To post z myślą o tych, którzy uważają, że kotom miejskim jest dobrze "na wolności". Osobom, którym strasznie żal tych odławianych z wielkich blokowisk kotów, chcę dziś pokazać świeżo złapaną "ofiarę" łapaczek. Jeśli są tacy (a wiem, że tak), którzy twierdzą, że skoro takie koty mają karmicielki, mają piwnice, gdzie mogą się skryć, to im z pewnością dobrze. Że odławiane, sterylizowane, oswajane przechodzą tak wielki stres i to jest krzywdzenie zwierząt (bo przecież każda kotka powinna mieć młode, one potrzebują "wolności" itp.). Niech te osoby zobaczą i poczytają, bo choć nie ma tu drastycznych faktów (jakie przecież często w doniesieniach o kotach miejskich bywają), to jednak jej historia także daje do myślenia.
Szylkretka urodziła się wg moich obliczeń niespełna rok temu. Ma w tej chwili ok. 10-11 miesięcy. Podczas pierwszej akcji na Gaju udało mi się zrobić jej to zdjęcie. Była wtedy malusia.
W planie było złapanie jej i udomowienie (jak jej brata Cynamona), ale sprytna mała nie dała się schwytać aż do czwartku w poprzednim tygodniu i kiedy znalazła się już w klatce-łapce oczom naszym ukazał się nieciekawy widok. Kotka ma łyse uszka i łyse plamy na główce. Okazało się też, już w badaniu, że jest w początkowym stadium ciąży, a potem jeszcze, że jest okropnie zarobaczona, że ma tasiemca i inne atrakcje, i to właśnie w związku z tym stała się łatwym łupem dla świerzbowca (stąd te łyse placki). To wszystko w warunkach domowych jest do wyleczenia! Wystarczy podać jej odpowiednie środki i potem to powtórzyć, jeśli zajdzie taka potrzeba. To naprawdę nie powinno być kłopotliwe. Wystarczy kropelka advocate na kark i zastrzyk na robale. Pierwszy etap tych zabiegów został zrobiony, ale... Jeśli ją wypuszczę na jej "wymarzony" teren, do tej piwnicy, za miesiąc będzie miała to samo! Te środki działają miesiąc...
| Taka młodziutka, nie ma jeszcze roku. Życie powinno być przed nią. |
Kotka jest totalnie dzika, przerażona, trzęsie się jak galareta. Przy zmianie kocyka w dużej klatce, w której siedzi, pacnęła mnie pazurkami w głowę. Boi się. Okropnie, okropnie mi jej żal, serce mi pęka. Wolałabym jej nie "męczyć". Wolałabym nie robić sobie takiego kłopotu, ale... mam ją skazać na pożarcie przez robale i świerzb? Widać ona jest słabsza, ma mniejszą odporność, a może z jakiegoś innego powodu jest w takim stanie. Gdyby urodziła kocięta, nie miałyby dużych szans na przeżycie przy tak zarobaczonej matce. Nie urodzi, jest już po zabiegu. Przynajmniej tyle.
Ech...
Ech...






























