Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Córcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Córcia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 czerwca 2012

Dobre wieści o Meli

Jeszcze raz Mela. 
Właściciel Baldricka prosił mnie o wieści o niej. 
Proszę bardzo, oto dwa ostatnie maile od Nowej Pani Meli. 
Miło się przekazuje takie wiadomości.




(Zdjęcia są jeszcze z czasów działkowych. Ich autorem jest Dobry Ludź, który wraz z żoną pomógł przetrwać zimę kociej rodzince, budując im ciepłą budkę oraz codziennie je karmiąc. Na zdjęciach jest Cruella, Córcia i Mela.) 




Znowu nie zapytałam o zgodę na publikację tych listów. Z nowymi "rodzicami" Meli mieszkamy niedaleko i nie chcę być rozpoznawana po tym blogu. Czy też miewacie takie obawy?



"Postępy u Meli są szokujące!! W załączeniu filmik z wczorajszej zabawy, poza tym ona coraz częściej "wypuszcza się" na mieszkanie. Dziś wrócił syn, ale dzieci jej coraz mniej przeszkadzają!! Zaczynam być zazdrosna: ona uwielbia, jak ją mąż mizia, spogląda na niego miłosnymi oczami, a jak On przestaje, to się przypomina, poza tym tuli się do Niego. Jeśli chodzi o stosunki między dziewczynami, to również jest coraz lepiej, dziś jadły z jednego talerza, bo mąż  zamiast nałożyć im do dwóch misek, nałożył na jeden duży talerz... Felicja chyba przestaje się gniewać na nas, bo dziś mimo że Mela była w pokoju sama, przyszła i położyła się na kanapie... Myślimy, że za tydzień nasze królewny już będą w komitywie... Ja miałam dużo wątpliwości, ale jak się okazuje, zupełnie niepotrzebnie.



Kolejny list:


"Z dnia na dzień jest lepiej, tzn między dziewczynami jest super!! Felicja całkowicie przestała się gniewać, więc jak leżę w łóżku jedna kładzie się z jednej, druga z drugiej strony i czekają na głaskanie (teraz wiem, po co człowiek ma dwie ręce ha ha). Ostatnio zostały przyłapane na wspólnym polegiwaniu pod krzesłami. Ale są też złe strony, od jakiegoś czasu nie wysypiam się, bo moje królewny między 4 a 5 urządzają sobie "huczne" zabawy... Mojemu mężowi to nie przeszkadza, więc może i ja się przyzwyczaję... Mela jest coraz bardziej  śmiała, dzieci obchodzą się z nią bardzo delikatnie (nawet młodszy wycisza się, widząc Melę, no i, co najważniejsze, żaden nie próbuje brać jej na ręce), więc ona zwiedza ich pokój, nawet jak są w domu, wędruje do kuchni, jak jemy... Tak że naprawdę jestem zbudowana postępami."





Fajnie się wszystko układa! 
A ten kolaż jest już z czasów u mnie. :-) 
Mela szaleje z paskiem na moim łóżku. :-)


(Tradycyjnie proszę Nową Panią Meli o wybaczenie, że umieściłam te wiadomości bez pytania o zgodę!)

poniedziałek, 28 maja 2012

Melania


Dzień dobry!
Jeśli pamiętacie, Cruella ma dwójkę dzieci, czarną Córcię, która mi zwiała i żyje teraz koło mojego domu, i drugą córeczkę, szylkretkę o pięknym umaszczeniu „kawki z mleczkiem”.


W czwartek udało się ją bez problemu złapać i jest w tej chwili u mnie na rekonwalescencji po sterylizacji.


Spotkałam przy okazji Cruellę i znowu serce mnie zakłuło. Czemu nikt jej nie chce? Ona jest taka kochana! Może mnie poznała - nie bała się mojej ręki. Chciałabym, aby było jej pisane cudowne życie z cudownymi Łysymi.


Przez moje „przeżywanie” po historii z Córcią i to że „musiałam wrócić do siebie”, ale też przez urlopy, remonty i inne życiowe przeszkody, sterylizacja była niestety połączona z aborcją. Malutka, okołosiedmiomiesięczna koteczka już nosiła w brzuszku cztery maleństwa.


Gdybym nie wykastrowała tej małej trzyosobowej rodzinki, za jakiś miesiąc mielibyśmy potrójny poród i, zakładając, że wszystkie miały po cztery na działkach u Dobrych Ludzi, zamiast trzech byłoby piętnaście kotów!


Odetchnęłam z wielką ulgą, gdy okazało się, że malutka ma charakter po mamie Cruelli. Jest nieagresywna, daje się pieścić, tuli się do mnie i nie ucieka. Mogę jej podawać antybiotyk bez problemu. A tak się bałam, że okaże się taka jak Córcia, która naprawdę dała mi popalić swoim temperamentem i bieganiem po suficie. 


Malutka ładnie się uczy korzystania z kuwety, jest mądra i kochana, ranka się goi, i mam jeszcze na koniec najlepszą wiadomość:


Ona ma już dom w którym na nią czekają z utęsknieniem!
Będzie się nazywała MELA!!!
Napiszę jeszcze o tym wkrótce!

wtorek, 8 maja 2012

Jak to z Córcią było...

Pamiętacie czarnego kotka, który okazał się kotką, którą nazwałam Córcią?
Myślę, że dojrzałam, aby opowiedzieć Wam ciąg dalszy jej historii. Do tej pory nie mogłam tego zrobić, musiałam bowiem... dojść do siebie.


Było tak:
kotki, które biorę do siebie na czas zabiegu i rekonwalescencji, trzymam w jasnej i ciepłej pralni. Pralnia jest w piwnicy i sąsiaduje z garażem i korytarzem z którego jest wejście do domu (mieszkam w szeregówce), do kolejnego piwnicznego pokoju i do ogrodu. W drzwiach do ogrodu i tych do części mieszkalnej, moje koty mają klapkę, przez którą mogą się swobodnie poruszać między ogrodem a domem.

Przypominam, że kotka od początku była totalnie dzika i nie dała mi się oswoić ani na jotę, mimo moich usilnych starań i dodatkowo po zabiegu zachorowała i musiała przejść kurację antybiotykową - można powiedzieć, że nic nie szło tak, jak bym chciała.



Tej nocy, poprzedzającej dzień, kiedy miałam odwieźć Córcię na jej działki, wiał bardzo silny wiatr. Ten wiatr otworzył okienko w pralni, a kolejny podmuch otworzył drzwi. Kiedy przyszłam rano nakarmić kotkę, zamarłam, bo drzwi były otwarte na oścież, a kota nigdzie ani śladu. Oczywiście, jak to ja, zaraz wpadłam w rozpacz. MójCiOn poradził mi, żebym porozstawiała jedzenie w garażu, piwnicznym pokoju i pralni, że jak gdzieś tam jest, to na pewno się znajdzie. Tak zrobiłam, zostawiłam jedzenie, pozamykałam drzwi i rzeczywiście! Jedzenie zniknęło w pomieszczeniu piwnicznym, zawalonym różnymi gratami pokoju - chyba najgorsza opcja, bo tam i stare meble, i mydło,powidło, i dziad z babą. Zawołałam Wrocławskiego do pomocy i razem zaczęliśmy szukać. Jest! Siedzi na szafie! Ja do niej z ręcznikiem, żeby ją jakoś złapać, a ta hyc i skoczyła prostu za nią. Zaklinowała się tam - koszmar! Wrocławski odsunął szafę, ja zaczaiłam się z tym ręcznikiem, już prawie ją miałam, ale wymsknęła się i w długą, pod kanapę...
My za nią. Znowu jest! Siedzi w samym rogu, wydaje się, że teraz to już na pewno uda się ją chwycić. Odsuwamy, zastawiamy, szykujemy pułapkę i już prawie, prawie, jest i... czmychnęła znowu!
I to był ostatni raz, kiedy widziałam ją u mnie w domu...



Okazało się bowiem, że robiąc tą całą akcję nie zamknęłam drzwi prowadzących na korytarz. Jest mi trudno do dziś w to uwierzyć, ale po przeszukaniu jakieś sto razy całej piwnicy, łącznie z rozbieraniem mebli na czynniki pierwsze (czy aby się tam nie zaklinowała) musiałam stwierdzić z niedowierzaniem, że kotka musiała czmychnąć przez kocią klapkę do ogrodu i potem dalej, na wolność. Na obcym terenie! Taka dzika i przerażona! Przecież ona nigdy nie widziała kociej klapki! Dla niej to brudne okienko powinno być jak ściana, skąd miałaby wiedzieć, że tam trzeba nacisnąć głową?
To, co przeżyłam w związku z tym faktem, byłoby lepiej pominąć milczeniem. Rozpacz, łzy, obwinianie się itp. To jednak ważna lekcja dla mnie. Lekcja, jak działam. Lekcja, jak wiele złego robi moja wyobraźnia. Faktem jest, że w mojej głowie nie dałam szans tej koteczce. Uznałam, że ona na pewno sobie nie poradzi, że siedzi gdzieś pod krzakiem i zdycha z głodu albo rozszarpie ją jakiś pies, że nawet gdyby chciała wrócić, to przecież moje koty i Rufi do tego nie dopuszczą. Jednym słowem, koniec z nią. I to dlaczego? Przeze mnie. Po co brałam ją z działki? Żyłaby tam sobie w spokoju. Po co się tak uparłam? I czemu nie zamknęłam tych cholernych drzwi? Widać jasno, że do niczego się nie nadaję, że wszystko, co robię, muszę schrzanić, no i że w ogóle jestem do dupy. Trwałam w tym stanie bardzo długo. W międzyczasie szukałam jej po okolicy, zadanie bez szans na dobry finał, bo przecież jak miałabym ją złapać, skoro taka dzika, a potem zaczęłam wystawiać do ogrodu, poza zasięg moich kotów, jedzenie, które znikało... Ale mało to innych głodomorów w okolicy?




To niesamowite, że kobieta, której zaraz skończą się czwórki z przodu, ma jeszcze takie problemy. Kiedyś wyobrażałam sobie, że "w tym wieku" to będę już mądra i dojrzała, a tu kicha. W sercu dziewczynka. Wciąż odkrywająca siebie. Wciąż poznająca siebie i swoją historię. Przez którą i w której wciąż dochodzi do głosu dziecko, jakim była. To bardzo osobiste, ale sukces polega na tym, że teraz już rozumiem, skąd biorą się takie moje skrajne reakcje. Czyje głosy słyszę w swojej głowie, które mówią mi te straszne rzeczy (pisze o tym Abigail w swoim poście). Co powoduje, że do siebie jednej nie mam empatii i współczucia w takich chwilach. Przecież gdyby to zdarzyło się komuś innemu, nie miałabym z tymi uczuciami żadnych problemów, jestem tego pewna. 
Mogłabym napisać o przyczynach takich moich reakcji dokładny post.

Wracając do Córci. Minął miesiąc, a ja najpierw dostałam informację, że do sąsiadów, którzy mają już koty i karmią też bezpańskie, kilka domów dalej, przybłąkał się mały czarny kotek, a potem sama ją widziałam! Jestem pewna, że to ona. Była nawet w moim ogrodzie. Żyje. Ma się dobrze. Zmieniłam jej dzielnicę, ale poradziła sobie. Może nawet będzie jej lepiej. 
Ja też muszę sobie z tym poradzić, zamknąć tę sprawę i iść dalej. To właśnie mam na celu, pisząc ten długi post.

To zdjęcie wydało mi się adekwatne do tematu. Te muchy są stracone? 



Jedna z nich się uratowała... Tak też w życiu bywa.


*autor zdjęcia z muchami: MójCiOn


(Kto jeszcze nie był u Amisi?)

wtorek, 27 marca 2012

Córcia

Dziś ciąg dalszy z wczoraj - o złapanym czarnym kotku. 

Prosto z działki pojechaliśmy do lekarza. 
Tym razem innego niż zwykle, bo na "moja" pani wet pracuje popołudniami, a kotek był złapany przed południem i nie chciałam, żeby czekał w transporterze i się denerwował. 
W samochodzie bał się straszliwie, ale był cicho.
W gabinecie dostał zastrzyk i zostawiłam go.




Za chwilę miałam telefon od wetki: 

- Wie pani co? Pewnie to będzie niespodzianka, ale to nie jest kocurek, tylko kotka!
No tak, na oznaczaniu płci kotów moi Dobrzy Ludzie też by nie zarobili… :-)
Myślę, że ucieszyła mnie ta wiadomość, bo wprawdzie zrobiłam dokładne badania na temat sterylizacji kocurków, ale niepokój pozostał. 




Koteczka zniosła zabieg dobrze. Mimo swojego młodego wieku była już najprawdopodobniej po pierwszej rujce. Niestety jest zupełnie inna niż jej mama Cruella, dla której szukam domu, bo wiem, że się oswoi, myślę, że nawet łatwiej niż Dziadek. 

Córeczka (której nie chciałam nadawać imienia, żeby się nie przyzwyczajać, ale zaczęłam mówić do niej Córcia i teraz tak o niej myślę) jest totalnie dzika i płochliwa. Nie daje się dotknąć, nie mam jak podać jej leków (lekarka mówiła, że niby nie trzeba, ale jakoś wierzę, że antybiotyk zabezpiecza kotkę przed jakimiś komplikacjami i jeśli mogę, zawsze go podaję). Na całe szczęście zaczęła ładnie jeść, pić i załatwiać się do kuwetki. Oczywiście zanim zaczęła to robić, martwiłam się, czy tak się stanie i za każdym razem robiłam wielkie uff w duchu. 
Siusiu – uff, zjadła troszkę – uff, kupka – wielkie uff!




Biedactwo spędziło pierwsze dni za piecem, ale jadła i piła. Jest śmiertelnie przestraszona i bardzo nieufna. I jak ją zgłaszać do adopcji? Kto weźmie takiego dzikiego kota? Musiałby być to ktoś bardzo lubiący wyzwania. 



Z drugiej strony, jeśli ma wrócić na działki, to pewnie lepiej jej nie oswajać. Taka dzika ma większą szansę przetrwać. Codziennie karmią ją Dobrzy Ludzie, nie będzie miała bardzo źle. Tak sobie tłumaczę. 
Córcia robiła postępy. Spędzała czas na piecu. Jeśli nie próbowałam jej dotknąć, nie uciekała. 



Niestety, żeby nie było za łatwo i miło, nagle przestała jeść, zaczęła dziwnie oddychać 

i spowodowała, że ze zmartwienia nie mogłam ani spać, ani pracować, ani zajmować się czymś innym. Przy okazji odkryłam, że odpręża mnie zaglądanie do Was, co tam dziś naskrobałyście. :-)


Całe szczęście moja wetka (inna niż ta, co robiła zabieg i nie kazała dawać antybiotyku), zgodziła się w trybie nagłym przyjechać. Pani Edyta ma podejście, ma wiedzę 

i doświadczenie. Ufam jej i nie pójdę już gdzie indziej, tak sobie obiecałam. 


Diagnoza jest taka, że zabieg  i stres spowodował spadek odporności (czy nie o tym wspominała wczoraj Abigail?) i kotkę dopadł jakiś wirus (pewnie już w niej był podczas zabiegu), ma gorączkę i zaczerwienione gardło, które ją boli, więc nie może jeść. Odbiło się to też na jej głosie, bo nawet biedna syczeć na mnie nie może po staremu. Zrobiłyśmy z Edytą łapanie kota, żeby mu podać zastrzyki i bardzo szybko się udało. Teraz trzeba czekać, ale dobra wiadomość jest taka, że po dwóch godzinach troszkę zjadła! 

Nie da się opisać, jaką odczułam ulgę! Córcia będzie musiała być u mnie jeszcze jakiś czas, aż wyzdrowieje. Miałam też informację, że może jest ktoś, kto może by ją chciał... 


Boję się nawet mieć nadzieję. Z Córci jest niezła zołza, choć dotykam ją już delikatnie i wtedy tylko troszkę wyszczerza do mnie kły. Jestem pewna, że w duchu to cudowna, delikatna, urocza panienka. 

A miałam się nie przywiązywać. Ech!
Cdn.

Tak, jak obiecałam, zrobię w czwartek krótkie podsumowanie wczorajszej dyskusji o kastrowaniu kocurków. Cudne jesteście dziewczyny, że Wam się chciało podzielić ze mną swoją wiedzą i doświadczeniem.
Dla Was w dowód wdzięczności MAJ:



poniedziałek, 26 marca 2012

Połowiczny sukces

... łapanki


Cudowna, miła i łagodna Cruella ma dwójkę dzieci. Pisałam o tym TU i TU. Opiekują się nimi Dobrzy Ludzie, mocno już starsi państwo i chwała im za to, jednak prawda jest taka, że z łapania kotów to oni by nie wyżyli. Mimo moich usilnych tłumaczeń i próśb, robią po swojemu. Zamiast przyzwyczajać koty do widoku transportera, chowają go gdzieś z tyłu budki i potem jedno z nich koty karmi, drugie idzie po transporter, a koty… w nogi! Było już kilka nieudanych prób złapania kotki szylkretki i teraz ona, kiedy tylko widzi Dobrego Ludzia paradującego z transporterem w ręce, czmycha gdzie pieprz rośnie. Chodziło nam głównie o nią, bo jej mama ma, dzięki zabiegowi, macierzyństwo z głowy, a córeczka zanim się obejrzymy, już będzie miała dzieci. Na nią więc głównie odbywały się „polowania”, co na szczęście uśpiło czujność czarnego Dziecka i w końcu, po prawie trzech tygodniach prób, zostało złapane.

Wcześniej napisała do mnie Magda, nasza blogowa koleżanka i podzieliła się informacją o tym, że  wiele lokalnych TOZ-ów ma na stanie specjalne klatki-pułapki z zamykanymi na pilota drzwiczkami, które można od nich bezpłatnie pożyczyć. Bardzo jestem jej wdzięczna za tę informację i wykorzystam ją pewnie, gdy będzie taka potrzeba. Tu jednak muszę być taktowna i delikatna, bo te koty są jakby własnością Dobrych Ludzi, oni o nie dbają na co dzień i przekonanie ich do konieczności kastracji zajęło mi rok. Poza tym te koty dawały się im głaskać, a nawet brać na chwilę na ręce, więc sądziłam, że złapanie ich nie będzie takim problemem. Teraz przez te nieudane próby i nauczenie, że transporter oznacza kłopoty, jest coraz trudniej.


Magda napisała mi też, że jest wiele wątpliwości co do kastracji dziko żyjących kocurów, które potem nie radzą sobie w życiu na wolności. Potraktowałam to bardzo poważnie, uważam, że wiele można zrobić krzywdy swoją niewiedzą, a poza tym taka możliwość wydała mi się prawdopodobna. Sprawdziłam to. Zadzwoniłam do pięciu losowo wybranych gabinetów weterynaryjnych. Napisałam do kilku lekarzy. Popytałam internautów. Nikt nie potwierdził tego przypuszczenia. Jeśli nawet gdzieś w necie pojawiają się takie wątpliwości, to pewności nie ma. Wręcz przeciwnie, wszyscy, których pytałam, uważają, że kastrowany kocur ma szansę na dłuższe i lepsze życie, że unikając rywalizacji z innymi kocurami ma mniejsze szanse zarazić się różnymi chorobami, że wcale to nie wpływa na jego umiejętności i instynkty łowieckie. A tak odpisała mi jedna z osób, które pytałam: 
„Z tego, co mi wiadomo, a pomocą zwierzętom zajmuję się już 10. rok, obawy przed kastracją wolno żyjących kocurków są przesadzone. Najlepszym tego dowodem jest moje podwórko, gdzie stary, zaprawiony w bojach kastrat podporządkował sobie wszystkie koty, i te kastrowane, i te jeszcze czekające w kolejce. Kotki są oczywiście priorytetowe, ale jak złapie się kocur, nie zaszkodzimy mu, kastrując, a będzie zdrowszy, zniknie irytujący wielu mieszkańców zapach i nie "naprodukuje" kociaków.” 
Ciekawa jestem, czy ktoś z Was ma na ten temat jakąś wiedzę.
Na dziś uznaję, że kastrując kocurki, nie szkodzimy im, tylko pomagamy, a najważniejsze, że przyczyniamy się do zmniejszenia liczby bezpańskich zwierząt.


O kastracji pisała też Jasna TU.

A o tej przerażonej bidzie ze zdjęć cdn. już jutro. Zapraszam!




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...