Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leśna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leśna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 stycznia 2015

Jak pies z kotem albo kot z psa, czyli Leśna oskubana

W grudniu po południu się miało urodziny. Oczywiście bez znaczenia które. Co innego prezenty - te są pełne znaczeń! Jeden mnie szczególnie... znokautował. Rzecz jasna pozytywnie.

Kot?

Czy pies?

Muszę tu oświadczyć, że, owszem, węszyłam niespodziankę, gdyż  kilka miesięcy wcześniej, po tym jak znalazłam zgubiony wibrys któregoś z naszych kotków, Igor poprosił, żebym mu odkładała kolejne takie znaleziska. 

Mmm, co to?!

Pachnie moją psą...

Kilka dni przed wiadomym dniem dziecię grzebało z pół godziny w szkatule z moją biżuterią (czytaj: pasmanterią), po czym zapytało, czy może wziąć dwa zielone guziorki. Zgodziłam się i wtedy już nabrałam absolutnej pewności, że coś się szykuje i że synuś chyba nawet nie przegapi właściwej daty. W przeddzień pogmerał w guzikach raz jeszcze i poprosił o inne, bo "tamte są za duże". Następnie sam z siebie, niezachęcany co najmniej dwunastokrotnym powtórzeniem, jak to się przeważnie zdarza przy wszelkich prośbach i zleceniach domowych, wyczesał Lesię, pozyskując większość potrzebnego materiału. 

Jak to było? Veni coś tam, coś tam...

Aaa! Psybyłem,

zobapsyłem,

i nie oddam!

O północy, co wiem już z późniejszej relacji samego zainteresowanego, podrzucił był dzieło na posłanie. Ja już wówczas głęboko spałam, bo odpadłam jakoś tak, ekhm, niespodzianie i niepoprawnie - nad książką. Właśnie! Macie jakiś patent, żeby nie zasypiać wieczorem, czytając? Nie mówię o ekstremalnych sposobach w rodzaju niewygodnego przycupnięcia na twardym taborecie albo o trzymaniu stóp w wiadrze z lodem, tylko o jakichś bardziej humanitarnych. No co ja zrobię, że najbardziej lubię czytać w swoim ciepłym kąciku na materacyku, co sprzyja niemal natychmiastowemu podsypianiu?

Szczęśliwie, gdy jakoś tak po czwartej obudziłam się  i zerwałam zaniepokojona podejrzanymi kocimi odgłosami (ale to już zupełnie inna historia), nie nadepnęłam na kartkę, odbierając jej cały niewątpliwy urok. Mało tego, wyrwana ze snu, odkryłam ją dopiero po powrocie z krótkiego zwiadowczego rekonesansu po chałupie! W tamtej chwili zaczęłam się nawet nerwowo i podejrzliwie rozglądać za sprawcą desantu. :)
Ogólnie byłam pod wrażeniem. A jak Majtek zachwycił się kartką! Ledwo mu wydarłam, zanim oskubał (dla odmiany) kota. Teraz kartka jest już bezpieczna, bo umieszczona poza zasięgiem wielbiciela dredów ukochanej Lesi. 

Jak one się kochają!

To co, jakiś tutorial, gdyby jednak ktoś nie załapał? Uprzejmie służę.

Potrzebne będą: kot, pies (zamiennie - owca, koza, świnka morska - byle długowłose),  kłaki wyczesane z wcześniej wymienionego, kolorowy brystol, naturalne wibrysy (pozyskane w drodze znalezienia, nie zaś wydarte kotu siłą!), dwa guziki, dobry klej.

Sposób wykonania: wykroić żądany rozmiar kartki, uważnie przyjrzeć się kotu, wziąwszy zarazem miarę z rzeczonego, naszkicować modela, posmarować go klejem (ino aby szkic, nie modela!), przysypać klej kłakami, w adekwatnym miejscu wcisnąć w nie guziki, ciut niżej wetknąć wąsiki, gotowe! :)

Dziękuję za uwagę. Miłego dnia! I pamiętajcie, że dziś już czwartek, a nie, jak mogłoby się wydawać, wtorek. :)

To pisałam ja, JolkaM Północna.



czwartek, 15 maja 2014

Wsi spokojna - z dedykacjami

Jako że utraciłam (chwilowo - mam nadzieję) kontakt z globtrotuarami, to dziś pooddychamy powietrzem wiejskim - bez domieszki siarki. A i jajka wystąpią o jaśniejszej karnacji. :)
Przy okazji donoszę uprzejmie, że Gosia (dość lakonicznie, więc chyba ostatkiem mocy sieciowej) zameldowała ichnie przybycie do Kioto. Zatem jak kto śledzi naszych na mapie, może sobie to miejsce zapunktować serduszkiem, gwiazdeczką czy innym krzaczkiem. 

Tymczasem szanownych czytających uprasza się o zapięcie pasów, gdyż w tej oto chwili, całkowicie wyimaginowanym shinkansenem, a więc błyskawicznie i po japońsku, przemieszczamy się na północ, i to kraju naszego powszedniego. :)

Czas akcji przeważnie bliżej lub dalej określony.
Kolejność zdjęć przypadkowa.

No to jedźmy, nikt nie woła...

Oto drzewo.

A to coś jakby paproć.

To jest Majtek.

Za Majtkiem jest Leśna - to ta kupka czarnych kłaków. :)

Dla Olgi są pąki, bo zawierają tajemnicę. :)

A tak Mietek witał absolutnie niespodziewaną dostawę kuro-jajek z drugiego krańca Polski.

To Bazyl.

A tu od oka strony. :)

I, uwaga,  punkt kulminacyjny: drzewo z rozszerzonymi źrenicami. Dla Hany. :)





Dla porządku dodam tylko, że powyższe drzewo nie zamieszkuje wsi spokojnej, ale kto mi zabroni je pokazać pod tym tytułem? :)

Dobrego dnia!

JolkaM

Uwaga! Wskazówka dla zagubionych owieczek, które poszukują Instagramu. :)



poniedziałek, 29 lipca 2013

Lipcowa rocznica - co rok prorok

Dziś niespodziAnka-zgadywAnka pt. Buszująca Za Moimi Drzwiami.

Lesia w lesie.

Na początku lipca minął rok od dnia, w którym pierwszy raz zobaczyłam Leśną przy drodze. Nie mieliśmy zamiaru jakoś specjalnie hucznie obchodzić tej rocznicy, gdyż bardziej odpowiedni do świętowania wydaje mi się dzień przywiezienia jej do domu po dwóch miesiącach oswajania, a więc we wrześniu. Tymczasem jednak sama Lesia uznała widać za stosowne podkreślenie wagi tego lipcowego czasu i postanowiła uczcić to po swojemu. 
Wczesnym popołudniem w przedostatni piątek tego upalnego miesiąca udała się na obchód posesji - zapewne z zamiarem sprawdzenia, czy czasem jakiś koci intruz nie zamierza się na nią wedrzeć. A przecież jeśli tak, to sobie sunia zwyczajowo zagoni delikwenta na drzewo i nie odstąpi od niego, dopóki się jej stamtąd wołami nie odciągnie. 
Tego dnia jednak scenariusz wydarzeń okazał się nieco inny. Bo, owszem, obszczekiwanie nastąpiło, ale intruz na drzewo nie zwiał. Okazał się nim malutki kotek - być może zbyt wystraszony, żeby zareagować bardziej racjonalnie. Odkrył go Igor, który usłyszawszy natrętne szczekanie, udał się w krzaczorki, żeby sprawdzić w czym rzecz. Zabrał do domu Leśkę, żeby już nie straszyła dziecięcia, a następnie zaniósł do domu także malucha. Po czym zadzwonił do matki pracującej i poinformował ją, że w łazience rezyduje mały kotek. Cóż było robić; dostał instrukcję, jak zorganizować mu prowizoryczną kuwetkę, a matka ledwo wysiedziała w pracy do jakże okrutnej siedemnastej, a potem już tylko 50 km i znalazła się w zasiedlonej tymczasowo łazience, która zawierała następującego, przykurzonego osobnika:



                                                Majtka pierwsze godziny w naszej łazience.

W domu oczywiście poruszenie, Leśka niucha pod drzwiami łazienki. Koty prychają, posykują, Mietek to wręcz nawiał z chałupy, ale nie od dziś wiadomo, że to tchórz wybitny. Cóż, przynajmniej nie stresował małego. Chociaż, czy on był zestresowany? Hm. Gdy teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że zaaklimatyzował się nadzwyczaj dobrze. Już po paru dniach właściwie rządził wśród kotów. 


Leśnej też się nie boi. Dochodzi między nimi czasem do spięć podczas jedzenia, którego Leśka jest zażartą (nomen omen) strażniczką, nawet gdy niespecjalnie ma ochotę jeść. To pewnie wciąż syndrom psa, który głodował. Mały, gdy słyszy, że nasypuję jedzenie kotom, biegnie do ich misek, zupełnie nie respektując prawa własności, a te moje kochane sierście ustępują mu z drogi, jakby doskonale wiedziały, na czym polega prawdziwa gościnność. ;)
Zwierzęta jak zwierzęta, ale niepokoiła mnie jeszcze perspektywa powrotu Pana Męża z pracy i jego opinii o kolejnym rezydencie. Właściwie to pierwotny zamiar był taki, że powiesimy we wsi ogłoszenie, ale po dwóch dniach zrezygnowałam z tego. Od ludzi z sąsiedztwa usłyszałam dość informacji, by uzyskać pewność, że nikt Majtka nie szuka. A, właśnie, bo czy mogłam go inaczej nazwać? Z takimi galotami na zadowiu? :)



Tydzień później.
Czy nie wygląda na zintegrowanego z otoczeniem? :)

Tak więc uznając, że Majtek jest prezentem rocznicowym Lesi, który sobie zresztą wspaniałomyślnie sama zorganizowała (niezanadto zaprzątając zapracowanych łysych), postanowiliśmy chłopaka zaadoptować. To znaczy… ja postanowiłam.


Wydaje się też, że jest dość wyluzowany...


No i te czarne paluszki, które swego czasu tak mnie uwiodły u PaniEnki Wisienki. :)

Z charakteru małomówny Pan Mąż tak do końca to się nie wypowiedział, ale że i nie dopomina się (hm, może także z powodu małomówności) eksmisji Majtucha, uznaliśmy z Igorem, że zatwierdził naszą (cokolwiek zaoczną) decyzję. Trzymajcie kciuki! :)

JolkaM

(dopisek AnkiW: kto nie zna historii Leśnej, gorąco zachęcam do zapoznania się z nią, bo to jedna z tych historii, które zapadają na zawsze w serce. Pokazał to odzew na ten post: Klapniętouche Leśne Znalezisko.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...