Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamek Minard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamek Minard. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 czerwca 2013

Dzień trzeci - 12 czerwca 2013 - środa (część 2)

Kiedy zaraz po powrocie z Irlandii pisałam, że czasem nie mogłam już znieść takiej ilości piękna, jakie ona nam oferowała, nie przesadzałam. Sam dzień trzeci dostarczył nam takich atrakcji, że wystarczyłoby na cały pobyt, a przecież wcześniej też były wielkie, i po też...
Dziś plaża wprost z baśni, moja ulubiona. Chciałabym, aby moje zdjęcia i opis autorstwa MójCiOnego  pozwoliły Wam zakosztować jej klimatu i  zachwycającego piękna.

Jest to ciąg dalszy dnia trzeciego, podczas którego widzieliśmy już plażę Inch.

Po niedługim czasie jechaliśmy w kierunku zachodnim do przystanku numer dwa - zamku Minard.



Ponieważ główna droga odchodzi w tym miejscu od wybrzeża, a zamek znajduje się przy brzegu morza, mieliśmy znowu okazję pomeandrować kilka kilometrów wąskimi dróżkami, na których nie uświadczysz lewej czy prawej strony jezdni. Jest tylko buddyjska droga środka. Zamek Minard z jakiegoś powodu nie przywoływał nas żadnymi drogowskazami, więc wkrótce pogubiliśmy się w plątaninie coraz węższych wstążeczek dróg. Na szczęście (każdy podróżnik ma w końcu jakieś szczęście, chyba że akurat ginie gdzieś z głodu, zimna albo innych konwulsji) natknęliśmy się na zmotoryzowanego listonosza (trudno wyobrazić sobie lepszego przewodnika na takim zadupiu, prawda?), który po krótkotrwałomyślowym zmarszczeniu czoła wyrzucił z siebie litanię skrzyżowań i skrętów, zawierającą mnóstwo liczebników oraz określenia stron świata. Ponieważ ostatnio ćwiczę pamięć, studiując język japoński, ze zdziwieniem stwierdziłem, że jestem w stanie powtórzyć to skomplikowane itinerarium.


Mało tego, za kilkanaście minut okazało się, że listonosz i moja pamięć się nie mylili. Dzięki Ci, irlandzka poczto! Dzięki Ci, Poczto Jako Taka! Oby każdy podróżnik miał listonosza, co nad nim czuwa!


Zamek, a właściwie spękane resztki jednej baszty, stał na wzniesieniu stromo spadającym do morza. Jedyne miejsce do parkowania (dróżka jak wstążeczka) znalazłem w postaci poszerzenia drogi poniżej zamku, nieopodal małej plaży. Nasz listonosz chyba czuwał nad nami, bo gdyby nie ten przymus parkowania na dole, mogliśmy w ogóle tej cudo-plaży nie zauważyć. Ale ponieważ po wyjściu z toyotki zostaliśmy przyciągnięci przez jej urok, zaczęliśmy od wejścia na jej kameralne piaski.




Zapewne gdyby nie trwający odpływ, piasku by nie było, bo warstwicowy układ: piasek - głazy z obfitością zielonobrązowych glonów - głazy z obfitością zielonych, mchopodobnych glonów - głazy łyse i suche wskazywał wyraźnie, do jakiego poziomu sięga morze w stanie średnim i w fazie przypływu.


Plażyczka miała kształt arabskiego półksiężyca i z obu końców ograniczona była skałami piętrzącymi się na kilkadziesiąt metrów w geologicznym, podręcznikowym wręcz przekroju. Całość wyglądała tak, jakby Bozia zabawiający się swoim demiurgicznym dłutem przeciął wielką skałę na pół, rozsunął obie części na jakieś sto metrów od siebie i wzdłuż zewnętrznego boku powstałego w ten sposób półksiężyca posypał sporymi głazami, żeby to zielone i brunatne mogło sobie rosnąć i mówić nam, na jakich poziomach oscyluje wabione przez Księżyc morze. Jakby mu było mało, z jednej strony plażyczki dodał ujście lokalnego strumienia - wprost do morza! Po tym całym dziele lokalnego stworzenia pan hrabia Minard wrzucił synergicznie swój zamek na jedną z rozdzielonych przez Bozię skał. Trzeba przyznać, że ten mały team wiedział, co robi. Efekt jest bajkowy!




Chodziliśmy po piasku i głazach, cmokając i ochając, a z egzystencjalizmu nie pozostał nawet ślad! A ile tam było morskiego życia na tych głazach! Flora i fauna w miniaturze. Trawki, muszelki z kimś tam w środeczku, jakieś nasionka czy owocki, brzemiennie napęczniałe. Wszystko na chwilę zastygłe w oczekiwaniu na powrót ożywczej, słonej wody.






Po wykonaniu stosiedemdziesiątpięciotysięcznegodwieściesiedemnastego zdjęcia plażowej natury wspięliśmy się w kierunku zamku. Niestety zatrzymał nas napis "Privat Property". Mogliśmy popatrzeć jedynie z daleka na pooraną śladami wojennego bestialstwa twarz baszty. W 1650 roku Anglicy, pod wodzą Cromwella, dotarli aż tu, na zachodnie kresy walczącej o swoją wolność Irlandii, kończąc jedno z wielu powstań w sposób, który cechował wszystkie europejskie imperialne sposoby negocjacji: zdobyć - zniszczyć - spytać, czy resztki, które przeżyły, zrozumiały, kto tu rządzi. Zamku nie zniszczono do fundamentów. Celowo pozostawiono martwy kikut jako pomnik dominacji Anglii nad Irlandią. Miał on, jak i setki innych ruin, przypominać poddanym o ich pozycji, aż do 1921 roku, kiedy podpisano traktat powołujący do życia państwo irlandzkie. Walka o niepodległość Irlandii trwała... 800 lat! I kto tu jest prawdziwym "mesjaszem narodów"?




Zaczęło lać.

Trochę zdołowani tym, że Irlandczycy przebijają Polaków, bo przecież lepiej być pierwszym nawet od końca, niż ginąć gdzieś w peletonie, pojechaliśmy wstążeczkami do głównej drogi. Następny cel to miasteczko o nazwie Dingle, takiej jak nazwa półwyspu. Znaleźliśmy je tylko dzięki GPS-owi, ponieważ było kompletnie niewidoczne w strugach ulewy, która złośliwie przekonywała nas, że złej aurze na dobre stanął zegarek. Nawet w sztormiakach ciężko byłoby przedrzeć się przez lejące się z nieba ściany wody, dlatego zamiast zwiedzać miasteczko, zdecydowaliśmy się na wizytę w lokalnym oceanarium. 

Cdn.

Zielona strzałka pokazuje to miejsce na mapie.

Wyświetl większą mapę

PODPIS

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...