Pokazywanie postów oznaczonych etykietą restauracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą restauracja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 marca 2015

Opakowana, ja, panna cotta, buraczki, myszy, jajka i Olszewskiego 128

Niespodzianki są miłe! Naprawdę! 
Późnym wieczorem przedwczoraj dostałam wiadomość od Krysi, czyli blogowej Opakowanej, 
że jest we Wrocku, i że spotkać by się chciała. :))
No to siup! Umówiłyśmy się, i to spotkanie dwóch wrocławianek, kiedyś, 
dawno temu mieszkających od siebie rzut beretem i odnalezionych dzięki blogowi, nastąpiło wczoraj.

Mamy tu w pobliżu klimatyczną, osiedlową knajpkę. 
Cudne miejsce z dobrą, zdrową kuchnią, wspaniałym ekowystrojem i kompetentną, 
miłą obsługą. Byłam tam zaledwie kilka razy, dokładnie dwa, 
ale za każdym razem obiecuję sobie, że będę częściej. 

Jeśli ktoś jest ciekaw, czy moje pochwały są uzasadnione, to zapraszam do odwiedzin 
lub chociaż do przeczytania relacji na blogu innych wrocławskich blogerów http://leoleablog.com/2015/02/09/restauracja-olszewskiego-128/.

Niestety zdjęcie, które miało być zdjęciem szpiegowskim i oryginalnym 
rozpoczęciem posta nie wyszło! Buuu....

Może jednak dojrzycie rudy fryz i czerwone spodnie?
Przywitanie było wylewne, skomplementowałyśmy się wzajemnie, hrehre 
(Krysia stanowczo odmłodniała), zamówiłyśmy sobie pyszności...

Panna cotta cytrynowa. 

Carpaccio z buraczków. 
No i cóż. Pogadałyśmy sobie. Spotkanie było jak zwykle takie, jakbyśmy się widziały wczoraj, 
jak zwykle na luzie, jak zwykle trochę na wesoło, trochę na poważnie, 
jak zwykle bardzo ciekawe i miłe. Już pisałam, że z tą kobietą nie można się nudzić. 
Oczywiście szkoda, że tak krótkie, ale może jeszcze nam się uda zobaczyć, 
zanim Opakowana wyjedzie z Wrocławia. 


Krysiu, dziękuję za przemiłe półtorej godzinki. :))

I za prezenty!

Słynne myszki Opakowanej (do każdego kota ZMD  myszka gratis!) i jejręcznawłasno ceramika! Śliczności maleńkie. :)

Miłego dnia dla wszystkich. I niespodzianek! 
Samych tak miłych jak nasze niespodziewane spotkanie. :)

PODPIS

PS. A co z tytułowymi jajkami? Ponieważ wczoraj przyszła do mnie dostawa wprost spod nieba Olgi Jawor, sprezentowałam Krysi kilka tych skarbów. :)



Uwaga, uwaga. Nasz 3XL i jego Połówka chcą wesprzeć Skarpetę. Wyroby Połówki są naprawdę wyjątkowe, staranne i śliczne. Gorąco zachęcam do licytacji:

LINK (klik)


poniedziałek, 18 marca 2013

Japońsko poweekendowo

Ciekawa jestem, czy lubicie kuchnię japońską. Sama nie jestem pewna, jak mam odpowiedzieć na to pytanie, bo nie znam jej za dobrze. Słyszałam oczywiście i próbowałam sushi, czy sashimi, ale przecież kuchnia japońska to wielkie bogactwo potraw i smaków. Z tego, co wiem, Japończycy bardzo kochają jeść i przywiązują do tego wielką wagę (ciekawe, czy jest naród, który tego nie robi!). 
My zrobiliśmy sobie w sobotę japoński dzień. Najpierw wybraliśmy się do kina na animę. Jest taki program we wrocławskim nowohoryzontowym kinie z filmami Hayao Miyazakiego - "japońskiego Disneya", mangaki, reżysera i animatora. W tę sobotę można było zobaczyć animę pt. "Laputa". Uwierzycie, że sala kinowa była niemal pełna? Ludzie (w znakomitej większości dorośli) bardzo żywo reagowali na to, co dzieje się na ekranie, głównie śmiechem, bo faktycznie momentami było śmiesznie i z humorem. Bardzo się odprężyłam podczas oglądania tej japońskiej bajeczki. 
Po kinie MójCiOn rzucił propozycję nie do odrzucenia: idziemy na japoński obiad? Paszczy dwa raz proponować nie trzeba, więc szybkim krokiem powędrowaliśmy w okolicę rynku, na ulicę Odrzańską, do restauracji Sakana


Byliśmy tam już raz kiedyś i bardzo nam smakowało.


Dużą atrakcją pobytu w tym miejscu jest możliwość obserwowania "Sushi Masters", czyli kucharzy przy pracy, co z przyjemnością czyniliśmy, popijając zieloną jaśminową herbatę.


Na utrzymywanym w idealnie czystym stanie stanowisku pracy ich zwinne ręce z wielką wprawą i precyzją przyrządzają kolejne sushi, które potem są dowożone do klientów stateczkami, płynącymi po wodzie wzdłuż baru.
zdjęcie z sieci



Jedliśmy doskonałe sushi z krewetką w tempurze i kolejne z łososiem, zupę araziru ostrą i przepyszną, a na drugie danie krewetki podpieczone na maśle czosnkowym z marynowanym zielonym pieprzem, podawane z makaronem soba.
Jakaż to była rozpusta w biały dzień!


Narobiłam oczywiście mnóstwo zdjęć, ale tym razem telefonem, więc są bardzo kiepskie.
W pewnym momencie coś zasłoniło mi widok na pracującego kucharza... Co to mogło być...


Hmmm... :) Oczywiście, że paszcza musi zjeść lody, inaczej nie byłaby sobą. Nie były to jednak byle jakie lody, ale wyjątkowo dobre, oryginalne lody o smaku zielonej herbaty, imbiru i sezamu. Mnie one smakowały wybornie i bardzo protestowałam, kiedy MójCiOn pod pretekstem próbowania wyjadał mi wciąż łyżkę za łyżką...


Mieliśmy też okazję podziwiać na żywo grzyba ganoderma lucidum, który w chińskiej i japońskiej medycynie ludowej stosowany jest od 4 tys. lat (wykorzystywany jest w leczeniu chorób wątroby, przewlekłego zapalenia wątroby, hipertonii, artretyzmu, astmy, wrzodów żołądka).
Restaurację zdobią reprodukcje dzieł Hokusai Katsushika, który to jest autorem słynnego cyklu „36 widoków na górę Fudżi”. Restauracja urządzona jest z prostotą w stylu zen.


Myślę, że nie raz jeszcze będziecie mogli przeczytać u mnie coś o Japonii, bowiem jest to od jakiegoś czasu wielka pasja MójCiOnego. Jak wielka, niech świadczy fakt, że rozpoczął nawet naukę języka japońskiego i pilnie go ćwiczy zarówno w mowie, jak i w piśmie. Czy te literki nie są urocze? To niemal jak rysunki, trzeba mieć talent rysunkowy, aby tak pięknie pisać!

ćwiczenia pisania MCO
W niedzielę za to wybraliśmy się na koncert galowy Przeglądu Piosenki Aktorskiej do Teatru Polskiego i... pocałowaliśmy klamkę! Koncert bowiem odbędzie się dopiero za tydzień, he he....

Wczoraj wydarzyło się jeszcze coś, ale co to było, okaże się za jakiś czas. Wierzcie mi, że warto czekać na ten dzień.

Miłego poniedziałku! Coś tak czuję, że to będzie dobry tydzień dla nas wszystkich, w każdym razie bardzo Wam tego życzę. :)))

Głosowanie na Ruficzka TU. Nr 13. Dzięki :)

PODPIS

wtorek, 14 sierpnia 2012

Dzień pierwszy: Bruksela

Dzień dobry!
Gotowi na wycieczkę? Jest nas spora gromada i wciąż dołączają kolejne osoby! Pojedzie z nami, oprócz osób wczoraj wymienionych, ich rodzin, dzieci i zwierząt jeszcze Gdusia.wp i Ewa z moichtworówprzetworówi, Agata z Lengerich, Giga oraz jeszcze jeden mężczyzna: Zbyszek. :) 


Zapraszam kolejne osoby, składanie życzeń nie jest żadnym wymogiem, a wręcz czas już o tym zapomnieć!



Zaczynamy przygodę, proszę wsiadać do samolotu i lecim!



Lotnisko we Wrocławiu jest na najwyższym poziomie, można być dumnym. 

Lądowanie w Charleroi (tylko po półtorej godzinie) pokazało, że inne miasta nie mają powodów do takiej dumy (nadzwyczaj było twarde to lądowanie, szczerze mówiąc, to pilot nieźle walnął kołami w ziemię, aż mi okulary spadły! Odruchowo złapałam oczywiście MójCiOnego za ramię, a on złapał fotel przed nim - widać, kto ma w kim oparcie). 
Cieszmy się więc, że udało się nam wylądować. :) Fanfary! Brawo!




Z lotniska jedziemy do Brukseli autobusem - godzinkę. 

Czas zameldować się w hotelu, pokój mały, dość ciemny, ale przecież będziemy tam tylko nocować. Ciekawe, czy zmieścimy się wszyscy... Jakieś 150 osób + niewiadoma liczba sierściuchów. Hm...
Śniadanko znośne. Ja lubię jogurt z płatkami i owocami, MójCiOn preferuje jajeczniczkę z boczkiem. :) A Wy?




Pierwsza okazja do śmiechu to hotelowy barek. Na drzwiach lodówki dumny napis informuje, że w trosce o drogiego klienta hotel przygotował wyjątkową, bezpłatną butelkę wody... A po otwarciu drzwi: faktycznie! Jest!  :)





Jak zacząć zwiedzanie? Jak prawdziwi turyści: autobusem turystycznym. :) Od jakiegoś czasu lubię tę formę, bo daje ona możliwość przyglądania się życiu miasta z wygodnej perspektywy piętrowego autobusu, który jeździ od jednego ciekawego miejsca do drugiego,  można na każdym przystanku wysiąść i w ramach tego samego biletu z powrotem wsiąść, kiedy już się zobaczyło wszystko, co się w danym miejscu chciało popodziwiać.  




Lubię być turystką w wielkim mieście. Mieszkańcy gdzieś się śpieszą, idą do pracy, na zakupy, myślą, co by tu ugotować na obiad, a ja beztroska, bez żadnych obowiązków, no chyba że weźmiemy pod uwagę, że trzeba pić pyszną kawkę i jeść lody! :)





Bruksela jest pięknym miastem, z mnóstwem zabytków, zachwycającym, aż kapiącym od bogactwa rynkiem, oraz z dzielnicami, gdzie króluje nowoczesność. Bywa jednak, że oba te style mieszają się ze sobą i tak jest np w okolicach Europarlamentu. Nie miałam ochoty na zwiedzanie tego miejsca, które kojarzy mi się ze wstydem za zachowanie pewnych posłów, ale skoro już tam się znaleźliśmy, skorzystaliśmy z okazji. Trzeba przyznać, że nasi europarlamentarzyści mają nieźle. Budynki są nowoczesne, czyste, piękne i jest tego całe miasteczko. W kawiarni obok piliśmy colę i mieliśmy niestety okazję słyszeć popisy jednego takiego kogucika z przypiętą na piersi tabliczką. Mówił bardzo głośno i jego jedynym tematem było "JA". "Ja to, ja owo, ja, ja, ja, ja, ja... kiedy ja byłem New York...".  On nie był w Nowym Jorku, ON był w "Niu Jork" i ta nazwa wypowiadana była z amerykańskim akcentem, musicie sobie to wyobrazić, żeby zobaczyć groteskę tego zachowania! Przesiedliśmy się, żeby go nie słyszeć. Kolejnym zgrzytem była naklejka, którą ktoś nakleił na tabliczce z nazwą ulicy "Solidarność", a brzmiała ona "ratuj Polskę". Sam se ratuj, baranie jeden! Najlepiej innych od swojej osoby uratuj. 





O wiele ciekawszy był pochód chłopców, którzy popisywali się rzucaniem chorągwi, łapaniem ich w powietrzu, podczas gdy przechodnie bili brawo. :)







Zgłodnieliście? Czas coś przekąsić! Mogą być żeberka z grilla lub steki? Smacznego!




Mam nadzieję, że nabraliście sił, bo przed nami jeszcze pełno wrażeń. Zwiedzanie nie byłoby pełne, gdyby nie odwiedzić katedry św. Michała Archanioła i św. Goduli słynącej z przepięknych witraży oraz posągów. 







Sama katedra też jest imponująca, gdyby chcieć obejrzeć wszystko dokładnie, można by tam spędzić cały dzień! Co ciekaw,e ściągnęli ode mnie pomysł robienia komiksów! A to łobuzy!





Po takiej dawce historii i zadumy zasłużyliśmy na coś lżejszego. Idziemy na zakupy? Kupmy sobie czekoladki w jednym z tych słynnych sklepów z belgijską czekoladą, gdzie sprzedawcy podają towar w białych rękawiczkach, gdzie można kupić prawdziwe czekoladowe cuda, wszystko z czekolady! Piękne są te sklepy. 

A może któraś z pań skusi się na torebeczkę? Modna - czerwona, jedyne 3800 euro. 
Albo buty, 200-300 euro? 




A może te torebki? Są trochę tańsze, tak ok 1500 euro... W tym sklepie nie widziałam ani jednej klientki, mimo że przechodziliśmy tamtędy wiele razy.




No i proszę! Robiąc zakupy (to nic, że tylko w wyobraźni), znaleźliśmy przypadkiem najsłynniejszego siusiającego chłopca na świecie. Czy wiecie, że ta figurka posiada swoje kosztowne stroje podarowane jej przez najmożniejszych tego świata i ubierane na specjalne okazje? Dzikie tłumy robią jej setki zdjęć na minutę. Zrobiłam i ja. :)





Kolejne sklepy i kolejne dylematy...hmmm, czy kupić którąś z tych koszul jako nagrodę w następnym konkursie? Pasowałaby do pewnego Trolla, a raczej do kubków, które dostał... Ech, nie mogłam się zdecydować, która ładniejsza. :)





Zwiedzanie jest tak wyczerpujące, że teraz właśnie należy napić się kawy mrożonej. :) Pychota!





Kolejna rzecz, z której słynie Belgia, to rękodzieło. Można tu kupić przepiękne gobeliny, hafty i koronki. Nie mogłam się oprzeć temu fartuszkowi i MójCiOn kupił mi go jako kolejny urodzinowy prezent! Jest tak delikatny i klimatyczny, że chyba go nie założę :) Kupił mi jeszcze coś! Zobaczycie na końcu. :)





Słońce zaczyna zachodzić - to fajny pretekst, żeby przysiąść w kawiarni i obserwując ludzi, zajadać ze smakiem lody. Ech, żyć nie umierać! Uwielbiam lody!





Knajpki się zaludniają. Na ulicy Rzeźniczej panuje niesamowity tłok, mimo że restauracje są tu jedna przy drugiej i zajmują całe chodniki, czasem trudno o miejsce. Na rynku gra świetny zespół młodych chłopaków. Porywają swoją dynamiczną, skoczną muzyką publiczność do podrygiwania, tańczenia i wrzucanie im groszy do kapelusza.




A na kolację muszle. MójCiOn się zajada, ja nie mogę na to patrzeć. :(




I spacerkiem przez ciemny już rynek do hotelu...




Młodzi nie potrzebują miejsca w knajpie. Szkoda kasy.




I przed snem ostatnie podziwianie, cieszenie się z mojego zakupu: ta oto koronkowa parasoleczka będzie mi przypominała Brukselę. Pasuje do mojego pokoju! Ach, jaka śliczna!





Do czwartku, o ile ktoś jeszcze raz narazi się na tak długi post. :)))

Na środę nie dam rady przygotować ciągu dalszego (a będzie o wyjątkowym miejscu w Belgii), będzie więc przerywnik kulinarny - bardzo smaczny!
Dziękuję za wytrzymałość. Bycie turystą to ciężki kawałek chleba!



Miłego, wesołego dnia. :)



PS. Amisia wciąż prosi o głosy! Można głosować raz dziennie (do piątku) z każdego IP, z pracy, z domu... jawnie i po kryjomu, hi hi  TU Nr 14.

niedziela, 27 maja 2012

Inspiracja wrocławska restauracja - Przystań


Wrocławska restauracja Przystań jest przepięknie położona między Mostem Uniwersyteckim a Mostem Pomorskim. Zaraz obok jest niewielka marina, gdzie można podziwiać fajne łódki albo wybrać się w rejs statkiem wycieczkowym - niejednym.  Mieliśmy przyjemność jeść w Przystani mały obiadek w poprzednią niedzielę. Obiadek zakończony moim ulubionym deserem (niestety). Myślę, że niektórzy już wiedzą, co to za danie. 
Podpowiem, że zazwyczaj przy nim robię: ciiii...   ;-)


Siedzieliśmy na tarasie pod parasolem - z widokiem na uniwersytet,  Odrę i pływające po niej kajaki, stateczki i łódki.  Po materiale parasola skakał wróbelek i jego nóżki fajnie wyglądały od dołu odbite na płótnie. 


Przystawka: grzanki z tapenadą i szynką parmeńską. Dobre.


Zupa z łososia z czarnymi oliwkami i kaparami. 
Troszkę bym ją odsoliła i byłaby bardzo smaczna. Zrobię podobną w domu. 


Sałatka z grillowaną polędwicą wołową. Smaczna.


                                  Sałatka z grillowanym kurczakiem. Też dobra.



Sok jabłkowy z miętą. 


Ciiiii... (wyjątkowo pyszne, prosto z Włoch, naprawdę warte grzechu!)


I spacerkiem na koncert, a potem do domku, bo tam czekają stęsknieni domownicy. 
Na przykład ci:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...