Pokazywanie postów oznaczonych etykietą safari. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą safari. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 sierpnia 2012

Safari - część 2

(cd. stąd)


Podczas safari należy przestrzegać reguł bezpieczeństwa (9 sierpnia 2001 francuski lekkoatleta Jacky Boxberger został zadeptany przez słonia na terenie parku, kiedy próbował zrobić zwierzęciu zdjęcie). Nie wolno pod żadnym pozorem wychodzić z dżipa (żadne szybkie siusiu nie jest możliwe!), należy zachowywać się cicho i pamiętać, że jest się gościem w krainie zwierząt, a nie odwrotnie, więc trzeba ustępować im z drogi. Kiedy trafiliśmy na żyrafę spokojnie pasącą się liśćmi drzewa rosnącego przy naszej trasie, musieliśmy poczekać, aż zje i spokojnie się oddali.


Na nocleg zatrzymaliśmy się w specjalnym wydzielonym i ogrodzonym obozie. Mieszkaliśmy w namiotach, ale takich luksusowych, z łazienkami, WC i wygodnymi łóżkami. WC musiało być w nocy dostępne, bo wyjście poza namiot i wystawienie d... na ciemność mogło się skończyć odgryzieniem jej przez jakiegoś stwora. :) Po zmroku można się było poruszać po terenie obozu tylko z przewodnikiem, rdzennym Masajem. 

Na zdjęciu poniżej Wasza blogowa gaduła, czyli ja, oraz wspomniany wyżej namiot wraz z częścią wyposażenia.
Na terenie parku Tsavo można spotkać wszystkich przedstawicieli tzw. Wielkiej Piątki. Tym terminem określa się pięć najbardziej niebezpiecznych zwierząt Kenii. Jest to lew, słoń, leopard, nosorożec i bawół. Niestety w wyniku kłusownictwa, które w Kenii, pomimo surowych zakazów, stale istnieje, Wielkiej Piątce zagraża wymarcie.
My znowu mieliśmy szczęście, bo widzieliśmy wylegujące się i obserwujące swój teren lwy!


I po raz kolejny, tym razem znaczące swój teren, gepardy.


W tle widać dżipy z turystami.


I pełno słoni. Wciąż słonie i słonie.


- Aaaa, znooowu te słonie - mówiliśmy, ziewając, choć była to tylko poza, bo jak nie zachwycać się takim widokiem...


Albo taką rodziną.


Czerwona ziemia, niebieskie, bezchmurne niebo


i stada zwierząt - to zapamiętam na zawsze.


Także baobaby - głównie kojarzące mi się ze Stasiem i Nel. :)


A wieczorem spotkaliśmy się przy ognisku. Każdego z mieszkańców obozu do ognia przyprowadził osobiście ten Masaj, bardzo zresztą przystojny mężczyzna i niezwykle sympatyczny. Zajmująco opowiadał o zwyczajach panujących wśród jego plemienia, o zawieraniu małżeństw, o wychowaniu dzieci, o budowaniu domów, uprawianiu ziemi, hodowli zwierząt. Czy wiecie na przykład, że masajska żona nie ma prawa odezwać się do męża po zmroku? Albo, że to żony ustalają między sobą, gdzie mąż spędzi noc, a on nie ma nic do gadania? 


To był uroczy, zajmujący wieczór, po którym z sercem w gardle poszliśmy spać, modląc się, aby w nocy obozu nie zaatakowały na przykład małpy. :) Trochę strasznie było, choć i tak spałam potem jak dziecko. :)


W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze masajską wioskę, gdzie MójCiOn wykonał taniec z Masajami i moim zdaniem poszło mu wymienicie! Gdzieś nawet powinien być film z tego doniosłego wydarzenia. :)


I wróciliśmy do naszego hotelu, a radość, z jaką wskoczyliśmy do basenu wspominamy z rozrzewnieniem do dziś. :)


Dziękuję, że odbyliście tę podróż ze mną. Jakie jest porównanie zoo z safari, widać gołym okiem.

I ostatnie zdanie. Dla pojedynczego zwierzęcia nie ma znaczenia ochrona gatunków. To konkretne zwierzę, uwięzione bez przestrzeni, bez zieleni, bez naturalnych bodźców cierpi, głupieje, wegetuje.

Jestem dziś bardzo zmęczona, więc na tym skończę, choć temat zasługuje na dłuższe podsumowanie.

wtorek, 31 lipca 2012

Safari - część 1

Kiedy pisałam nie tak dawno o wizycie w zoo, w kontraście do marnego życia więzionych tam zwierząt wspomniałam o afrykańskim minisafari, w jakim miałam szczęście brać udział. Basia poprosiła mnie, żebym o tym napisała. Robię to z przyjemnością.
W Kenii byliśmy w 2006 roku, w styczniu. To była niesamowita frajda, bo u nas, wiadomo, plucha, zimno, szaro i ponuro, a tam raj z najwspanialszą z możliwych temperatur, taką, że i w dzień, i w nocy, i na powietrzu, i w wodzie czuliśmy się idealnie. Nie było nam za gorąco ani za zimno. Całości dopełniał lekki wiaterek od morza, długi dzień, bajeczne kolory kwitnących kwiatów i morza oraz świetny hotel.

Było tam tak dobrze, że zdecydowaliśmy się tylko na jedną wycieczkę poza mury tego luksusowego getta, mianowicie na trzydniowe safari. Nie było zbyt wielu chętnych, bo kiedy zjawiliśmy się na miejscu zbiórki, okazało się, że pojedziemy sami, tylko z naszymi przyjaciółmi, we czwórkę! Super, nie mogło być lepiej! Wiąże się z tym pewna anegdotka, bo kiedy zobaczyliśmy, że czeka na nas fajny, cały dla nas, dżip wraz z kierowcą, zadzwoniliśmy do naszych przyjaciół, którzy się spóźniali i MójCiOn zdenerwowanym głosem powiedział: „pośpieszcie się, bo już cały autobus spoconych ludzi czeka i nie ma gdzie usiąść!”. Trzeba było widzieć tę naszą znajomą parę, jak pędzili przez hol, żeby zdążyć miejsca zająć! A jakie mieli zafrasowane miny! Uśmialiśmy się wtedy jak norki i śmiejemy z tego do dziś. :)

Zdjęcia są ze starego aparatu, ich jakość pozostawia czasem wiele do życzenia, 
ale wybrałam najlepsze.


Nasz hotel składał się z niewysokich, bardzo sympatycznych budynków, 
nawiązujących stylem do afrykańskich chat.


Na hotelowym terenie rosły palmy, krzewy i kwiaty. Na tym zdjęciu leje! 
Udało nam się przeżyć gwałtowny i obfity opad deszczu.


Baseny były po prostu bajeczne. Nic dodać, nic ująć.


Plaża jak nad Bałtykiem, tylko kolor morza nie taki. :)


No i plażowi sprzedawcy oferowali niestety inne niż u nas usługi. :)


Po zapakowaniu się do dżipa ruszyliśmy w kilkugodzinną drogę 
po czerwonych afrykańskich szosach, mijając wioski, stada krów i dzieci proszące o cukierki.


Naszym celem był Tsavo East National Park (po polsku krócej TU).


I od razu po wjeździe mieliśmy okazję po raz pierwszy zobaczyć słonie! Wrażenie było niesamowite! Wszystkich nas po prostu zatkało, ja osobiście, miałam w oczach łzy wzruszenia. Po drodze szło całe stado, cała słonia rodzina z malutkimi dziećmi. Ten słoń na przedzie, ten, który stoi przednimi łapami na poboczu drogi, stał tam, aż wszyscy jego podopieczni przeszli przez drogę. Dopiero wtedy ruszył dalej. Przewodnik, obrońca, szef. Stado podeszło do małego jeziorka z czerwoną wodą i skorzystało z kąpieli, maluchy dokazywały szczęśliwe, dorosłe słonie patrzyły z wyrozumiałością. Ponieważ to były pierwsze zwierzęta spotkane na safari, nigdy nie zapomnę uczucia czystego zachwytu, jakiego doznałam, obserwując je. Wszyscy byliśmy wzruszeni, podekscytowani i szczęśliwi. 


Widzieliśmy w czasie dalszej drogi wiele zwierząt, nie potrafię nawet wymienić ich wszystkich. Park po prostu kipi życiem. Na własne oczy widzieliśmy żyrafy, słonie, tapiry, gepardy, lwy, małpy różnych gatunków, bawoły, nosorożce, leopardy, zebry, antylopy, różne ptaki i inne zwierzęta, których nazw nie znam. Wszystkie one żyją obok siebie, pasą na olbrzymich terenach całymi stadami, polują pojedynczo lub w grupie. 


Nasz kierowca, rdzenny Kenijczyk, opowiadał nam o nich i w jego głosie słychać było dumę z nich i ze swojego kraju. On znał te zwierzęta niemal po imieniu, wiedział, gdzie ich szukać i dzięki temu bez większych problemów znaleźliśmy na przykład...


te wspaniałe gepardy odpoczywające na wzgórku. Co za cudne koty!


Podczas tego dnia okrzykom zachwytu nie było końca, a na nocleg udaliśmy się do....


 cdn.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...