środa, 26 czerwca 2013

Beautiful Water Painting

Przed snem przyda się trochę wyciszenia. 
Niech ukoi nas malowanie na... wodzie.
Czego to ludzie nie wymyślą!


PODPIS

Irlandzko, zwierzakowo dla...

... Poznańskiego, mojego syna, który jest bardzo zwierzolubnym człowiekiem, 
mającym dar rozumienia naszych braci mniejszych bez słów. 

Na imieniny. 

Zgodnie z nową świecką tradycją zapoczątkowaną rok temu - w prezencie: zwierzaki.
Tym razem znalazłam je dla Ciebie w Irlandii.
Najpierw parami...















A na koniec prezent specjalny. Wyobraź sobie...


Wyobraź sobie, że podchodzi do ciebie mała, dziwnie kanciasta, koścista kózka 
o delikatnym futerku, z uroczym "gniazdkiem" na głowie.


Wyobraź sobie, że tuli się do Twoich nóg...


A teraz wyobraź sobie, że daje ci buziaka! 
(Co za usteczka!) 

Ode mnie też masz buziaka!
Bądź szczęśliwy, zdrowy i twórczy. :)

PODPIS

wtorek, 25 czerwca 2013

Dzień trzeci - 12 czerwca 2013 - środa (część 2)

Kiedy zaraz po powrocie z Irlandii pisałam, że czasem nie mogłam już znieść takiej ilości piękna, jakie ona nam oferowała, nie przesadzałam. Sam dzień trzeci dostarczył nam takich atrakcji, że wystarczyłoby na cały pobyt, a przecież wcześniej też były wielkie, i po też...
Dziś plaża wprost z baśni, moja ulubiona. Chciałabym, aby moje zdjęcia i opis autorstwa MójCiOnego  pozwoliły Wam zakosztować jej klimatu i  zachwycającego piękna.

Jest to ciąg dalszy dnia trzeciego, podczas którego widzieliśmy już plażę Inch.

Po niedługim czasie jechaliśmy w kierunku zachodnim do przystanku numer dwa - zamku Minard.



Ponieważ główna droga odchodzi w tym miejscu od wybrzeża, a zamek znajduje się przy brzegu morza, mieliśmy znowu okazję pomeandrować kilka kilometrów wąskimi dróżkami, na których nie uświadczysz lewej czy prawej strony jezdni. Jest tylko buddyjska droga środka. Zamek Minard z jakiegoś powodu nie przywoływał nas żadnymi drogowskazami, więc wkrótce pogubiliśmy się w plątaninie coraz węższych wstążeczek dróg. Na szczęście (każdy podróżnik ma w końcu jakieś szczęście, chyba że akurat ginie gdzieś z głodu, zimna albo innych konwulsji) natknęliśmy się na zmotoryzowanego listonosza (trudno wyobrazić sobie lepszego przewodnika na takim zadupiu, prawda?), który po krótkotrwałomyślowym zmarszczeniu czoła wyrzucił z siebie litanię skrzyżowań i skrętów, zawierającą mnóstwo liczebników oraz określenia stron świata. Ponieważ ostatnio ćwiczę pamięć, studiując język japoński, ze zdziwieniem stwierdziłem, że jestem w stanie powtórzyć to skomplikowane itinerarium.


Mało tego, za kilkanaście minut okazało się, że listonosz i moja pamięć się nie mylili. Dzięki Ci, irlandzka poczto! Dzięki Ci, Poczto Jako Taka! Oby każdy podróżnik miał listonosza, co nad nim czuwa!


Zamek, a właściwie spękane resztki jednej baszty, stał na wzniesieniu stromo spadającym do morza. Jedyne miejsce do parkowania (dróżka jak wstążeczka) znalazłem w postaci poszerzenia drogi poniżej zamku, nieopodal małej plaży. Nasz listonosz chyba czuwał nad nami, bo gdyby nie ten przymus parkowania na dole, mogliśmy w ogóle tej cudo-plaży nie zauważyć. Ale ponieważ po wyjściu z toyotki zostaliśmy przyciągnięci przez jej urok, zaczęliśmy od wejścia na jej kameralne piaski.




Zapewne gdyby nie trwający odpływ, piasku by nie było, bo warstwicowy układ: piasek - głazy z obfitością zielonobrązowych glonów - głazy z obfitością zielonych, mchopodobnych glonów - głazy łyse i suche wskazywał wyraźnie, do jakiego poziomu sięga morze w stanie średnim i w fazie przypływu.


Plażyczka miała kształt arabskiego półksiężyca i z obu końców ograniczona była skałami piętrzącymi się na kilkadziesiąt metrów w geologicznym, podręcznikowym wręcz przekroju. Całość wyglądała tak, jakby Bozia zabawiający się swoim demiurgicznym dłutem przeciął wielką skałę na pół, rozsunął obie części na jakieś sto metrów od siebie i wzdłuż zewnętrznego boku powstałego w ten sposób półksiężyca posypał sporymi głazami, żeby to zielone i brunatne mogło sobie rosnąć i mówić nam, na jakich poziomach oscyluje wabione przez Księżyc morze. Jakby mu było mało, z jednej strony plażyczki dodał ujście lokalnego strumienia - wprost do morza! Po tym całym dziele lokalnego stworzenia pan hrabia Minard wrzucił synergicznie swój zamek na jedną z rozdzielonych przez Bozię skał. Trzeba przyznać, że ten mały team wiedział, co robi. Efekt jest bajkowy!




Chodziliśmy po piasku i głazach, cmokając i ochając, a z egzystencjalizmu nie pozostał nawet ślad! A ile tam było morskiego życia na tych głazach! Flora i fauna w miniaturze. Trawki, muszelki z kimś tam w środeczku, jakieś nasionka czy owocki, brzemiennie napęczniałe. Wszystko na chwilę zastygłe w oczekiwaniu na powrót ożywczej, słonej wody.






Po wykonaniu stosiedemdziesiątpięciotysięcznegodwieściesiedemnastego zdjęcia plażowej natury wspięliśmy się w kierunku zamku. Niestety zatrzymał nas napis "Privat Property". Mogliśmy popatrzeć jedynie z daleka na pooraną śladami wojennego bestialstwa twarz baszty. W 1650 roku Anglicy, pod wodzą Cromwella, dotarli aż tu, na zachodnie kresy walczącej o swoją wolność Irlandii, kończąc jedno z wielu powstań w sposób, który cechował wszystkie europejskie imperialne sposoby negocjacji: zdobyć - zniszczyć - spytać, czy resztki, które przeżyły, zrozumiały, kto tu rządzi. Zamku nie zniszczono do fundamentów. Celowo pozostawiono martwy kikut jako pomnik dominacji Anglii nad Irlandią. Miał on, jak i setki innych ruin, przypominać poddanym o ich pozycji, aż do 1921 roku, kiedy podpisano traktat powołujący do życia państwo irlandzkie. Walka o niepodległość Irlandii trwała... 800 lat! I kto tu jest prawdziwym "mesjaszem narodów"?




Zaczęło lać.

Trochę zdołowani tym, że Irlandczycy przebijają Polaków, bo przecież lepiej być pierwszym nawet od końca, niż ginąć gdzieś w peletonie, pojechaliśmy wstążeczkami do głównej drogi. Następny cel to miasteczko o nazwie Dingle, takiej jak nazwa półwyspu. Znaleźliśmy je tylko dzięki GPS-owi, ponieważ było kompletnie niewidoczne w strugach ulewy, która złośliwie przekonywała nas, że złej aurze na dobre stanął zegarek. Nawet w sztormiakach ciężko byłoby przedrzeć się przez lejące się z nieba ściany wody, dlatego zamiast zwiedzać miasteczko, zdecydowaliśmy się na wizytę w lokalnym oceanarium. 

Cdn.

Zielona strzałka pokazuje to miejsce na mapie.

Wyświetl większą mapę

PODPIS

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Wielka Galeria Kosów u Gohyy

Wielka Galeria Kosów u Gohyy otworzyła swoje podwoje. 
Występuje tam też ten "rozczochraniec". :)
Zapraszam, w imieniu autorki pomysłu na łapanie kosów, do oglądania. :)



No cóż... Okazało się (znów ta Megi!), że rozczochraniec to nie kos, a szpak...
Żeby zmyć ten dyshonor wkleiłam zdjęcie dolne, ale coś mi się wydaje, że to też szpaczki. Szczególnie ten w prawym dolnym rogu... :DDDD

Megi - dzięki, kobieto mądra i czujna! :D


PODPIS
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...