka szła obok jak bezwolna kupka nieszczęścia. Czy odważy się powiedzieć dziecku, że jego ojciec postąpił źle? Wątpię, a to mogłoby małego uratować i pokazać mu, że świat nie stanął na głowie, że jego głos jest słyszalny, że nie stal się niemym dzieckiem i że należy mu się coś do picia, że jego oczywiste potrzeby są ważne i powinny być zaspokajane. Że rodzice powinni dać mu opiekę, chronić go i troszczyć się o niego. 

Ten temat jest dla mnie poruszający. Mogłabym tak długo. Całym sercem i rozumem zgadzam się z Alice Miller, która w jednej ze swoich książek napisała w dwunastu punktach kodeks potrzeb dziecka. 

1. Wszystkie dzieci rodzą się po to, aby rosnąć i rozwijać się, aby żyć i kochać, wyrażać swoje myśli i uczucia oraz chronić siebie.

2. Do swego rozwoju dzieci potrzebują szacunku i ochrony dorosłych, traktujących je serio, kochających i gotowych do rzetelnej pomocy - aby mogły stać się zdolne do poruszania się w świecie.

3. Kiedy te żywotne potrzeby pozostaną niezaspokojone, a zamiast tego dzieci służą dorosłym do zaspokajania ich potrzeb - są wykorzystywane, bite, karane, nadużywa się ich i manipuluje nimi, są zaniedbywane i oszukiwane - i żaden świadek się temu nie przeciwstawi, to taka sytuacja trwale narusza ich integralność.

4. Normalną reakcją na krzywdę powinny być złość i cierpienie, ponieważ jednak dzieciom w tak raniącym środowisku nie wolno wyrażać swojej złości, a nie da się znieść takiego bólu w pełnej samotności, są one zmuszone tłumić swoje uczucia, wypierać wszystkie bolesne wspomnienia i idealizować krzywdzicieli. Później nie będą pamiętały krzywd, jakie im wyrządzono.

5. Oddzielone od swojej pierwotnej przyczyny, przeżywane przez dzieci uczucia złości, beznadziejności, rozpaczy, tęsknoty, lęku i bólu znajdą w przyszłości ujście w destrukcyjnych działaniach wymierzonych w innych ludzi (przestępstwa, masowe morderstwa) lub w siebie samych (narkomania, alkoholizm, prostytucja, zaburzenia psychiczne, samobójstwa).

6. Jeżeli taki człowiek zostanie rodzicem, będzie często akty zemsty za złe traktowanie w dzieciństwie kierował przeciwko własnym dzieciom, z których zrobi kozły ofiarne. Nadal w naszym społeczeństwie krzywdzenie dzieci - jeśli się je uważa za wychowywanie - jest akceptowane, a nawet poważane. Tragedia polega na tym, że rodzice biją swoje dzieci, aby uniknąć uczuć, których źródłem jest to, jak sami byli traktowani przez swoich rodziców.

7. Jeśli krzywdzone dziecko nie ma zostać przestępcą albo pacjentem psychiatrycznym, najważniejsze jest, aby przynajmniej raz w życiu zetknęło się z kimś, kto wie i nie ma żadnych wątpliwości, że to otoczenie jest winne, a nie bezradne bite dziecko. W tym sensie od poziomu wiedzy lub ignorancji w społeczeństwie zależy to, czy jego życie zostanie uratowane, czy zniszczone. To wielka szansa dla krewnych, pracowników socjalnych, terapeutów, nauczycieli, lekarzy, psychiatrów, urzędników i pielęgniarek - wspierać dziecko i wierzyć mu.

8. Dotychczas społeczeństwo chroniło dorosłych i obwiniało ofiarę. Było współwinne w swojej ślepocie, usprawiedliwianej przez różne teorie, wciąż trzymając się zasad pedagogicznych pradziadków, zgodnie z którymi dzieci są postrzegane jako przebiegłe i złośliwe istoty, opanowane przez złe skłonności, które wymyślają kłamstwa i atakują swoich niewinnych rodziców albo pożądają ich seksualnie. Tymczasem w rzeczywistości dzieci mają skłonność do obwiniania siebie za okrucieństwo rodziców i rozgrzeszania tych, których mimo wszystko kochają i całkowicie zwalniają od odpowiedzialności.

9. Od jakiegoś czasu można już dzięki nowym metodom terapii udowodnić, że wyparte traumatyczne przeżycia z dzieciństwa zapisują się w ciele i poprzez nieświadomą część naszej psychiki wywierają wpływ w dorosłym życiu. Wiemy już, że nawet niemowlę od pierwszych chwil swego życia reaguje zarówno na czułość, jak i na okrucieństwo, i że się ich uczy od samego początku.

10. W świetle naszej najnowszej wiedzy, kiedy urazy z dzieciństwa już nie muszą pozostawać pod osłoną ciemności, nawet najbardziej absurdalne zachowania odsłaniają swoją dotąd ukrytą logikę.

11. Nasze uwrażliwienie na okrucieństwo, z jakim traktuje się dzieci - okrucieństwo, któremu dotychczas powszechnie zaprzeczano - i na jego skutki już niedługo doprowadzi do tego, że przekazywanie przemocy z pokolenia na pokolenie zostanie przerwane.

12. Osoby, których integralność nie została naruszona w dzieciństwie, które były chronione, szanowane przez rodziców i z którymi postępowali oni uczciwie, będą - zarówno w młodości, jak i w dorosłości - inteligentne, wrażliwe, współczujące, otwarte. Będą cieszyć się życiem i nie będą mieć żadnej potrzeby zabijania czy choćby krzywdzenia innych ani siebie. Tacy ludzie będą korzystać ze swojej siły, żeby się bronić, a nie żeby atakować. Nie będą w stanie robić nic innego, jak szanować i chronić słabszych od siebie, również dzieci, ponieważ tego nauczyli się z własnego doświadczenia i ponieważ taka wiedza (a nie doznane okrucieństwa) gromadziła się w nich od początku. Dla nich będzie czymś niepojętym, że poprzednie pokolenia musiały zbudować gigantyczny przemysł wojenny, aby poczuć się wygodnie i bezpiecznie na tym świecie. A ponieważ nie będzie nimi podświadomie kierował impuls bronienia się przed zastraszeniem, którego doświadczyli bardzo wcześnie, będą radzić sobie z obawami i zagrożeniami w dorosłym życiu bardziej racjonalnie i twórczo.

[na podstawie www.alice-miller.com]

* Tytuł posta zaczerpnęłam od Klarki. Ja też się gapię i bardzo ubolewam, że niewiele więcej można w takiej sytuacji zrobić.

PODPIS

Chciałabym dziś z Wami na bieżąco podyskutować, jednak nie mogę tego obiecać. Zapowiada się pracowity dzień. Proszę o wyrozumiałość.


niedziela, 17 listopada 2013

Małe szczęścia i okoliczności

Wczoraj obudziłam się od razu wkurzona. Nerwowa jestem ostatnio okrutnie! Tarczycę mam nie teges, to wszystko mi wolno. ;) Amisia darła piazgę pod drzwiami sypialni, a mnie tak bardzo chciało się jeszcze pobyć w półśnie, w poprzebudzeniowym lenistwie. Niestety musiałam wstać, a skoro już wstałam, zaczęłam karmić koty. Spróbowałabym nie! Hokusowi nasypałam specjalnego jedzenia, otworzyłam saszetkę dla nerkowców, Amisi i Kajtkowi dałam po pół puszki z rybką i suche. Nakarmiłam Rufiego, który, jak to on, stał grzecznie i czekał na swoją kolej. Zeszłam do piwnicy, dać porcję nowemu szaraczkowi, który odbywa swoją kwarantannę (mówię Wam, co za cudo!). Posprzątałam przy okazji kuwetę jemu oraz moim kotom. W sumie 4 sztuki. Przyszła kolej na Zoyę. Po wymizianiu dostała swoją rację. Przy okazji posprzątałam jej kuwetę, czy Was to nie nudzi? Mnie wkurzało. Wrrr!!! Przecież to sobotni poranek! Wciąż zła poszłam do kuchni, bowiem przed spacerem z Rufim zapragnęłam zrobić sobie kawkę i OCZYWIŚCIE pojemnik na zużyte kapsułki był pełny, więc musiałam go opróżnić, natomiast ten na pełne kapsułki był OCZYWIŚCIE pusty, więc musiałam go uzupełnić. OCZYWIŚCIE, że w ekspresie nie było wody, więc musiałam jej dolać, i dostrzegłam kątem oka, kiedy kawa się w końcu robiła, że podłoga jest usiana kłakami i paprochami, więc czeka mnie OCZYWIŚCIE odkurzanie. Taka zła i zbuntowana przeciwko tym okropnym przeciwnościom losu i złośliwości przedmiotów martwych przypomniałam sobie, o czym był mój wczorajszy post... Zawstydziłam się okrutnie i postanowiłam zacząć dzień jeszcze raz. :)

 I pozbierałam wiele szczęść, małych i dużych:

  •  zapach kawy, jej pierwszy łyk - coś, dla czego warto wstać
  •  nowy podopieczny, kotek mięciutki jak puszek - radość w najczystszej postaci
  • żarty przy śniadaniu, nikt tak nie kroi ogórka jak MójCiOn - precyzja zegarmistrzowska
  •  komentarze na blogu - jaki znowu ciepły odzew! - wdzięczność
  •  praca nad opowiadaniem świątecznym na konkurs u Magdy Kordel - miło tak siedzieć z mężem,   nawet jeśli zatopieni jesteśmy każde w swojej pracy
  •  chrapanie Rufiego - swojskość
  •  zaczepki Hokusa - energia
  •  uroda Amisi - zachwyt
  •  muzyka Wrocławskiego - duma, wzruszenie
  •  terroryzm Kayrona - rozbawienie
  •  telefon od Kasi - sympatia
  •  mail od Joli - niespodzianka
  •  smaczny obiad wege - satysfakcja
  •  pieczenie sernika na spotkanie z Marią - odprężenie
  •  wieczorny domowy seans filmowy - ekscytacja
  •  praca nad tym postem - spełnienie
  •  radość z otrzymanego prezentu - wdzięczność


I przy tym ostatnim punkcie dziś się zatrzymam. Moje czytelniczki, mieszkanki Wrocławia postanowiły sprawić mi radość, dać mi w prezencie takie małe szczęście. Udało się im wyśmienicie! Pewnego dnia listonosz przyniósł mi kopertę, a w niej urocze cudeńko. Zrobione sercem i misterną pracą. 


O wielkiej dla mnie wartości.
Patrzę i podziwiam.
Ile odcieni błękitu można zatrzymać w kamieniu!


Noszę ten cenny dowód sympatii do mojej ulubionej ostatnio sukienki, którą planuję Wam pokazać.

Naszyjnik zrobiła Hania, która w wolnych chwilach sobie "bidinguje". Ma złote serce i złote rączki. Przyjaźnią się z I. od 30 lat! Na samą myśl robi mi się ciepło na sercu.


Kochane dziewczyny, bardzo Wam dziękuję, z całego serca!
Do naszyjnika dołączony był list:


Kiedy w końcu porządki na moim blogu staną się faktem, ten list i naszyjnik znajdą się w SKARBCU, czyli miejscu na drogocenne  moje kosztowności. :)

Miłej niedzieli. :)

PODPIS

sobota, 16 listopada 2013

Zbieramy małe szczęścia!

Dziś miało nie być posta,
jednak przeczytałam, co napisała wczoraj wieczorem
 i zapragnęłam się przyłączyć. 

Zbieramy MAŁE SZCZĘŚCIA, które nam się dziś przydarzą! 

Zainspirowani słowami piosenki:

Cudownie jest:
Powietrze jest!
Dwie ręce mam,
Dwie nogi mam!

W chlebaku chleb,
Do chleba ser,
Do picia deszcz.

 tropimy je pilnie, z uważnością i otwartością.

Jo-hanah napisała:

Kiedy piszę ten post, za pazuchą buszuje mi mała, czarna, 
jedwabista koteczka. I mruczy jak najęta. 
Ot, i już mam jedno MAŁE SZCZĘŚCIE do zapisania. :D

I o to chodzi!


A wieczorem dzielimy się MAŁYMI SZCZĘŚCIAMI między sobą.
Piszecie swoje posty lub wklejacie swoją listę w komentarzu u mnie.

Co Wy na to? :)

Szczegóły TU (klik).

PODPIS

wtorek, 15 października 2013

Potrafię zadbać o siebie

Amisia dziękuje za życzenia. Wpadła dzięki nim w tak dobry humor jak nigdy! Wzięła mnie z zaskoczenia i dlatego ten filmik nie jest najwyższych lotów. Widać jednak na nim jej radość. :)



Ilustracją do dzisiejszego posta są zdjęcia niemające z nim nic wspólnego. Dostałam je od Marii, która była na wrocławskim święcie dyni w Ogrodzie Botanicznym w ostatnią niedzielę. Klawe są, to się nimi dzielę. :)


Przedwczoraj, jak wiecie,  przygotowałam krótką notkę (klik), dzieląc się z Wami marzeniem, które zagrało mi w duszy i okazało się, że to temat ważny i poruszający. Pociągnijmy go więc dziś z innej strony.

Jak sobie pomóc w realizacji marzeń, używając języka czynów, języka, który pomoże nam przekuć je na działanie, bo tylko ono gwarantuje spełnienie marzeń. Nawet żeby wygrać w totolotka, trzeba wypełnić kupon...

Znamy wszyscy bardzo dobrze słowa, za pomocą których kładziemy każdy plan. Co chcemy osiągnąć, gdy mówimy ZOBACZYMY? Albo gdy zbywamy kogoś słówkiem MOŻE… Urocze jest też sformułowanie PRZY OKAZJI  lub MOŻE KIEDYŚ.

A jak to brzmi razem? 
ZOBACZYMY, MOŻE PRZY OKAZJI, KIEDYŚ…
Szansa, że zadanie zostanie zrealizowane, jest maleńka.



Znam więcej takich słów, których użycie gwarantuje porażkę.

Jest to tzw. pasywne użycie języka:

  • muszę
  • powinnam
  • trzeba
  • należy
  • wypadałoby
  • zastanawiam się
  • zamierzam
  • mogłabym
  • spróbuję
  • pomyślę
  • planuję
  • zobaczę
  • jak będzie okazja



Oczywiście, że w myśleniu, planowaniu, zastanawianiu się nie ma nic złego, pod warunkiem, że się umie ten etap zakończyć i przejść do realizacji planów.  Jaki język może w tym pomóc? Aktywny.

Aktywne użycie języka:

  • chcę
  • potrzebuję
  • potrafię
  • umiem
  • zrobię
  • postanawiam
  • mam wpływ
  • kontroluję

(Jasne, że to nie są wszystkie przykłady, na pewno wymyślicie coś jeszcze.)


Uwaga: dziś w komentarzach używamy tylko aktywnego języka! Co macie zamiar zrobić dla siebie? Co robicie? Nie muszą to być plany dużego kalibru, podzielcie się tymi małymi. 


Ja zaczynam. W związku z moimi licznymi ostatnio dolegliwościami, wpędzającymi mnie w przygnębienie i wywołującymi czarne myśli, zabrałam się ostro za siebie i w ciągu ostatnich dwóch miesięcy (nie wymieniam tego po kolei):
Poszłam do internisty  - dostałam skierowanie na badania krwi – wyszło, że mam niedoczynność tarczycy – zrobiłam bardziej szczegółowe badania – wygląda to na Hashimoto - biorę leki – czekam na wizytę (prywatnie) u endokrynologa (klik) – czekam na książkę poleconą mi przez Anabell. Podzieliłam się tym z Wami – dostałam wsparcie, że to powszechna choroba i da się z nią dobrze żyć. Pogodziłam się z tym.
Poszłam do neurologa – dostałam skierowanie na TK kręgosłupa – zrobiłam je – ponownie poszłam do neurologa – dostałam skierowanie na rehabilitację – chodzę na rehabilitację (koleżanka odstąpiła mi swoje miejsce) – czuję się lepiej.
Poszłam do ortopedy (prywatnie) – dostałam zastrzyk w kolano z kwasu hialuronowego – jest lepiej. Jestem zachwycona. Postanowiłam, że pojadę tej zimy na narty, choć wcześniej już  pożegnałam się z nimi na zawsze.
Poszłam do dietetyka – zrobiłam testy na nietolerancję pokarmową (już parę miesięcy temu) i teraz postanowiłam zacząć się do nich stosować. Kilku produktów nie wolno mi jeść. Po prawie 3 tygodniach poruszam się już w tej diecie pewniej. Czuję się coraz lepiej. Czuję, że schudłam, choć nie wiem ile, bowiem rzuciłam ważenie się. Nie dam się zwariować. Wystarczy, że pół życia żyję z terrorem wagi. 
Poszłam do osteopaty poleconego mi przez koleżankę, której on bardzo pomógł – jestem po pierwszym zabiegu – podoba mi się to – mam nadzieję. 

Zamierzam Chcę nadal kontynuować zdrową dietę (dużo kasz, warzyw, ryby, ziarna). Muszę Postanawiam, kiedy skończę rehabilitację, zapisać się na ćwiczenia ogólnorozwojowe i chodzić 2 razy w tygodniu. Jeśli chodzi o dietę, to mam nadzieję wiem, że mój kręgosłup i kolano będą mi wdzięczne za zrzucenie pipipipi kilogramów i dlatego muszę potrzebuję schudnąć i zrobię to. Osteopata, do którego chodzę, obiecał mi, że po trzech wizytach u niego będę się czuła wyraźnie lepiej. Po pierwszej wizycie było jak powiedział, chodziłam jeden dzień rozbita, a potem odczułam wyraźną poprawę. Stosuję się do jego zaleceń. Wierzę, że to mi pomoże. Potrafię zadbać o siebie. Mogę zrobić to, na co mam wpływ. I zrobię, gdyż tego pragnę i chcę. :)

I jak mi poszło? :)

PODPIS

A rok temu Za Moimi Drzwiami: Życie jak w Tochigi" - Anna Ikeda (klik).


czwartek, 21 lutego 2013

Postawy, które możemy prezentować w sytuacjach trudnych

Ilustracją do dzisiejszego postu są (całkiem bez związku) zdjęcia lodowej fontanny z włoskiej miejscowości St. Cristina. Fontanna taka „rośnie” przez całą zimę, aż na koniec jest już olbrzymią rzeźbą lodową. Podświetlona od wewnątrz wygląda zjawiskowo. Zdjęcia są z grudnia. 



Chciałabym, aby, kto chętny, popatrzył dziś w siebie. Wyobraźmy sobie, że przyszło nam zmierzyć się z trudną sytuacją w życiu rodzinnym. Zostaliśmy nagle „zaatakowani” jakimiś pretensjami, żalami, wymaganiami. Może rzeczywiście coś zawiniliśmy, a może czujemy, że jest to atak bezpodstawny. Myślę, że fajnie byłoby reagować na to w sposób opanowany, rzeczowy, a jednocześnie empatyczny, godny i mądry. Patrzeć rozmówcy szczerze w oczy z chęcią współpracy. Postawę mieć rozluźnioną, pewną siebie, ale nieagresywną. Dobierać słowa adekwatnie, nie zbaczać z tematu, odpowiadać za swoje winy, nie brać na siebie cudzych. Szanować rozmówcę, dążyć do rozwiązania konfliktu, jednak nie za wszelką cenę.  
Zamiast tego zdarza nam się, bądź nawet mamy w zwyczaju, prezentować całkiem inną postawę. Ciekawa jestem, czy w którejś zobaczycie siebie? Bo, że swoich bliskich, to jestem pewna. :)


Postawy, które możemy prezentować w sytuacjach trudnych:


Podporządkowana: można ją krótko opisać zdaniem: „nawet, jeśli się z tobą nie zgadzam, to dla świętego spokoju przyznam ci rację”. Osoba taka mówi głosem cichym, przepraszającym lub proszącym, nie stawia oporu lub stawia bierny opór. Zgadza się z krytycznymi opiniami na swój temat – przynajmniej takie sprawia wrażenie. Wykonuje gesty uległości, oczy ma spuszczone, skuloną sylwetkę, tłumaczy się, przeprasza. 

Dominująca: zawsze winny jest na zewnątrz. Prezentuje postawę „ostatnie słowo należy do mnie”. Mówi głośno, ostrym tonem, narzuca swój punkt widzenia, obraża, drwi, nie dopuszcza do głosu. Nie szanuje opinii rozmówcy, uznaje, że ma monopol na interpretację faktów i że ostatnie słowo należy do niej. Nie interesuje jej, co inny człowiek ma do powiedzenia. Często gestykuluje wykonując oskarżycielskie gesty ręką.


Intelektualna: zimna, poprawna, trzeźwa. Człowiek taki mówi suchym, monotonnym głosem pozbawionym emocji. Używa wyszukanych abstrakcyjnych wyrażeń, szuka obiektywnych wyjaśnień dla dziejących się zdarzeń, zachowań innych lub własnych. Nie gestykuluje, wzrok ma nieruchomy. Wszystko potrafi wyjaśnić i uzasadnić, uogólniając czy generalizując. 

Rozkojarzona: sprawia wrażenie, że nie wie, o czym mowa. Chodzi niespokojnie podczas rozmowy, obraca się tyłem, bokiem, ton głosu jest nieadekwatny do wypowiadanych słów. Zaczyna i nie kończy zdań, wzrok ma błądzący, ruchy ciała niespokojne, zmienia temat, zapomina, o czym już była mowa. Zachowuje się nieadekwatnie do sytuacji.


Unikająca: unika kontaktu z osobą, z którą jest w konflikcie. Używa słów „już nie ma sprawy”, „już wszystko jest w porządku” z obawy przed wyjaśnieniem sytuacji konfliktowej. 

Narzucająca: nie dopuszcza innych do głosu, mówi głosem stanowczym, często w imieniu ogółu, nie zostawia w swojej wypowiedzi miejsca dla innych. Porusza się zdecydowanie, używa władczych gestów.

Bierno-agresywna: osoba taka daje sprzeczne komunikaty, z jednej strony wydaje się, że żartuje, ale żart ten ma charakter złośliwości, czemu osoba żartująca zaprzecza, uniemożliwiając rozwiązanie konfliktu. Innym razem osoba taka mówi, że chce rozwiązać konflikt, ale to, co robi, temu przeczy: zapomina o spotkaniu, o umówionym telefonie, unika spotkań, zmienia temat. Używa ironii, twierdząc, że to nie ironia. Udaje, że nie rozumie, o czym mowa, prosi wiele razy o powtórzenie, wyłapując nieścisłości i czepiając się słówek.


Warto wiedzieć, do jakiej postawy nas ciągnie w trudnych sytuacjach. Ja np. od kiedy zauważyłam, że mam skłonność do podporządkowanej, czy uległej, bardzo nad sobą pracuję, aby być bardziej asertywną. Udaje mi się! Bywam z tego dumna. :)) Szczerze nie cierpię i jestem bardzo wyczulona na bierną agresję, a także na postawę intelektualną, która "zabija" swoim wypraniem z uczuć. Mam nadzieję, że nie bywam taka, ale o to, to już by trzeba zapytać moich bliskich. Dobrze, że nie będą się dziś wypowiadać. :)



Oczywiście to zestawianie stanowi tylko szkic, liźnięcie tematu. Myślę jednak, że można w nim odnaleźć siebie, jeśli ma się otwarte oczy. :)

Miłego małego piątku, oby w pracy minął szybko i konstruktywnie, a w domu wlókł się niemiłosiernie przy miłych, zwykłych sprawach. :)

PODPIS

czwartek, 8 listopada 2012

Rozmowa z ZWUB

Tego dnia, a była to sobota, obudziłam się zła. Byłam bardzo zła. Tak zła, że bez kija nie podchodź, a z kijem też nie radzę. Mimo olbrzymiej niechęci do zrobienia z tym czegoś, a raczej powinnam powiedzieć, olbrzymiej chęci popławienia się w tym stanie, spróbowałam do siebie przemówić.

Dlaczego jesteś zła? – zadałam oczywiste pytanie.
Bo jestem zła! – wykrzyknęło Zołzowate, Wredne, Uparte Babsko (ZWUB), które zagnieździło się we mnie.
No ale dlaczego? – drążyłam dalej.
BO JESTEM ZŁA!! ZŁA!! Nie widzisz?! – wrzasnęła ZWUB, rzucając przy tym gromy oczami.
Wciąż mówisz o skutku, ale jaka jest tego przyczyna? – powiedziałam z całą odwagą, na jaką mnie było stać.
Odczep się! – krzyknęła ona. – Żadnej przyczyny nie ma! Jestem zła, bo jestem zła i już!
Wiesz, jakoś nie mogę się na to zgodzić, to tak nie działa, skoro nie wiesz dlaczego, to może do tego dojdziemy – przemówiłam do niej łagodnie.
Dojdziemy, dojdziemy – zaczęła mnie przedrzeźniać. -  Sratatata, jaka ty jesteś nudna!
To cię zaskoczę – wciąż nie dawałam się sprowokować. – Takiego pytania się nie spodziewasz: powiedz mi, co jest dobrego w tym, że jesteś zła?
Dobrego?! Chyba cię pogięło! Co może być dobrego w tym, że jestem zła?? - ZWUB wykrzywiła pogardliwie usta.
No właśnie, jak już się pozłościłaś, to pomyśl przez chwilę. Co jest w tym dobrego? Może coś ci przyjdzie do głowy. No, proszę, zrób to - dodałam, żeby ją trochę udobruchać.
Przychodzi – niechętnie przyznała ona, międląc słowa w ustach, tak że z trudem ją zrozumiałam.
Tak, i? – dodałam zachęcająco.
Tak, ale, nie wiem… - zaczęła się plątać.
Mów, co pomyślałaś, żadnych „tak, ale”,  sama wiesz, że to trucizna, co sprowadzi cię jeszcze głębiej w dół – przestrzegłam ją życzliwie.
No... pomyślałam, że to taki sygnał od mojego organizmu... - pisnęła ZWUB cichutko.
Brawo! - ucieszyłam się. - Wraca ci rozsądek! A jaki?
Hmm, że przemęczona jestem, dlatego wszystko mnie drażni – ZWUB wyraźnie się uspokoiła.
Ja myślę, że to trafienie w punkt.  I co zamierzasz? – drążyłam.
Chyba to, że zaraz zaszyję się pod kołdrą i nie wyjdę przez cały dzień!! I niech mi wszyscy dadzą święty spokój! - znowu rozemocjonowała się ona.
I jak się będziesz potem czuła, po takim dniu, lepiej? – zignorowałam po raz kolejny ten atak wściekłości.
Gorzej, ale nie mam na nic siły! – wrzasnęła, ale tak bez przekonania.
Żadnych „ale”, już ustaliłyśmy, może jednak coś wymyślisz? Chociaż spróbuj – poprosiłam.
No dobrze, może byśmy poszli do kina? E, nie chce mi się… Może do jakiegoś muzeum, na wystawę? Oj, na to na pewno nie mam ochoty... - na twarzy ZWUB widać było wyraźnie ciężki proces myślowy.
Tak, i? - podpowiedziałam cicho.
I mam! Mam świetny pomysł! - czoło jej się rozpogodziło.
Super, jaki? - odetchnęłam z ulgą, widząc, że już sobie poradzi.
Pójdziemy na masaż! Zaproponuję MójCiOnowi i pójdziemy sobie razem na masażyk! To mnie zrelaksuje i odpręży. Jego też! A potem do knajpki na kolację! A przedtem może na spacer po rynku. O, jak fajnie! Genialna jestem! - podskoczyła do góry z radości ZWUB i rozpłynęła się w niebycie - do następnego razu.

Sobota została uratowana, a ja zapraszam Was (w przyszłym tygodniu) na masaż. Do zobaczenia:)


Dla rozluźnienia atmosfery parę zdjęć konika z fryzurą, jaka powstała po półgodzinnym wyciąganiu mu z grzywy rzepów. Robiła to moja przyjaciółka, która też przysłała mi te zdjęcia. Umieszczam je tu bez pytania Jej o zgodę, więc JolkoM, jeśli chcesz podać mnie do sądu i odrzeć z ostatniego grosza za to naruszenie praw autorskich, to jestem do dyspozycji:-)

********************************************************************************

I jeszcze do przemyślenia:

Chcesz zmienić swoje życie? Zmień "Tak, ale..." na "Tak, i...".
W przeciwieństwie do powszechnie używanej w codziennej komunikacji i postawie konstrukcji "Tak, ale…", zasada "Tak, i…" to zasada, która nie tylko jest wyrazem akceptacji, przyznania komuś racji lub polemiki bez negowania czyichś argumentów, zgody na to co już się wydarzyło i na co nie mamy już wpływu. Ta konstrukcja transformuje komunikację i relacje, staje się fundamentem do wyciągnięcia wniosków z przeszłości, pełnego zaakceptowania tego, co się wydarzyło do tej pory i pozwala na budowanie i tworzenie na tej podstawie. To pierwszy krok na drodze ku zmianie.

 "Tak, ale..." to po prostu inny sposób (zawoalowany) na to, by powiedzieć "nie".
—> "Ale" to słowna gumka do mazania. Wszystko, co powiedziane przed tym słówkiem już się nie liczy
—> "Tak, i..." pozwala rozwinąć się, znaleźć wyjścia, propozycje i budować na nich.

Można nauczyć się transformować sytuacje charakterystyczne dla "Tak, ale…" zgodnie z konstrukcją "Tak, i…". Dla siebie.


PS. Wczoraj wydarzyło się coś wspaniałego! Kto ciekawy, niech wsadzi nos do kawy lub przeczyta komentarze pod wczorajszym postem! Życie jest piękne!

PODPIS

czwartek, 13 września 2012

Inni zazdroszczą nam szczęścia?



Kiedy we wtorek napisałam w poście o diecie, że jestem zadowolona ze swojej figury, już po chwili poczułam wewnętrzny niepokój. Jak to? Ja ośmielam się czuć się z siebie zadowolona? Przecież tak nie można, przecież trzeba będzie za to zapłacić! To strach być szczęśliwą i mówić o tym głośno! Hm, chciało wrócić stare… Stop! Nie pozwalam!


Pamiętacie, jak niedawno napisałam notkę o przekonaniach, jakimi karmiono nas w dzieciństwie? Wywołała ona prawdziwą burzę. Byłam tym bardzo zaskoczona, ale tylko do chwili, kiedy uzmysłowiłam sobie wagę problemu, a także to, jak niezwykle czułych miejsc dotyka to w każdym z nas. Dla mnie to cenne. Lubię prawdziwe relacje, głębokie i odważne, dlatego byłam pełna wdzięczności za odzew, z jakim spotkał się mój post.

A gdybyśmy to dziś zawęzili i spróbowali zobaczyć, jakie nosimy w sobie przekonania na temat szczęścia? Co uznajemy za „naszą prawdę” wypracowaną doświadczeniem? Co wzięliśmy z domu, ze szkoły, od bliskich? Czy to nas wzbogaca i wspiera, czy raczej podcina skrzydła i skazuje na porażkę? A może chroni przed upadkiem?


Szukałam w swojej głowie takich przekonań i znalazłam te poniżej. Jest ich oczywiście całe mnóstwo. Macie jakieś pomysły? Co dopisać do tej listy?
  1. Szczęście nie zależy od nas. Albo się ma szczęście, albo nie.
  2. Gdybym więcej zarabiał/a, miał/a dom, samochód, pieniądze itp., to byłbym/byłabym szczęśliwy/a.
  3. Inni zazdroszczą nam szczęścia.
  4. Nie należy się chwalić szczęściem, bo nas opuści.
  5. Za szczęście trzeba zapłacić.
  6. Szczęście można osiągnąć tylko trudem i znojem.
  7. Szczęście to poświęcanie się dla innych.
  8. Mąż/żona jest odpowiedzialny/a za moje szczęście.
  9. Moje szczęście nie zależy ode mnie.
  10. Nie zasługuję na szczęście.
  11. Szczęście zawsze sprowadza nieszczęście.
  12. Chcąc być szczęśliwym, trzeba zapomnieć swoją przeszłość.
  13. Jak schudnę, to już na pewno będę szczęśliwa.
  14. .....................................
  15. .....................................
  16. .....................................


Które z nich są „moje”? Dziś już nie, ale wiele lat żyłam w przekonaniu (nie takim rozumowym, ale podświadomym), że nie zasługuję na szczęście, że za każde szczęście będę musiała zapłacić, żeby lepiej o szczęściu nie mówić, najlepiej stłumić je w sobie, bo przyciągnie nieszczęście, no i trochę też tak, że moje szczęście zależy od innych…

Dziś, kiedy udało mi się zobaczyć te destrukcyjne przekonania i zmierzyć się z nimi, mogę być szczęśliwa bez lęku, bo zasługuję na to bez wątpienia, pod warunkiem że sama o to zadbam.
W co wierzycie do dziś, a co udało się Wam już odrzucić jako niekonstruktywne, niesłużące niczemu balasty na swojej drodze? I czy jest rozdźwięk pomiędzy tym, co myślicie, a tym, co czujecie w głębi duszy?


Na komentarze poodpowiadam po południu. 
Tymczasem życzę Wam dziś nieskrępowanego żadnymi zatrutymi przekonaniami poczucia SZCZĘŚCIA. :)

środa, 29 sierpnia 2012

Dzieci i ryby głosu nie mają?

Dziś będzie refleksyjnie. Mam taką potrzebę.
Spacerowałyśmy sobie z sąsiadką z pieskami po nadodrzańskim parku i w pewnym momencie, kiedy przechodziłyśmy przy placu zabaw, usłyszałyśmy, jak zirytowana mama krzyczy do dziecka: Cicho bądź! Dzieci i ryby głosu nie mają!
To jakoś osobiście mnie uderzyło, oburzyło i zabolało. Zaczęłyśmy przypominać sobie tego typu powiedzonka z naszego dzieciństwa. Wróciłyśmy do przeszłości. 


Może zrobicie to samo?

Czy pamiętacie, jakimi przekonaniami karmiono Was w domu rodzinnym, kiedy byliście dziećmi? Jakie subiektywne "prawdy" o życiu próbowali Wam przekazać ważni dla Was ludzie? Mam na myśli fałszywe przekonania, te bolące, manipulujące, często poniżające i krzywdzące. Przekonania te mogły być podawane nam w formie powiedzonek, przysłów, rodzinnych anegdotek czy "złotych myśli", często również nieświadomie, jako owoc "nauk", które ludzie ci sami pobierali jako dzieci.
Stały się one często fundamentem naszej osobowości. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo rządzą naszym życiem. Zazwyczaj działamy zgodnie z nimi, choć możemy nawet nie mieć tego świadomości. Może nawet przekazujemy je następnemu pokoleniu...


My znalazłyśmy ich bardzo wiele, na przykład:

  1. Dzieci i ryby głosu nie mają.
  2. Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie.
  3. Najgorszą rzeczą w życiu jest kłamstwo.
  4. Nie wolno źle mówić o rodzicach.
  5. Oboje rodziców, i mamę, i tatę, należy kochać tak samo.
  6. Pokorne cielę dwie matki ssie.
  7. Inna sytuacja wcale nie będzie lepsza - po co się starać coś zmienić?
  8. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
  9. Dziecko nie jest w stanie zrozumieć, nie ma co mu tłumaczyć.
10. Na wszystko trzeba zasłużyć.

One wszystkie kłamią. 

Dziś to wiem, ale kiedyś szokiem było dla mnie, że osoba ucząca mnie bezwzględnej uczciwości, sama poważnie mija się z prawdą...
Proces uświadamiania sobie, że jest się pod wpływem takich okrutnych przekonań, nie jest łatwy, jednak uwolnienie się od nich, dostrzeżenie, jak bardzo nas krzywdzą, oszukują i unieszczęśliwiają, jest cudowną drogą dającą wiele satysfakcji.
Zachwycająco przedstawiła to Mar w swoim poście. Myślałam o niej, kiedy jadąc pociągiem z Brugii do Brukseli, ukradkiem robiłam to zdjęcie poniżej. Naprzeciw nas siedziała młoda dziewczyna. Bardzo chuda, same kosteczki. I bardzo piękna. Myślałam o tym, co mogło stać się w jej życiu, że płaci za to tak wielką cenę. Że pewnie jest jej zimno i bardzo chciałam, aby walczyła o siebie. Przesłałam jej moc ciepłych myśli i ukradłam odbicie. Może to ono doprowadziło ją do tego stanu? Może bez niego będzie jej lepiej? Kiedyś nakarmiono ją zatrutym pokarmem fałszywych przekonań... Teraz wszystko zależy już od niej.
Jeśli macie ochotę, podzielcie się swoim doświadczeniem. 
Rozumiem, że może być niełatwo o tym pisać, ale czy takie powiedzonka, jak to o wojewodzie i smrodzie to relikt poprzedniej epoki? Czy dziś nowocześni rodzice wiedzą już, jakie to potrafi być dla dziecka bolesne?


czwartek, 26 lipca 2012

Rady dla rodziców

Witam w ten piękny, niepowtarzalny, jedyny w naszym życiu czwartek. :-) 
Jak mówi znany kawał, jeszcze tylko wpi...ol (piątek) i wakacje (czyli weekend)! Cieszę się. :-)

Dziś ciut poważniej. W moje ręce trafiła ulotka Kampanii Przeciw Przemocy i zamyśliłam się... Wprawdzie ja jestem już bardzo dużym dzieckiem, moje dzieci są już dorosłe, wnuków jeszcze nie posiadam (ale bardzo bym chciała), ale treść ulotki zainteresowała mnie na tyle, żeby się z Wami nią podzielić. 
Ubolewam nad tym, że kiedy ma się małe dzieci, człowiek zazwyczaj sam jest jeszcze głupi i niedojrzały, a kiedy już coś się o życiu wie, zna się zasady i priorytety, dzieci są już od dawna odchowane i na wychowanie jest za późno. Poniższy tekst pochodzi ze strony http://www.kampaniaprzemoc.pl/

Rady dla rodziców 

Jak być dobrym rodzicem
  1. Kochaj i okazuj dziecku miłość, np. przytulając je, całując i mówiąc mu "kocham cię". Okazywanie miłości daje dziecku poczucie bezpieczeństwa.
  2. Słuchaj uważnie tego, co mówi Twoje dziecko. Interesuj się tym, co robi i co czuje.
  3. Wyznaczaj granice i ustal zasady obowiązujące w Twojej rodzinie. Dzieci czują się bezpieczniej, jeśli trzymasz się granic i zasad, nawet jeśli od czasu do czasu na nie narzekają.
  4. Dostrzegaj zabawne strony bycia rodzicem i pozwól sobie na śmiech, kiedy to jest możliwe. Czasami rodzice stają się tacy poważni, że rodzicielstwo przestaje dawać im radość.
  5. Postrzegaj świat z perspektywy dziecka. Wyobrażanie sobie, co czuje Twoje dziecko, jest kluczem do zrozumienia jego zachowania.
  6. Chwal dziecko za dobre zachowania. Pozwala to dziecku zbudować pewność siebie i poczucie własnej wartości.
  7. Dotrzymuj danych obietnic, nawet jeśli jest to trudne. W ten sposób uczysz dziecko zaufania i odpowiedzialności.
  8. Ustal wspólnie z dzieckiem porządek dnia. Pozwoli to zapewnić poczucie bezpieczeństwa i organizację czasu dziecka oraz unikania niepotrzebnych konfliktów.
  9. Dbaj o swój wygląd zewnętrzny i o swoje zdrowie. Dziecko naśladuje nas. Ucz dziecko dbałości o zdrowie i higienę osobistą.
  10. Pamiętaj o własnych potrzebach. Przeznacz trochę czasu tylko dla siebie. Jeśli czujesz, że tracisz panowanie nad sobą, że możesz krzyknąć na dziecko, poniżyć je lub uderzyć, odejdź na chwilę, uspokój się i policz do dziesięciu.

Banalne te rady? Nie sądzę. Każda z nich kryje dużą głębię mądrości. Za nieprzestrzeganiem każdej z nich kryje się ogrom krzywd, bólu, frustracji, kompleksów, tłumionej złości i gniewu, z jakimi potem musimy się jako dorośli mierzyć. Jeśli nie dostaliśmy tego, to jako dojrzali ludzie nie możemy tego również dać swoim dzieciom i dzieje się tak na przekór rozumowi i chęciom. Chyba że zrozumiemy, przepracujemy emocjonalnie, przyglądniemy się swojemu dzieciństwu otwartym okiem i odważnym sercem. 
Czy któryś z tych punktów jakoś mocnej gra w Waszych duszach? 
Jeśli macie ochotę, piszcie. Ja czuję uścisk w dołku przy punkcie 2, 5 i jeszcze przy paru...
Co się dzieje, jeśli rodzice nie przestrzegają tych "banalnych" zasad? Na ile znam biografię Hitlera, to mogę śmiało stwierdzić, że jego rodzice nie przestrzegali ani jednego z tych punktów. Ani jednego. Dla mnie to wstrząsające.

A co, jeśli jakaś para małżeńska nie ma zamiaru zajmować się takimi duperelami jak jakieś zasady? Wtedy proponuję zająć się wyszukiwaniem po sieci takiego hasła, jak widzicie u mnie na blogu. Pisałam już o tym w poniedziałek. :) A tu znowu. :) To ostatnie zdanie proszę potraktujcie z przymrużeniem oka, nie namawiam nikogo do takich czynów!





czwartek, 5 lipca 2012

Dwie scenki z mojego życia



Pierwsza:
Trwa remont. Panowie z ekipy tapetują pokój syna. Jest to tapeta winylowa o strukturze płótna, do malowania. Wchodzę, żeby zobaczyć postępy. Widzę, że na środku reprezentacyjnej ściany, takiej, która nie będzie niczym zasłonięta, jest skaza w tapecie: jeden bok się pruje. Ściana jest już ukończona. Przyglądam się tej skazie i mówię „Ale tu jest coś nie tak, zobaczcie, przecież to jest poprute i wygląda okropnie”. Panowie nie przerywają pracy, jeden miesza klej w wiadrze, drugi odmierza następną ryzę. Nie patrzą na mnie. „Przecież to najważniejsza ściana - mówię. - Będzie to widać”. Żadnej reakcji. Zaczynam wygładzać prujące się nitki paznokciem i układać je w miarę równo, daje się to robić, bo klej jest jeszcze mokry. „Może nie będzie tego widać, jak się to pomaluje” – pocieszam samą siebie, jednak bez przekonania, bo jak farba ma udawać wzór płótna na ścianie?
Panowie milczą i każdy jest zajęty swoją czynnością. Idę zrobić im kawę.



Druga:
Jestem w sklepie i kupuję taką obruso-ceratkę na stół w kuchni. Wybrałam już wzór i proszę ekspedientkę o przycięcie mi odpowiedniego kawałka z beli. W ostatniej chwili zauważam, że ceratka się siepie, z brzegu wisi kilka nitek. „Czy ona nie będzie się strzępić? – pytam ekspedientkę. – Przecież nie ma tego jak obrębiać, zresztą nie o to mi chodzi”. Ekspedientka odwrócona tyłem nic nie dopowiada, jakby nie słyszała (może nie usłyszała?), tylko zaczyna rozwijać materiał z beli. „Jakoś to będzie - mówię szybko. – Może nie będzie tak źle…”. Ekspedientka przeciąga nożykiem po ceracie i odcina zamówiony przeze mnie kawałek. 


Myślicie, że koło siedmdziesiątki nie będę już taką "miłą, ciepłą kluchą", tylko stanę się bardziej asertywna? Jest nadzieja?

(Tapeta została poprawiona po moim wyjściu - przyszedł szef i kazał wymienić, 
ceratko-obrus niestety się pruje.)

czwartek, 28 czerwca 2012

„Czy żona okazuje panu miłość?”


To pytanie pojawia się w książce, o której już raz pisałam TU. Autor przytacza wyniki badań opublikowanych w „British Medical Journal”, które zostały przeprowadzone na grupie mężczyzn w podeszłym wieku, a które wykazały, że ci, którzy zostali wdowcami, żyli krócej od tych, których żony jeszcze żyły. Mało tego. Inny eksperyment wykazał, że mężczyźni dotknięci chorobami sercowo-naczyniowymi, którzy czuli się kochani przez swoje żony, mieli o wiele mniej objawów chorobowych, niż pozostali. Przebadano 8500 zdrowych mężczyzn i w ciągu 5 lat ci, którzy stwierdzili „moja żona mnie nie kocha”, trzy razy częściej dostawali wrzodów żołądka! To było dla nich bardziej zagrażające niż palenie papierosów!



Naukowcy muszą przeprowadzać takie eksperymenty, które dla mnie (i myślę, że dla wielu) są całkowicie niepotrzebne. Jesteśmy stworzeniami społecznymi. Więzi z innymi ludźmi są dla nas bardzo ważne i wpływają na jakość naszego życia. To, że mamy bliską osobę, przez którą czujemy się kochani, ale także którą możemy kochać, jest dla nas jak najlepsze lekarstwo. Miłość jest potrzebą biologiczną. Naukowcy musieli zamęczyć niezliczoną liczbę myszy, żeby udowodnić, że oseski pozbawione matczynej troski chowają się o wiele gorzej, nie rosną, słabną, a wręcz umierają.  Trzeba było skazać na cierpienia malutkie dzieci w inkubatorach, zakazując je dotykać, aby z czasem przekonać się, że może najgorsze, co im zagraża, to właśnie brak kontaktu fizycznego z czułą ludzką ręką.



Świat przekonał się, jak mocno można skrzywdzić dzieci, traktując je zimno i bezwzględnie na podstawie okrutnych doświadczeń z rumuńskich sierocińców. U części tych dzieci, którym udało się to piekło przeżyć, mózg emocjonalny uległ atrofii.
Czy to nie jest oczywiste, że w większości przypadków u starszych ludzi niepotrzebne byłyby antydepresanty, leki nasenne i uspokajające, gdyby one miały kogoś bliskiego, kto by je kochał? Albo gdyby zamiast tabletki mogły wziąć sobie psa, kota czy choćby kanarka? Nie dość, że te osoby odniosłyby z obcowania ze zwierzęciem korzyść, to jeszcze stałyby się atrakcyjniejsze dla otoczenia. To też zostało udowodnione i zgadza się z moim odczuciem, że jeśli ktoś ma i kocha zwierzęta lub choćby rośliny, to jest w moich oczach od razu sympatyczniejszy i godny zaufania.




Niestrudzeni naukowcy przebadali nawet kobiety w wieku powyżej 70 lat i te, które miały jakieś zwierzątko, mogły pochwalić się ciśnieniem jak u dwudziestopięciolatki prowadzącej bujne życie towarzyskie!
Wracając do tytułowego pytania, to jeśli mężowie moich czytelniczek odpowiadają twierdząco na to pytanie, to mają powód do radości! Będą żyć dłużej, pełniej i w lepszym zdrowiu. Lećcie im to powiedzieć, niech wiedzą, ile nam zawdzięczają! Jeśli odpowiedzą inaczej... cóż, muszą się zmienić. :-) 




PODPIS

czwartek, 14 czerwca 2012

Przysłuchiwać się sercem


Czytam książkę "Zdrowiej, pokonaj lęk, stres i depresję", którą napisał dr David Servan-

-Schreiber. Lubię czasem sięgnąć po taką pozycję, bo ona może mnie zmobilizować do dbania o siebie. Jestem jeszcze w trakcie, ale już coś ciekawego znalazłam - to rozdział o tytule, jaki nosi mój post.




Jest o sztuce słuchania. O nawiązywaniu prawdziwego kontaktu, o prawdziwej pomocy, jakiej możemy udzielić drugiej osobie, której coś leży na sercu. Każdy może ją stosować. Ułatwia zbliżenie się do osób, z którymi jesteśmy najmocniej związani, na których zależy nam najbardziej, ale sprawdza się też w stosunku do współpracowników, kolegów, znajomych, do każdego, kto przeżywa właśnie jakąś trudną sytuację.  



Technika ta może na początku wydać nam się nieco sztuczna, ale już miałam okazję sprawdzić ją w praktyce i efekty są niesamowite. O tym później.

Cała rzecz polega na zadaniu pięciu następujących po sobie pytań. Nie można ich "zagadać", powinny być zadane w stosunkowo szybkim czasie, chodzi o to, żeby nie rozwodzić się nad odpowiedziami na każde z nich, bo sprawa zostanie rozmyta. Na przykład jeśli odpowiedź trwa dłużej niż trzy minuty, dotarcie do sedna sprawy stanie się problematyczne - tak pisze autor. Oczywiście nikt nie będzie przeprowadzał takich rozmów z zegarkiem w ręku, piszę to, żeby uzmysłowić Wam, o co chodzi.




Oto te magiczne pytania:

1. Co się stało? 
Prawda, że to naturalne? Nie należy wdawać się w szczegóły, dopytywać, trzeba pamiętać, że ta metoda ma pomóc bardziej osobie potrzebującej niż nam.
2. Co czułeś/łaś, kiedy to się stało?
Innymi słowy, jakich doznałeś emocji? Czasem to pytanie wydaje nam się zbyt oczywiste, bo przecież wydaje nam się, że wiemy, co powinna czuć osoba w danej sytuacji, mimo to należy je zadać, bo po pierwsze, możemy się mylić, a po drugie, osoba potrzebująca sama musi sobie to uświadomić.
Do tej pory łatwe, żadnych problemów.
3. Co było dla ciebie w tej sytuacji najtrudniejsze?
Jak pisze autor, to pytanie posiada magiczną moc, bo zmusza umysł do skupienia, pomaga uporządkować i skoncentrować myśl na zasadniczej kwestii, na tym, co boli najbardziej. Byłam zdumiona, gdy po zadaniu tego pytania widziałam to skupienie i koncentrację w oczach rozmówcy! On sobie to dopiero uświadamiał! 
Umysł człowieka, pozostawiony sam sobie, ma skłonność do rozpraszania się we wszystkich kierunkach. Ja często wiem, że jest mi źle, ale muszę się głęboko zastanowić, na czym to dokładnie polega i wtedy okazuje się, że jestem np. śpiąca!
4. A co/kto pozwala ci stawić czoła temu problemowi i nie poddać się losowi?
Innymi słowy, co ci pomaga w tej sytuacji? Autor nazwał to pytanie "stawić czoła". Trzeba jego formę dopasować do sytuacji. Tym pytaniem kierujemy uwagę rozmówcy na istniejące wokół niego możliwości. 
"Nie można nie doceniać ludzkich zdolności do wychodzenia z najtrudniejszych sytuacji. Człowiek potrzebuje wtedy najbardziej pomocy w podźwignięciu się, w ponownym stanięciu na nogach, a nie w rozwiązywaniu za niego problemów. Wszystkim nam trudno zrozumieć i uwierzyć, że otaczający nas ludzie są znacznie silniejsi i bardziej odporni, niż się to na ogół sądzi. Że sami jesteśmy znacznie silniejsi i bardziej odporni, niż się to na ogół sądzi" Zdrowo jest w takiej sytuacji opanować odruch natychmiastowego rzucenia się z pomocą i powiedzieć sobie: nic nie rób, nie wtrącaj się, po prostu bądź, zaufaj mu, on znajdzie rozwiązanie albo sam wyraźnie poprosi o konkretną pomoc.
5. Ostatni punkt nie jest już pytaniem. Nazywa się EMPATIA i ma potwierdzić, że współczujemy. Dobrze jest powiedzieć, co czuliśmy podczas słuchania rozmówcy. "Musi ci być bardzo ciężko", "Przykro mi, że cię to spotkało", Jestem poruszona twoją historią" - w zależności od naszych empatycznych, szczerych  uczuć.
Cała ta rozmowa to żaden teatr, to szczera chęć autentycznej pomocy, czystych relacji i ulżenia bólowi trudnej sytuacji poprzez zmniejszenie poczucia, że przeżywa się to w samotności.




Tak jak napisałam powyżej, byłam zaskoczona przebiegiem takich rozmów, które już udało mi się odbyć.

Jedna na przykład wyglądała w skrócie tak:
Mama koleżanki wylądowała w szpitalu.
1. Jesteś smutna. Co się stało?
"Mamę zabrało pogotowie, okazało się..."
2.Co czułaś, kiedy to się stało?
Byłam przerażona, nie wiedziałam, co robić...
3.A co było dla ciebie w tej sytuacji najtrudniejsze?
(Dłuższa chwila namysłu, widać skupienie.) "Świadomość, że ona cierpi, a ja nie mogę jej pomóc..."
4. Czy jest coś takiego lub może ktoś, kto ci w tym pomaga?
"W sumie to mogę zawsze liczyć na syna, on bardzo mnie wspiera..."
5. Współczuję ci, to musi być bardzo trudne dla ciebie.
(Po raz pierwszy uśmiech.) "Dziękuję, czuję się trochę lepiej."


Ja miałam wrażenie, że dużo się dowiedziałam i nawiązałam z nią przez chwilę prawdziwą więź i dzięki temu czułam się dobrze. O wiele lepiej, niż gdybym zaczęła, opowiadając jej o moim Tacie i Jego chorobie. Takich rozmów przeprowadziłam już kilka, nie każdą udało mi się doprowadzić do końca, bo albo się to rozmyło, albo było mi głupio zadać jakieś pytanie, ale jeśli mi się to udało, efekt zawsze był pozytywny i dla rozmówcy, i dla mnie.

Jak mówi autor, "Pogłębiając wzajemne relacje, sami się leczymy".


Oni często rozmawiają ze sobą szczerze.

Mam ochotę zadać pytanie Klarki: "Co ty na to?" :-)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...