czwartek, 26 kwietnia 2012

O dojrzałości

Dzień dobry. :-)


Dziś chciałabym podzielić się z tymi z Was, którzy zechcą, jedną z piękniejszych definicji dojrzałości, jaką znalazłam i jaką po latach poszukiwania siebie, odkrywania siebie i godzenia się na siebie akceptuję i do której dążę.


Pochodzi ona z książki Katarzyny Miller "Być kobietą i nie zwariować". Pisze ona tak:

...dojrzałość wewnętrzna to cudowna rzecz. Być może dla niektórych oznacza to człowieka bogatego, spełnionego zawodowo, zadbanego, taką najwyższą markę, jednak nawet taka osoba może być w środku zagubiona, osamotniona, bardzo niepewna.

Dojrzałość to nie są zewnętrzne osiągnięcia.

Dojrzałość to cenić swoje możliwości i znać ograniczenia i godzić się na nie.

To nie mieć sobie za złe normalnych ludzkich błędów.

To rozumieć i lubić siebie w każdym przejawie, od tych eksportowych do intymnych, ukrytych, w blasku i słabości, w ekstatycznej zabawie i w skupionym wysiłku, w psychicznej rozpierdusze i poukładaniu, w świetnej energii i w zgaszeniu. I zrobionego na glanc, i niedomytego.
Dojrzałość to znaczy oczyścić siebie i naprawdę sobie na siebie pozwolić.

Dojrzałość to także przyznanie wszystkim innym prawa do tego samego. To rezygnacja z wymyślania sobie ludzi, a zamiast tego ich przyjmowanie, akceptowanie i radość z tego, co realnie można od nich dostać. To umiejętność cieszenia się tym, co się otrzymuje i niemartwienia się o to, czego nam nie dano.

To mówienie wprost, czego się chce i czego się nie chce; żądanie, wygrywanie, ale i przegrywanie.

Dojrzałość to poczucie, że jest się w drodze i radosna świadomość, że ta droga się nigdy nie kończy; to także pozwolenie sobie na odpoczynek w tej drodze zamiast pogoni za nie wiadomo czym.

Jedną z większych tajemnic dojrzałości jest zgoda na kryzys, a przynajmniej głęboki dla niego szacunek, bo bez tych powtarzających się co jakiś czas przesileń rozwój jest niemożliwy. Kryzys pojawia się tam, gdzie nasza dotychczasowa wiedza i doświadczenie przestają być przydatne i musimy szukać nowych.
Kryzys jest niewygodny, bo tracimy coś, co wydawało się pewne i trwałe, dane na zawsze, a nowego jeszcze nie mamy. Ludzie się często wtedy niepokoją, bo mają wrażenie, że zgłupieli. A to jest jak linienie u węża: zrzuca się starą skórę i czeka, aż odrośnie nowa. Jest to czas szczególnej wrażliwości, w którym trzeba się bardzo sobą opiekować.

Dojrzałość to w końcu odpowiedzialność za siebie, troszczenie się o własną osobę i zwolnienie z tego obowiązku reszty świata. Szczęście polega na znalezieniu oparcia w sobie. Wtedy nieprzewidywalność życia przestaje być straszna. Nie chodzi o to, żeby SIĘ żyło i SIĘ robiło, tylko żeby wziąć odpowiedzialność za siebie i swoją prawdę, jakakolwiek by ona nie była." 

I spokojnego dążenia do takiej mądrej dojrzałości sobie i Wam życzę, niezależnie od tego, co widnieje w naszych metrykach. 
A może dla Was dojrzałość oznacza coś innego?






środa, 25 kwietnia 2012

Sernik z ricotty i karmelizowanych migdałów - prosto z Włoch



Miałam ostatnio pewną uroczystość, na którą chciałam przygotować coś wyjątkowego. Coś na słodko. Ponieważ jestem wielką fanką kuchni włoskiej, odwiedziłam Anetę z bloga Kuchnia pod wulkanem, poszukałam małą chwilę, bo propozycji jest tam co niemiara i  zdecydowałam się na sernik na zimno z ricotty i karmelizowanych migdałów.
To był bardzo dobry wybór! Serniczek zachwycił moich gości oryginalnością i prostym, doskonałym smakiem.  Dla mnie i dla nich to niebo w gębie! Na pewno jeszcze go zrobię.  
A robi się go tak (skopiowane od Anety - z malutkimi moimi zmianami):


Torta ricotta e mandorle

Spody:
200 g migdałów bez skórki
200 g cukru
200 g masła
2 jajka
120 g maki

Migdały bez skórki mielimy w malakserze na mąkę. Ubijamy masło z cukrem. Dodajemy jajko i dalej ubijamy. Następnie dodajemy zmielone migdały i mąkę. Pieczemy dwa blaty osobno. Ciasto dzielimy na pół, wykładamy do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w temperaturze 180°C około 10 minut. Uważamy przy przenoszeniu blatów, są delikatne i mogą się połamać.

Krem:
500 g ricotty
200 g cukru
200 ml gęstej, słodkiej śmietanki (36%)

Ricottę ucieramy z cukrem. Możemy użyć cukru pudru lub kryształu. Wilgoć ricotty i tak go rozpuści. Osobno ubijamy na sztywno śmietankę. Dodajemy do ricotty i delikatnie mieszamy całość. Odstawiamy do lodówki.

Karmelizowane migdały:
200 g migdałów ze skórką
120 g cukru
10 g masła

Do szerokiego rondla wsypujemy cukier i podgrzewamy go do rozpuszczenia. Podgrzewamy, aż zrobi się jasnozłoty. Zestawiamy rondel z gazu, dodajemy migdały i masło i mieszamy całość, aż karmel oblepi dobrze migdały. Wykładamy na papier i staramy się porozdzielać migdały. Studzimy. Migdały siekamy (ja rozdrobniłam je malakserem) i mieszamy z wcześniej przygotowanym kremem.


W tortownicy układamy jeden spód. Wykładamy na niego nadzienie i nakrywamy drugim spodem. Wkładamy do lodówki do schłodzenia na kilka godzin (najlepiej na całą noc). Posypujemy torcik cukrem pudrem i układamy parę karmelizowanych migdałów dla dekoracji.


Torcik pasuje do Amisi, a jej nosek jest gotowy do testowania.
Smacznego. ;-))) 

wtorek, 24 kwietnia 2012

Ptasia przygoda

Nadal Holandia. Niedaleko Amsterdamu. 
Sobota. Robimy sobie spacer po okolicy. 




Dookoła panoszy się ptactwo. Zewsząd słychać gęganie, kwakanie, ćwierkanie, krakanie, klekotanie i inne najróżniejsze ptasie odgłosy. Na jednym z dopływów do małego jeziora zauważamy gniazdo, a na nim przepięknej urody perkoza - chyba to samiec.



Po chwili podpływa do niego drugi - pewnie Pani Perkoz.




Gałęzie zasłaniają, ale chyba coś trzyma w dziobie.



To rybka!




Ale zaraz, zaraz! Coś wypełza ze skrzydeł... taty perkoza! Żmije go obsiadły?? Niesamowite!


Samiczka karmi jedną z nich! Ojej, to nie żmijki, one mają dzióbki i właśnie jedno z nich bierze od rodzica rybkę! 


To muszą być malutkie perkozy!


Wszyscy w skupieniu obserwują, jak maluch pochłania rybkę.


Czas wyruszyć na następne łowy. 


Maluszki zniknęły. Nie ma to jak pod skrzydłami mamusi.


Jeśli dobrze się przyjrzeć, widać jednak maleńkie główki, które wyglądają ciekawie z obu stron.


Z daleka jednak niczego się nie wypatrzy...


Dobrego życia, ptasia rodzinko. 
Ciekawe, czy wiesz, w jakim raju przyszło ci mieszkać.
A ja żałuję, że nie mam lepszego sprzętu, mimo to cieszę się, 
że byłam świadkiem tak wspaniałej chwili.
Cdn.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Pozdrowienia z Holandii


Dzień dobry. ;-)
Jesteśmy w Holandii i mieszkamy u przyjaciół pod Amsterdamem.
Miejscowość jest piękna i w wolnym tłumaczeniu znaczy Kaczkowo. 
Nazwa ulicy kojarzy mi się z kwakaniem, 
tak że mogę przesłać Wam pozdrowienia z ul. Kwak z Kaczkowa.



Wszystkie te nazwy są bardzo adekwatne, ponieważ miejsce jest wyjątkowe. 
To taki minirezerwat przyrody, w którym obok siebie żyją 
w zgodzie i symbiozie ludzie i ptaki. 
Jest tu niewielkie jeziorko i cała sieć kanałów, która płynie przez cudne osiedla, 
gdzie stoją wspaniałe domy w jeszcze wspanialszych ogrodach. 
Niestety już raz zostałam ochrzaniona za robienie im zdjęć i teraz mam pietra, bo to podobno norma - robienie zdjęć zagraża prywatności mieszkańców i protestują.

Dobrze, że ptaki mają to w nosie! ;-)

Nasi przyjaciele mieszkają w jednym z takich domków. 
Widoki przez okno mają bajeczne.



 A za tymi oknami, dosłownie, można spotkać najróżniejsze dzikie ptactwo. 
Na przykład sąsiedni ogród zamieszkuje od lat królewskiej urody bażant
 ze swoją szaroburą żonką. 
Jestem w nim zakochana, ale czyż nie jest wart mojej atencji?



Popatrzysz do góry - ptaki:




Na wodzie - ptaki:






Pełno już wyklutych piskląt, ale niektóre jeszcze w drodze:




Pięknie tu, choć pogoda kapryśna. 
(Żebym tylko wyszła z tego przeziębienia!)
Życzę wszystkim owocnego tygodnia, dobrego humoru, wiele energii 
i zapraszam na jutro na ptasią przygodę. :-)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...