Pamiętacie czarnego kotka, który okazał się kotką, którą nazwałam
Córcią?
Myślę, że dojrzałam, aby opowiedzieć Wam ciąg dalszy jej historii. Do tej pory nie mogłam tego zrobić, musiałam bowiem... dojść do siebie.
Było tak:
kotki, które biorę do siebie na czas zabiegu i rekonwalescencji, trzymam w jasnej i ciepłej pralni. Pralnia jest w piwnicy i sąsiaduje z garażem i korytarzem z którego jest wejście do domu (mieszkam w szeregówce), do kolejnego piwnicznego pokoju i do ogrodu. W drzwiach do ogrodu i tych do części mieszkalnej, moje koty mają klapkę, przez którą mogą się swobodnie poruszać między ogrodem a domem.
Przypominam, że kotka od początku była totalnie dzika i nie dała mi się oswoić ani na jotę, mimo moich usilnych starań i dodatkowo po zabiegu zachorowała i musiała przejść kurację antybiotykową - można powiedzieć, że nic nie szło tak, jak bym chciała.
Tej nocy, poprzedzającej dzień, kiedy miałam odwieźć Córcię na jej działki, wiał bardzo silny wiatr. Ten wiatr otworzył okienko w pralni, a kolejny podmuch otworzył drzwi. Kiedy przyszłam rano nakarmić kotkę, zamarłam, bo drzwi były otwarte na oścież, a kota nigdzie ani śladu. Oczywiście, jak to ja, zaraz wpadłam w rozpacz. MójCiOn poradził mi, żebym porozstawiała jedzenie w garażu, piwnicznym pokoju i pralni, że jak gdzieś tam jest, to na pewno się znajdzie. Tak zrobiłam, zostawiłam jedzenie, pozamykałam drzwi i rzeczywiście! Jedzenie zniknęło w pomieszczeniu piwnicznym, zawalonym różnymi gratami pokoju - chyba najgorsza opcja, bo tam i stare meble, i mydło, i powidło, i dziad z babą. Zawołałam Wrocławskiego do pomocy i razem zaczęliśmy szukać. Jest! Siedzi na szafie! Ja do niej z ręcznikiem, żeby ją jakoś złapać, a ta hyc i skoczyła prostu za nią. Zaklinowała się tam - koszmar! Wrocławski odsunął szafę, ja zaczaiłam się z tym ręcznikiem, już prawie ją miałam, ale wymsknęła się i w długą, pod kanapę...
My za nią. Znowu jest! Siedzi w samym rogu, wydaje się, że teraz to już na pewno uda się ją chwycić. Odsuwamy, zastawiamy, szykujemy pułapkę i już prawie, prawie, jest i... czmychnęła znowu!
I to był ostatni raz, kiedy widziałam ją u mnie w domu...
Okazało się bowiem, że robiąc tą całą akcję nie zamknęłam drzwi prowadzących na korytarz. Jest mi trudno do dziś w to uwierzyć, ale po przeszukaniu jakieś sto razy całej piwnicy, łącznie z rozbieraniem mebli na czynniki pierwsze (czy aby się tam nie zaklinowała) musiałam stwierdzić z niedowierzaniem, że kotka musiała czmychnąć przez kocią klapkę do ogrodu i potem dalej, na wolność. Na obcym terenie! Taka dzika i przerażona! Przecież ona nigdy nie widziała kociej klapki! Dla niej to brudne okienko powinno być jak ściana, skąd miałaby wiedzieć, że tam trzeba nacisnąć głową?
To, co przeżyłam w związku z tym faktem, byłoby lepiej pominąć milczeniem. Rozpacz, łzy, obwinianie się itp. To jednak ważna lekcja dla mnie. Lekcja, jak działam. Lekcja, jak wiele złego robi moja wyobraźnia. Faktem jest, że w mojej głowie nie dałam szans tej koteczce. Uznałam, że ona na pewno sobie nie poradzi, że siedzi gdzieś pod krzakiem i zdycha z głodu albo rozszarpie ją jakiś pies, że nawet gdyby chciała wrócić, to przecież moje koty i Rufi do tego nie dopuszczą. Jednym słowem, koniec z nią. I to dlaczego? Przeze mnie. Po co brałam ją z działki? Żyłaby tam sobie w spokoju. Po co się tak uparłam? I czemu nie zamknęłam tych cholernych drzwi? Widać jasno, że do niczego się nie nadaję, że wszystko, co robię, muszę schrzanić, no i że w ogóle jestem do dupy. Trwałam w tym stanie bardzo długo. W międzyczasie szukałam jej po okolicy, zadanie bez szans na dobry finał, bo przecież jak miałabym ją złapać, skoro taka dzika, a potem zaczęłam wystawiać do ogrodu, poza zasięg moich kotów, jedzenie, które znikało... Ale mało to innych głodomorów w okolicy?
To niesamowite, że kobieta, której zaraz skończą się czwórki z przodu, ma jeszcze takie problemy. Kiedyś wyobrażałam sobie, że "w tym wieku" to będę już mądra i dojrzała, a tu kicha. W sercu dziewczynka. Wciąż odkrywająca siebie. Wciąż poznająca siebie i swoją historię. Przez którą i w której wciąż dochodzi do głosu dziecko, jakim była. To bardzo osobiste, ale sukces polega na tym, że teraz już rozumiem, skąd biorą się takie moje skrajne reakcje. Czyje głosy słyszę w swojej głowie, które mówią mi te straszne rzeczy (pisze o tym Abigail w swoim poście). Co powoduje, że do siebie jednej nie mam empatii i współczucia w takich chwilach. Przecież gdyby to zdarzyło się komuś innemu, nie miałabym z tymi uczuciami żadnych problemów, jestem tego pewna.
Mogłabym napisać o przyczynach takich moich reakcji dokładny post.
Wracając do Córci. Minął miesiąc, a ja najpierw dostałam informację, że do sąsiadów, którzy mają już koty i karmią też bezpańskie, kilka domów dalej, przybłąkał się mały czarny kotek, a potem sama ją widziałam! Jestem pewna, że to ona. Była nawet w moim ogrodzie. Żyje. Ma się dobrze. Zmieniłam jej dzielnicę, ale poradziła sobie. Może nawet będzie jej lepiej.
Ja też muszę sobie z tym poradzić, zamknąć tę sprawę i iść dalej. To właśnie mam na celu, pisząc ten długi post.
To zdjęcie wydało mi się adekwatne do tematu. Te muchy są stracone?
Jedna z nich się uratowała... Tak też w życiu bywa.
*autor zdjęcia z muchami: MójCiOn
(Kto jeszcze nie był u
Amisi?)