Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KIta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KIta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 lutego 2016

(O)Powieść w odcinkach - epilog

Tu się zaczęło.
Tu się kontynuowało.
Tu się jeszcze bardziej kontynuowało.

***

Streściłam w opowiastce bez mała cztery miesiące życia koteczki w naszym domu. Opowiedziałam Wam, jak dość wycofana, choć spokojna kotka Jesień, przejściowo zwana Przytulią Czepną, przeobraziła się w rezolutną, dziarską, zawsze skorą do zabawy i bardzo wesołą Kitę. Stosunki między kotkami jeszcze się ustalają, ale już widać, że najbardziej układne są z Bazylem i Śliwką, zaczepny i zabawowy układ powstał między Kitą i Majtkiem. Glizdy raczej Kita unika - z wzajemnością, a Mietek, który z żadnym z naszych kotków nie jest zaprzyjaźniony, także z Kitą się nie zakumplował. Z niego bardziej taki outsider.

Tu z Bazylem.

Solo.

Ze Śliwką. Prawie już spadła z tego fotela... :)

No i co się gapisz? Spadnę, to spadnę, na razie jeszcze zwisam. :P

O, teraz wygodniej.


A teraz mam fotel tylko dla siebie!

I filcową piłkę Śliwki - tę od Maskotki. :)

Okej, może być i sznurek, umiem się bawić byle czym. 

Dawaj tu niżej!

Kita nieustannie nas rozbawia swoim zachowaniem. Czasem jest to co prawda trochę bolesne, ale rany przeważnie są bardziej powierzchowne niż te odniesione przez czarnego rycerza z filmu Monty Python i Święty Graal. ;)
Ta świruska siada np. na stopniu schodów na wysokości głowy (choć dla moich chłopaków jest to poziom ramion) i niepostrzeżenie naparza girą, gdy ktoś przechodzi dość wąskim przesmykiem między schodami i szafką z butami. Czasem ma też fantazję, by się przenieść na poziom podłogi i stamtąd atakować nieuskarpetnione kostki nóg oraz łydki. Uwielbia wszelkie zabawy maskotkami Majtka, patykami, sznurkami, choć takich salt i śrub jak Majtuś robić z nimi nie potrafi. Już sobie wyobrażam, co to będzie, gdy wyjdzie do ogrodu i ujrzy tam mrowie much, ważek, motyli, pasikoników i innego latającego żywiołu.

Scenki korytarzowe:







Kita zatraciła trochę swoją przymilność i przytulność. Stała się nieco bardziej... asertywna. To dlatego ostatecznie skonstatowałam, że to chyba dobrze, że nie trafiła do małej K. To bardzo delikatna dziewczynka i za nic sobie nie chcę wyobrażać, jak przykro by jej było, gdyby ta bandytka  zachowała się nieprzyzwoicie, pozbawiając ją posiłku (kto poznaje, skąd ten cytat?). My już przywykliśmy, że trzeba się strzec nalotu i jakoś sobie radzimy. Chociaż gdy sobie przypomnę, jak kilka dni temu Kita zwędziła kawał surowej ćwiartki kurczaka z psiego jeszcze-nie-rosołu, to i śmiać mi się chce, i lekki mnie strach łapie: co jeszcze, co jeszcze?! Dom wariatów!




Ekhm, ten...chyba trzeba trochę w domu posprzątać...

Ciekawe, w którym kącie tak pięknie wymiotła pajęczynki. :)

Na osłodę pozostaje fakt, że Kita choć już nie taka łasząca się, pozostała przyjazna i przychodzi sobie pospać z ludziem na łóżeczku, a czasem to nawet na ludziu zalega. Dodatkowy atut stanowi zaś to, że to bardzo mądra baba jest. Nie macie pojęcia, jak szybko adaptuje się do nowych okoliczności. Wspominałam, że z racji swojego szaleństwa na punkcie żarcia dostawała michę w odosobnieniu, czyli w garażu (łazienka zajęta jest już przez obwiesia Majtka, który też rzuca się na żarełko, jakby go tygodniami nie oglądał). Tydzień temu postanowiłam spróbować przenieść stanowisko jadalne do obszernego holu, w którym jada reszta bandy - każde na swoim stanowisku (z uwzględnieniem międzykocich preferencji osobniczych). Kita dostała przyczółek w pewnym oddaleniu od pozostałych kotków, blisko drzwi do dawnego lokum w garażu. Najwyżej trzy-cztery dni trwało, zanim się zorientowała, że nie ma się co miotać od miski do miski, bo i tak w końcu jej osobista też zostanie napełniona, więc spokojnie można czekać na ścieżce do niej prowadzącej. I nawet nie miauczeć rozpaczliwie, co najwyżej łypać wzrokiem bystrym i czujnym - tak na wszelki wypadek, bo porządek musi być! ;)
Od razu przypomina mi się Malin, który też tak grzecznie i spokojnie czekał na swoją porcję, podczas gdy Lecha dostawało obłędu i tańczyła swój wariacki taniec już od momentu, w którym tknęłam jej miskę. A Malinek grzecznie siedział i patrzył tymi swoimi maślakami uroczymi...

I tak oto dotarliśmy do the endu historyjki, mam nadzieję, że także happy. A ponieważ właśnie się zorientowałam, że epilog ten za chwilę będzie dłuższy od najdłuższego odcinka, to niech będzie, że przejdę do tego, co już i tak dla niektórych od dawna jest oczywiste. 

Pod poprzednim odcinkiem DamaKier napisała: 
"No jakbyś tę Prawie Wybuchniętą Przytulię miała oddać, to ja już nie wiem...". 

To chyba jej nie oddam...


To pisałam ja, JolkaM. Dziękuję za cierpliwość! :)

PS. Ostatnie badanie siuśków Śliwki i Bazylka wykazało poprawę parametrów w stosunku do wcześniejszego. I miejmy nadzieję, że ta tendencja się utrzyma. 





(O)Powieść w odcinkach 3

Tu się zaczęło.
Tu się kontynuowało.

***

To na czym stanęliśmy? Aha, na tym, że Przytulia Czepna, w dniach pierwszych zwana Jesienią, dostąpiła wejścia między wrony, to jest - między koty, a nawet i psa. Tym samym zaczęło się robić niebezpiecznie (ale nie z powodu psa). Jakkolwiek zamiarowałam znaleźć jej dobry dom, to przecież do tej pory wyglądało na to, że biorę się do tego całkiem niemrawo. I jeszcze tysiąc komplikacji staje na drodze, w tym moja nieszczęsna kontuzja, która także na nieco dalszy plan zepchnęła kwestię oddania koteczki. Czas płynął, i związywał nas coraz bardziej. Igor smutniał na każdą wzmiankę o tym, że trzeba w końcu zacząć działać, a i mnie było jakoś nieswojo na myśl, że kiedyś ją oddam.
A tymczasem koteczka na pokojach, między wrony popadłszy, zmieniła, kurna, taktykę. Pewnie zadziałało prawo stada i konieczność docierania się między kotkami, ustalania hierarchii i takie tam, bo Przytulia z dnia na dzień gubiła swój przymilny, czepny charakter. Nadal była cicha, żadnego kociego zawodzenia, spokojna, ale bardzo prędko pokazała, jak zaciekle potrafi walczyć o swoje. Zwłaszcza o... żarełko.

W tamtych dniach tak pisałam do Gosi: 

Przytulia nawet nie to chyba, że chce rządzić, jeśli już, to chce zawiadywać rozdziałem jedzenia. Najlepiej w taki sposób, żeby ona dostawała najczęściej i najwięcej. ;) Poza momentami kiedy "dzieje się" jedzenie (otwieranie lodówki, karmienie kotów czy po prostu robienie kanapki przez nas i pozostawienie jej na chwilę bez opieki), ona się w ogóle nie wychyla. Czasami nawet dosłownie, bo upatrzyła sobie do zalegania miejsce pod schodami, a dokładnie pod najniższym stopniem schodów. Leży tam mały dywanik i właśnie na nim układa się kicia. Wsunęłam go nawet głębiej pod stopień, bo obawiałam się, że schodząc w półmroku, np. wieczorem, któreś z nas nie zauważy wtapiającej się w tło kitki i nadepniemy na nią. Mało to dla niej bezpieczne, a w tych dniach także dla mnie - bo tylko mi jeszcze trzeba do tej kontuzji, żebym potknąwszy się, musiała wykonywać jakieś nagłe i nieskoordynowane ruchy ratunkowe, jeju! :] Poza sytuacjami związanymi z żarełkiem kitka jest niemal niewidoczna i bezszelestna. I tylko strzela tymi wielkimi zielonymi oczami jakby ze strachem (jeszcze!). Widać, że czuje się niepewnie, no i najprawdopodobniej głodowała, skoro tak bardzo "troszczy się" o napełnienie brzuszka (nawet chwilę po jedzeniu!), że rzuca się na Majtka, który zwędził pustą kromkę chleba (on też zawsze jest nienajedzony!) i mu ją bezceremonialnie odbiera! Dom wariatów! 

Najpierwsze lokum Przytulki już w mieszkaniu. 
Zarazem blisko drzwi do części gospodarczej.

Bardzo sobie ten kosz upodobała.

Miała tam dobry punkt obserwacyjny.

A to już na schodach - miejscówka numer dwa.



I jeszcze pisałam tak: 

Ona jest taka cichutka, nie wchodzi nikomu w drogę (chyba że przypadkiem). Upodobała sobie dwa, może trzy miejsca w domu do leżenia - jedno to na koszu wiklinowym na półce między kuchnią i korytarzem, drugie - na stopniu schodów (wybiera różne), przez co schodząc teraz po schodach, musimy szczególnie uważać, kolejne miejsce to dywanik przed schodami - wsuwam go głębiej, niemal w całości pod schody, bo boję się, że kiedyś ją poturbuję, schodząc, no i ostatnie miejsce - łóżko Igora. :] Czasem leży tam ze Śliwą albo z Lechą. A nawet z Majtkiem. 
Największy kłopot jest z jedzeniem - ona jest niesamowicie pazerna na jedzenie, ale tylko wtedy, gdy czuje się "zagrożona", że inne koty lub pies odbiorą jej szansę na zjedzenie. Nie wiem, czy to taki charakter, czy przez to, że głodowała, aż tak jej się porobiło. Żeby nie było kłótni i podbierania innym (robi to niesamowicie sprawnie, jest niezwykle szybka i przebiegła), dostaje jeść oddzielnie - w swoim dawnym lokum w garażu. Cały czas jeszcze ją obserwuję, obserwuję też pozostałe koty. Daję sobie jeszcze jakiś czas, staram się nie myśleć o niej jak o naszej kotce, bronię się. Widzę, że Igor bardzo ją lubi. Wiem, że byłoby mu żal ją oddać, ale wiem też, że zrozumie, jeśli jednak tak właśnie postanowimy. (...)

Przytulia przyCzepna do Śliwki.

Bazyl i Tulka w jednym stali domu,
Bazyl na górze, Przytulia na dole.

I analogicznie: Glizda na górze, Tulka na dole.

Kotki jednopoziomowe.

Tylko gały wywalać na takie skarby.

Swobodne.

Nieskrępowane.

Wyluzowane.

Nonszalanckie.

Skłębione.

Nieco wydłużone.

Kotki rozciągnione. No co, jest takie słowo! 
Patrz: "szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych". :P


(...) Fajna jest, ładna, ale i ten charakter... Taka cichutka. Jej prawie nie ma. Tylko gdy otwieram lodówkę lub grzebię w garach, to się objawia. I walczy o żarcie - wcale nie na żarty. A jak się śmiesznie bawi Szczurem Tygrysim!* Komizm. Bo ona się wydaje taka... dorosła, poważna, niemal dostojna przez tę swoją cichość, aż tu nagle - głupawka. :) Zastanawiam się, ile może mieć lat. No i czy i kiedy będzie miała ruję.

Tak to się zwierzałam Gosi, a czas płynął, i związywał...

Kto aż dotąd dotrwał, temu się należą zdjęcia premium. A zrobiłam ich niemało, odkąd Kita zamieszkała na salonach. Że co, że skąd ta Kita? Cóż, przewrotny charakterek zobowiązuje. :) Łobuz się z niej zrobił niemożebny. Przebiegła, sprytna, szybka i bardzo mądra. Taka... Kita. :)

Ale o tym to już w następnym odcinku. :)

Podpisano: Jolka Pisarka GminnaM

A od tego ujęcia się zaczęło. W same święta.

Myślałam, że śnię...

Tuż obok Bazylek.


Przytulia bardzo przyCzepna. :)

 

I jeszcze z Lesią:


Uch! Taki merdający ogon - zjawisko olśniewające, kolosalne! 

***

* Szczur Tygrysi wygląda tak:

Majtek (wyjątkowo) ze stoickim spokojem obserwuje lot szczurka
wzdłuż balustrady schodów. Albo się zamyślił.

A może przeczuwał, że jest pilnie obserwowany.

Wręcz prześwietlany!
A nie, to chyba szczur tu jest prześwietlany... :)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...