czwartek, 22 marca 2012

"Koło życia" Elizabeth Kubler-Ross


Niedawno Baltazar Gąbka, a dziś „Koło życia – rozmowy o życiu i umieraniu” Elisabeth Kübler-Ross. Obie te lektury są w jakiś sposób dla mnie cenne. Każda inaczej.




Dr Elisabeth Kübler-Ross, urodzona w Szwajcarii w 1926 roku, w swojej autobiografii przedstawia się jako osoba niezwykle empatyczna, konsekwentna, poświęcająca się pracy dla innych oraz jako pionierka badań nad śmiercią i umieraniem. Swoją wydaną w 1969 roku książką "On death and dying" wywołała trwającą do dziś dyskusję nad życiem po śmierci, ale przede wszystkim przyczyniła się do zmiany traktowania umierających ludzi przez lekarzy.

Ona, której poczucie bezsilności i okrucieństwa było znane z dzieciństwa, potrafiła dostrzec w śmiertelnie chorych nadal czujące, głęboko nieszczęśliwe istoty ludzkie, które z powodu strachu i niewiedzy były okrutnie traktowane przez lekarzy, a często i przez swoich bliskich. Zatajano przed nimi prawdę, oszukiwano do ostatniej chwili, izolowano, ignorowano, unikano, faszerowano lekami psychotropowymi - to tylko niektóre ze sposobów. Rutyną było, że kiedy umierający na raka pacjent pytał: Czy ja umieram? w odpowiedzi słyszał od lekarza: Ach, niech pan się nie wygłupia.

Autorka zmieniła to swoją pełną oddania wieloletnią pracą. To cenię i podziwiam. Jednak w swojej autobiografii zawarła też wątki tak kontrowersyjne, jak te o duchu masującym jej krzyż, że nawet nie mam ochoty się z nimi mierzyć. Zamiast tego spróbuję odpowiedzieć sobie na moje ulubione pytanie: czego nauczyłam się z tej książki i jakie refleksje ona we mnie budzi?

EK-R zaobserwowała, że ludzie, którzy muszą zmierzyć się ze swoją lub swoich bliskich śmiertelną chorobą, lub ponoszą jakąkolwiek inną dotkliwą stratę, przechodzą przez podobne etapy. Zaczynają od szoku, zaprzeczenia, wściekłości i gniewu, by wejść w etap żalu i bólu. Potem targują się z Bogiem, czy losem (ale nigdy nie dotrzymują słowa!). Następnie popadają w depresję, zadając pytanie „dlaczego ja?, dlaczego mnie to spotkało?”, zamykają się w sobie, izolują od innych, by w końcu, jeśli udało im się przejść przez te wszystkie etapy, osiągnąć spokój i akceptację.

Wszystkie te fazy są naturalnym, zdrowym sposobem radzenia sobie z tak ogromnym ciężarem, jakim jest świadomość własnej nieuniknionej śmierci, czy śmierci bliskiej osoby.

EK-R pytana, czego nauczyła się od umierających ludzi, powtarzała zawsze, że nauczyła się od nich bardzo wiele o… życiu. Szczególnie ci, którzy pogodzili się z nieuchronnym, mieli do przekazania dużo o tym, co mogli zrobić, co powinni byli zrobić, czego nie zrobili, aż było za późno. To cenne dary i bezcenna lekcja dla żyjących. Ludzie ci byli niesamowicie wdzięczni za zainteresowanie, jakim ich obdarzała lekarka, za pytania, które im zadawała, za możliwość opowiedzenia o swoich uczuciach.

Czy nie jest tak, że często unikamy poważnych tematów i z kimś, kto jest w trudnej sytuacji, rozmawiamy o błahostkach, ponieważ boimy się go urazić, ale też nie wiemy, czy poradzimy sobie z taką rozmową? Chciałabym umieć inaczej, wierzę, że tylko szczera i autentyczna relacja ma wartość.

Podoba mi się w jej historii jeszcze coś. To niesamowite tak „czytać” własne życie, jak to zrobiła Elizabeth. Pod jego koniec potrafiła już wyraźnie zidentyfikować znaczące momenty i wydarzenia w swoim życiu, które ją ukształtowały i sprawiły, że stała się sobą. Wiele zrozumiała, wiele zobaczyła. I to mi imponuje. Uważała też, że żyjemy po to, aby się rozwijać i że wszystkie lekcje, jakie daje nam życie, możemy spożytkować dla naszego wzrostu i korzyści. To pogląd, który jest mi bliski.

Mimo tych niewątpliwych atutów Autorka jawi mi się jako osoba niezwykle samotna, niepotrafiąca nawiązywać autentycznych relacji, wbrew pozorom niemająca poczucia własnej wartości, która wciąż musi udowadniać, że nie jest „jednokilogramowym nic”, jak ją nazwano w momencie urodzin.

Przypuszczam, że mogła znowu się tak czuć, kiedy umierała w 2004 roku jako ciężko chora, sparaliżowana i zależna od innych osoba. Może właśnie w ten sposób jej życie zatoczyło koło, o którym pisała w swojej autobiografii. 



Kajtuś już od małego też wiele rozmyśla na różne tematy...

środa, 21 marca 2012

Tajska zupa kokosowa z kurczakiem


Tajska zupa kokosowa z kurczakiem należy do moich ulubionych. Zawsze jest to strzał w dziesiątkę! Musiałam ostatnio zachować się brzydko i zabronić naszemu Najmilszemu Gościowy zjeść trzeci talerz, bo tak bardzo chciałam, aby nasz Najmilszy Gość zjadł jeszcze drugie danie i deser...


Zupa ma  kokosowo-cytrynowy smak i jest naprawdę pyszna. Jest też prosta w wykonaniu, choć trzeba mieć kilka oryginalnych składników. Nie będzie tak dobra bez trawy cytrynowej, imbiru, sosu rybnego, limonki i mleczka kokosowego oczywiście. Myślę, że jest godna polecenia. :-) 

















Składniki na 4-6 porcji:
1 l wywaru z kurczaka
275 ml mleczka kokosowego
4 łodyżki trawy cytrynowej, rozgniecione (dałam 3 łyżki zmielonej trawy ze słoiczka)
pieprz czarny, sól
300g mięsa z kurczaka pokrojonego w paseczki
1 łyżka startego imbiru lub pokrojonego w drobną kosteczkę
120 g pieczarek pokrojonych w plasterki
4 łyżki soku z limonki
3 łyżki sosu rybnego
2 ząbki czosnku
mała, drobno pokrojona cebulka
łyżka oliwy z oliwek
odrobina szafranu (to mój nałóg ostatnio - można spokojnie pominąć :-))
szczypta mielonego chili
pokrojony szczypiorek do przybrania

Wykonanie:
Na łyżce oliwy krótko podsmażyć kurczaka, pieczarki, cebule, czosnek. Zalać rosołkiem. Włożyć trawę cytrynową, imbir, pieprz i chilli. Doprowadzić do wrzenia i gotować na wolnym ogniu 15 minut. Podczas gotowania dodać sok z limonki i sos rybny. Wlać mleczko kokosowe. Pogotować parę minut. Przyprawić pieprzem, solą. Podawać posypaną szczypiorkiem.

Pychota!



Niestety Koci Inspektor stanowczo odmówił wykonania zadania i oświadczył, że prędzej będzie jadł drewno, niż choćby skosztuje tego czegoś, co tak okropnie pachnie!


wtorek, 20 marca 2012

We Wrocławiu mieszka...

Może nie tylko wrocławianki zainteresuje ten post.
Życie jest pełne niespodzianek. Jeśli ma się otwarte oczy, wszędzie można znaleźć od niego prezenty. Nawet w szpitalu. 

We Wrocławiu przy ul. Grabiszyńskiej jest Dolnośląskie Centrum Chorób Płuc. Mieści się ono w starym, ponurym gmaszysku, którego sam widok może przygnębić (choć ja wypatrzyłam tam wiele architektonicznych uroczych detali). Tam na czwartym piętrze, na korytarzu, trafiłam na zdjęcia wiszące na ścianach. Zdjęcia ptaków. Ale jakie zdjęcia! Zachwycające! Każde z nich doskonałe. Moja ciekawość wzrosła, kiedy zobaczyłam, że ich autorem jest 15-letni uczeń gimnazjum, Mateusz Piesiak, mieszkaniec Wrocławia. Ten chłopak to żywy przykład, jak rozwijana i pielęgnowana pasja przynosi wspaniałe owoce. Jestem dla niego pełna podziwu. Jego zdjęcia świadczą o profesjonalnej wiedzy i warsztacie fotograficznym, pasji, z jaką się rozwija, ale także o umiłowaniu przyrody. Zresztą, On sam o tym mówi na swojej stronie:

„Mój sposób na fotografowanie:

Ptaki fotografuję o każdej porze dnia, nocy i roku. Aby zrobić ciekawe zdjęcie, wstaję jeszcze przed wschodem słońca, zasiadam we wcześniej zbudowanych kryjówkach – czatowniach i czekam na skrzydlate modele. Czasami nie da się zbudować czatowni w danym miejscu lub jest na to za mało czasu. Wtedy wybieram kolejną metodę zbliżenia się do ptaków – podchód. Ubieram się w specjalny strój maskujący, który sprawia, że prawie mnie nie widać, i powoli podczołguję się. Co jakiś czas zatrzymuję się, by ptak przyzwyczaił się do nowego „obiektu” na jego terytorium. Zwykle, gdy fotografuję jakiegoś ptaka, robię więcej niż jedno zdjęcie. Przez to mam większą szansę, że chociaż jedna klatka z kilku będzie udana (nieporuszona, ostra, dobrze skomponowana).

Fotografowanie pozwala mi odetchnąć od zgiełku miasta, oderwać się od codzienności. A kontakt z przyrodą dostarcza mi wielu niezapomnianych wrażeń!”


Mateusz swoją największą fotograficzną nagrodę zdobył w październiku 2011 roku. W międzynarodowym konkursie Wildlife Photographer of the Year 2011 Jego zdjęcie ostrygojadów brunatnych sfotografowanych w Nowym Jorku w USA zatytułowane „Pester Power” zajęło 1. miejsce w kategorii wiekowej 11-14 lat. Dodatkowo otrzymał tytuł Young Wildlife Photographer of the Year 2011 - też za to zdjęcie.


Jeśli ktoś chce zobaczyć pozostałe zdjęcia Mateusza, to może to zrobić na Jego stronie.
Naprawdę warto. Sympatyczny wywiad z Mateuszem jest np. TU


W szpitalu jako lekarz pracuje jego Tato, dowiedziałam się o tym od jednej z pacjentek (co ciekawe, personel zapytany na korytarzu nic o tym nie wiedział) i myślę, że stąd wzięły się tam te zdjęcia. 

Tato jest z pewnością dumny z syna. I słusznie! Szkoda, że nie wiszą one w całym budynku. Myślę, że niejedna osoba szybciej wróciłaby do zdrowia, gdyby mogła nimi sycić oczy.
A za oknem wiosna. :-))

Dzień dobry, magnolio, dzień dobry, tulipanie, dzień dobry, bzie, 
dzień dobry, wierzbo, dzień dobry, pszczółko!
Witajcie krokusy! 
Miłego nowego życia. ;-)


poniedziałek, 19 marca 2012

A jednak Dziadek!

Dzień dobry. :-)
 Czy muszę coś dodawać do tych zdjęć? 
Czy one nie mówią same za siebie? 

 A jednak, ponieważ radości nigdy za wiele, to oprócz zdjęć jeszcze jedna niespodzianka!
 Ostatni mail do Kamili:


Witam serdecznie! Wszystko jest w porządku. :) Z każdym dniem jest coraz lepiej, przychodzi do mnie, mruczy, łasi się o nogi. wczoraj moja mama siedziała ze mną w pokoju i do niej też wyszedł, mruczał i dał się pogłaskać:)  Siedzi na drapaku i na parapecie, na kocyku, obserwując, co dzieje się na dworze. :) Wprowadzam zapach Zorki. Wczoraj wprowadziłam ją na rękach do pokoju, koty popatrzyły na siebie, Zorka trochę posyczała, ale Dziadek nie. :) Powoli będę je oswajać ze sobą, mam nadzieję, że będzie w porządku. :) Dzisiaj porobię Dziadkowi trochę zdjęć i wyślę Pani. :)

Czytałam Pani bloga i widziałam, że Cruella wróciła na działki i wierzę, że bardzo to Pani przeżyła. :( Właśnie Dziadek przyszedł i patrzy, jak stukam w klawiaturę, właśnie mówię mu, że piszę do jego drugiej Pani. :) Mruczy. :) Piszę o nim Dziadek, ponieważ stwierdziłam, że zostanie Dziadkiem, pasuje do niego to imię. ;) Poza tym to chyba jego pierwsze nadane mu imię, więc niech tak zostanie, jeśli nie ma Pani nic przeciwko. Pozdrawiam serdecznie, odezwę się niedługo. :)

Kamila
 Podoba Wam się?
Czyż nie jest przecudnej urody?
Chcielibyście mieć w domu takiego Dziadka, Dziadziusia, Dziadeczka czy Dziada 
(gdy będzie niegrzeczny)? :-)))

A to moje ulubione zdjęcie:


Wszystkie zdjęcia są autorstwa Kamili.

TU jest historia Dziadka i TU i TU 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...