poniedziałek, 30 grudnia 2013

Andżelina story

Historia przybycia Andżeliny do naszego domu jest krótka.


Zadzwoniła pewna Marta, która bardzo czynnie i ofiarnie pomaga kotom we Wrocławiu, z pytaniem, czy nie przyjmiemy kotki pod nasz dach, bo ona ma dramatyczną sytuację i nie ma co z koteczką zrobić. Zgodziliśmy się i w ten sposób poznaliśmy krótką historię Andżelinki. Okazało się, że kotka padła ofiarą jakiegoś osiedlowego wroga kotów, który zamurował okienko do piwnicy z kotką w środku... Dzięki uporowi innej mieszkanki osiedla, bo nie zgadzał się jej stan piwnicznych kotów, kotka została uwolniona po 3 dniach (!!!) i umieszczona u pewnej starszej pani. Ta trzymała ją 2 tygodnie w klatce-łapce. Bez kuwety... Ta pani ma psa i ten pies stał nad tą klatką i ujadał. Nie mogę nawet wyobrazić sobie, co ta kocinka przeszła. Kiedy Marta dowiedziała się o tej sytuacji, od razu po kotkę przyjechała, zabrała ją i dopiero w samochodzie zaczęła gorączkowo myśleć, gdzie ją umieścić, bo wszystkie domy tymczasowe były zawalone kotami po uszy. 
Nic dziwnego, że przez pierwsze dwa dni Andżelinka zachowywała się jak opętana. Syczała, rzucała się z zębami i kłami na rękę, bała się panicznie. Dopiero po przeniesieniu jej z piwnicznej krótkiej kwarantanny do domu zaczęła oswajać się w błyskawicznym tempie.

Resztę tej historii już znacie. Jest na filmie. Moim ulubionym filmie. :)



A dlaczego Andżelina?
Otóż Marta, zachęcając mnie do wzięcia kotki, mówiła, że wprawdzie dzika, biedna, zestresowana, ale WYJĄTKOWO PIĘKNA! Wyjątkowo! No cudo po prostu!


Kiedy to cudo przyjechało, popatrzyliśmy z mężem po sobie: Gdzie to cudo? Gdzie ta wyjątkowa uroda? Przecież to buras pospolity! Potem jednak pomyśleliśmy, że skoro taka niby to wyjątkowo urodziwa, to musi mieć adekwatne imię. No i została Andżeliną. Gwiazdeczką naszą. :)
Teraz już zgadzam się z Martą, że kocina jest prześliczna, choć inna niż Dakota, którą uważam za najpiękniejszy okaz szaraka, jaki gościł Za Moimi Drzwiami. Dakotka ma dłuższą sierść, miększą, jest jaśniejsza i ma szersze paski.
Jednak Andżi też jest niczego sobie! :)

No to teraz dużo zdjęć! 


Kotka bała się Rufiego tylko troszkę. W tej chwili już śmiało wyjada mu z miski, wpada na niego w zabawie i lekce go sobie waży. :)


Innych kotów nie bała się wcale i wparowała na salony z dumnie wyprężonym ogonkiem będącym przejawem pewności siebie.


Zaprzyjaźniła się z Anjin Sanem. Chodzi za nim jak cień.






Jest bardzo skoczna, trudno nadążyć z aparatem.




Podczas karmienia mamy prawdziwy cyrk na kółkach. Każdy każdemu wyjada, a nie może! Hoki musi jeść tylko swoją karmę, w ostatnich badaniach znowu miał trochę gorsze wyniki... Kajtek jest zestresowany, przeżywa męki wśród tylu kotów. Wciąż siedzi na dworze, a to nie służy jego pęcherzowi. Martwię się o niego...









Te dwa łobuzy najbardziej lubią bawić się z człowiekiem. Każdy osobno. Każdy z osobnym człowiekiem. Mamy wciąż zajęcie. Ręce opadają...







Andżelinka już szuka domu. Jest zdrowa, zaszczepiona, odrobaczona, oswojona, nauczona czystości i zaufania do człowieka. Po traumie nie ma śladu. Kocha inne koty i psa. Jest wyjątkowo piękna (to już ustaliliśmy) i ma śliczne imię. :) Kolejny koci ideał. Najlepiej do domu z innym kotem, a chociaż z miłym psem. To towarzyska bestyjka. :)

PODPIS

Kto nie czytał jeszcze, co u Bentleyka z Pragi, zapraszam TU (klik).



niedziela, 29 grudnia 2013

O Bentleyu z Pragi - dla Hany i nie tylko

Napisała do mnie Bożena z Pragi. Kto zna historię Bentleya, ten przeczyta z ciekawością:







Cześć Gosiu.

Jesteś na pewno ciekawa, co u Bentleyka. W piątek wieczorem 13 grudnia zabraliśmy go do domu. Do dyspozycji dostał największy pokój. Niestety bardzo szybko zauważył, że my znikamy gdzieś obok i kiedy słyszał nasze głosy, tak miauczał, że już w sobotę rano opanował całe mieszkanie. Izolacja bardzo mu się nie podobała. Od pierwszej chwili czuł się u nas jak u siebie. W ruch poszły firanki, wazony. Kwiaty doniczkowe zostały szybko wyniesione na korytarz. Moja kolekcja ceramicznych kotów została pomniejszona, ponieważ kiciuś trzem utrącił główki. W tym mieszkaniu wychowała się od dwumiesięcznego kociaka Fibi, ale ta zawsze była grzeczna, powolna i ostrożna. Bentleyek to kochany pieszczoch, zasypia obok mnie, pięknie mruczy i psoci; nie chodzi, tylko biega i podskakuje. Niestety gorzej jest z Fibi. Warczy i prycha na malucha. Nie pozwala Bentleyowi zbliżyć się do siebie. Wydaje mi się, że jest dla niej zbyt szybki i głośny. Ona kocha święty spokój, pełną miseczkę i swój drapak. A Bentleyek, choć ma swoją kuwetę, załatwia się w jej, choć ma swoje miseczki, wyjada jedzenie Fibi, i choć kupiliśmy mu nowy drapak, on i tak woli ten Fibi.

(...) Ta piękna, dostojna biała dama to moja brytyjka colour-point Fibi, a młodzieniec z błyskiem w oku to Bentleyek.

Fibi nadal warczy i prycha, ale już porusza się po całym mieszkaniu. Wcześniej tydzień siedziała tylko w pokoju syna, opuszczając go na przykurczonych, krótkich łapkach, jedynie kiedy była głodna lub potrzebowała iść do kuwety. Teraz wchodzi sama do pokoju, gdzie akurat jest Bentleyek i bacznie go obserwuje. Wczoraj nawet chwilę leżały na jednym łóżku, niestety ten bezruch szybko znudził się Bentleykowi i skoczył (chcąc się bawić oczywiście) na kocicę, która pacnęła go kilka razy łapką, i zabawa się skończyła. Odszedł ze spuszczonym ogonkiem, ale głośno skomentował jej zachowanie i powiedział, co sobie o niej myśli; gadał jeszcze długo w przedpokoju. Tak że nie jest cudownie, ale jest lepiej.

Z ostatniej chwili: Dzisiaj (29.12) Bentleyek przewrócił bardzo dobrze zabezpieczoną choinkę, to tak á propos Twojego Hokusika (Hokus + choinka = katastrofa).

Serdecznie pozdrawiam. Bożena

Szczęśliwego Nowego Roku.





Bardzo dziękuję za wieści, Bożeno! Ten mały naprawdę wygląda jak mój Kajtek - rasowy maine coon. Jest prześliczny!

Dla porównania Kayron, jak był malutki:



I razem:


PODPIS

Andżelina

Dzień dobry!

To ostatnia niedziela, więc nie żałujcie jej dla mnie, spójrzcie czule dziś na... 
film przygotowany przez MójCiOnego.
To jego reżyserski i montażowy debiut. 
Nie wypada mi pisać peanów na ten temat, ale co tam! 
Film jest GENIALNY!
To ostatnia niedziela (w tym roku), to dobry dzień,
aby Wam przedstawić pewną młodą i wielce obiecującą panienkę.

ZAPRASZAM!



O tym dlaczego takie imię, skąd się panienka wzięła
i inne takie opowieści w moim stylu,
jutro. 

Miłego dnia!


PODPIS

sobota, 28 grudnia 2013

Jak zostałam świątecznie opierniczona przez Alę D.

Inauguruję tym postem cykl dziękczynny, bowiem zostałam w tym roku tak hojnie
świątecznie obdarowana, że moja radość i wzruszenie sięgnęły zenitu.
Listonosz kursował, co chwilę przynosząc mi niezwykłe,
bo sercem podyktowane prezenty ze świata.
Dostałam wiele kartek, i to nie tylko dla mnie (niesamowite!), za które bardzo dziękuję.
Dostałam kilka paczek, które zawierały prezenty, i to nie tylko dla mnie (niezwykłe!).
O tym też będzie wkrótce.

Jestem zaskoczona i szczęśliwa, że to moje blogowe pisanie
przynosi mi tak wiele cennych profitów.
Fajnie jest być blogerką! 

Zaczynam od pochwalenia się czymś, co już dwa dni Wam pokazuję.
Pierniczki - doskonałe, własnoręcznie wykonane cudeńka przyjechały
do mnie aż z Rzeszowa! 
Moja czytaczka Ala D., ta sama, która wymyśliła imię dla Renetki, 
postanowiła mnie nimi uszczęśliwić i udało jej się to doskonale.
Sposób ich dostarczenia był oryginalny, bo przyjechały one do mnie autobusem! 
Alicja poprosiła kierowcę, a on zgodził się pośredniczyć w tym wydarzeniu.


Ja też przystałam na to, że prezent-niespodziankę od kierowcy odbiorę,
bowiem zgodnie z moją filozofią branie jest tak samo ważne, jak i dawanie.
Też jest sztuką, a ponieważ sama lubię dawać, lubię, gdy inni chcą brać. :)
Zamotałam, ale wiadomo, o co chodzi.


Umówionego więc dnia przyjechałam na dworzec PKS we Wrocławiu, 
wypatrując wiadomego autobusu z Rzeszowa.


O ile dworzec PKP we Wrocławiu jest chlubą miasta, 
o tyle klimaty dworca autobusowego są od tego dalekie. 


Nieprzyjemne miejsce, doprawdy.
Niemniej nie nudziłam się wcale.
Miałam czas oglądnąć fajną wystawę. :)


I kawałek miasta nocą. 


Jest! Nadjeżdża!


 Jejku, co za emocje!


- Dobry wieczór! Ma pan dla mnie paczkę?
- A kto pyta?
- No, ja! Anka Wrocławianka!
- Coś się znajdzie. 

:D


I z powrotem do domku.


Ulicami miasta nocą. :D


A na drugi dzień rano...
(Wiadomo, że u mnie paczka musi poczekać na otwarcie.)


Tadam! 


Cudne pudełeczko, 


 misternie zapakowane skarby.


Każda jedna rzecz otulona swoim płaszczykiem.


Paczuszka pierwsza: rodzinka pierników!
(Zachwyt! Pierwsze zwilgotnienie oczu i okrzyki niedowierzania...)


To ja: Łysa!



Paczuszka druga: piernikowe kółka-stempelki.


Paczuszka pierwsza + paczuszka druga = coś wspaniałego!


Paczuszka trzecia:


Piernikowe serce (pożarte niemal od razu - przepyszne!).


Paczuszka pierwsza + paczuszka druga + paczuszka trzecia = róg obfitości i pyszności!


Paczuszka czwarta:


Cudowna choineczka z... piernika, oczywiście!


No i absolutny odjazd: paczuszka piąta, a w niej...


Coś takiego było w tym wszystkim wzruszającego, zachwycającego,
że oboje mieliśmy łzy w oczach,


nawet MójCiOn, któremu jednak to nie przeszkadzało


skosztować jednego pierniczka.
Łaskawie się zgodziłam. :D
Pyszny, przepyszny!


Pierniczki od Ali towarzyszyły nam podczas świąt. 
Niestety niczego nie mogłam powiesić na choince, 
bo mamy w domu Hokusa. 
Hokus + choinka = katastrofa.
Hokus + cokolwiek = katastrofa. :)


Poradziłam sobie inaczej - pod czujnym okiem mojej ukochanej


kocóreczki o ludzkim spojrzeniu udekorowałam nimi świąteczny stół.



Alu, sprawiłaś nam wielką niespodziankę. Zafundowałaś wzruszenie.
Dziękuję Ci najpiękniej, jak umiem.

PODPIS

Pierniczki można jeszcze podziwiać pojedynczo TU (klik).

Bardzo miłego weekendu wszystkim życzę. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...