Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gajowiaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gajowiaki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 października 2014

Luizjana

Witaj, ludu sobotnio odpoczywający!

Rozłożyłam się. Zapadłam w śpiączkę. Biję rekordy w liczbie godzin snu na dobę. W stanie niesnu wytrzymuję góra godzinkę i znów śpię... Przespałam noc od 20:30 do siódmej rano, a potem znów rano od ósmej do dwunastej w południe! Co za dziwaczna choroba. Czy są na sali inni chorzy? 
Mam coś, co poprawi im humor, tak jak i mnie poprawiło. Od razu poczułam się lepiej! 

Wieści od Gai, która ma już swoje nowe imię w nowym życiu.

Mała retrospekcja. Gaja urodziła się na osiedlu Gaj we Wrocławiu jako bezdomna kotka. Kiedy za sprawą dobrych dusz, którym leży na sercu los podwórkowych kotów, trafiła Za Moje Drzwi, już była zapchlona i zarobaczona. Miała początek kociego kataru. Za parę miesięcy wydałaby na świat kolejne piwniczne bidy. Zdjęcia na osiedlu robiłam 9 sierpnia, było cieplutko, zielono. Teraz idzie zima i kotom tam mieszkającym będzie dużo ciężej. Czy można wątpić, że los kici zmienił się na lepszy? Na pewno nie po przeczytaniu mejla od Marysi.  

Krótka retrospekcja. Gaja z mamą na Gaju:





 A teraz już dzisiejsze wieści od Marysi, której wysłałam powyższe zdjęcia i tak mi odpisała:

Jedna piękniejsza od drugiej. Pokazałam jej. :)

Kicia otrzymała imię Luizjana - na cześć kota z jednego z najpiękniejszych moim zdaniem filmów, "Kochankowie z Pont Neuf" 

(http://www.filmweb.pl/film/Kochankowie+na+mo%C5%9Bcie-1991-7253) . 

Ale i tak "w praniu" wychodzi sto zdrobnień. :)
Oswajanie idzie bardzo dobrze, są ogromne postępy w kwestii kontaktu  z człowiekiem, przyrzekam, że ona jest największym pieszczochem, jakiego widział świat! 
Mruczy, wije się z rozkoszy i wtula we wszystko, w co się da (najchętniej w moją twarz). 
Ale wciąż jest dość płochliwa i niestety dopóki nie wezmę jej sama na kolana i nie przypomnę o tym,  jak bardzo lubi być drapana za uszkiem, to sama  z szafy nie wyjdzie. 
Bo w szafie sobie zrobiła kryjówkę, na najniższej półce z piżamami. 
I niechętnie opuszcza to miejsce, chyba że jest w mieszkaniu absolutna cisza, tj. mnie nie ma albo śpię. 
Bo po nocy, a także po powrocie z piątkowych zajęć, zastaję zawsze miski wylizane do czysta i piękne kupy w kuwecie. :) 
Jednym słowem praca wre tutaj, nad zaufaniem i zapewnieniem o bezpieczeństwie. 
Ale wszystko jest na dobrej drodze.

Obie pozdrawiamy serdecznie Panią i Męża! :)

Marysia i Luizjana. :)
Jest w tej historii coś chwytającego za serce. Przysięgam, że u mnie, mimo moich licznych starań, Luizka tak się nie zachowywała. Owszem, kładła mi główkę na dłoni i mruczała, ale to wszystko! 
One obie, i Marysia, i Luizjana, od pierwszej chwili poczuły do siebie wzajemną sympatię - patrzyłam na to z niedowierzaniem, jak szybko mała zaczęła się tulić, a to, co dzieje się między nimi teraz, w pierwszym i drugim dniu razem, to znak, że dziewczyny odnalazły się w wielkim świecie, bo były sobie przeznaczone.

Marysia pochodzi ze zwierzolubnej rodziny, jej rodzice mają i kochają zwierzęta, a kilka lat temu spotkała ich przygoda taka jak Hanę i Wałka (klik). Przybłąkała się do nich porzucona psina i teraz jest najwspanialszym przyjacielem domu. Nawet podobna do naszego blogowego ulubieńca. :)


Marysiu, jestem szczęśliwa, dziękuję Ci bardzo za te rewelacyjne wiadomości i to niesamowite, urocze zdjęcie! Proszę o jeszcze. :) Imię wymyśliłaś świetne!

To idę spać, bo czuję, że ta radość pozbawiła mnie sił. :) Dobranoc!

PODPIS

PS. Najnowsze wieści sprzed chwili dosłownie: malutka Lui zaczęła bawić się wędką, to przełom! Kiedy kotek zaczyna szaleć w zabawie, oswajanie idzie już lawinowo. Hura! :)

PS 2. Nowe zdjęcia.




czwartek, 23 października 2014

Dymne dziewczyny czują do siebie miętę :)

Heloł!

Wczoraj miałam kiepski dzień. Nagły smutek spadł na mnie jak jastrząb, chwycił i szarpał mi trzewia. To był dzień mazgajstwa i zwątpienia we wszystko. Przesadnego czarnowidztwa. Nawet perspektywa nadchodzącej klasówki nie poprawiała mi humoru, hrehrehre. :)

A przecież przedwczoraj swojego człowieka znalazła Gaja! Jest to jedna z tych adopcji, gdy moje przeczucie mówi mi, że jest i będzie dobrze! Nowa pani Gajuśki jest mądra i odpowiedzialna, ale wyjątkowo zafascynowało mnie, jak niezwykle dziewczyny do siebie pasują! Coś nieprawdopodobnego! Marysia przyszła ubrana w kolorystyce futerka koteczki. Nawet paznokcie miała w cudnym odcieniu dymnej szarości, jakby wziętym wprost z pyszczka jej przyszłej kocóreczki. Malutka z ufnością położyła się jej na kolanach i zaczęła mruczeć! Dziewczyny zakochały się w sobie od pierwszej chwili!

Niezwykła!
Zdjęcia kiepskie, ale to dlatego, że poprzedni lokator kociarni - Cynamon - wyrwał ze ściany kinkiet i teraz oświetlam pokój jakimiś małymi lampkami (a kinkiet czeka na naprawę). :)







Zdjęcia komórką i w złym świetle, ale możemy liczyć na lepsze. Marysia jest wspaniałą fotografką, pasjonuje się kuchnią i prowadzi imponujący blog kulinarny!


Marysiu, czekamy na zdjęcia i wiadomości o Dymnej Gai. Jestem ciekawa, na jakie imię zapracuje sobie u Ciebie. :)



A to ten ancymon Cynamon, co wyrwał kinkiet ze ściany.

W swoim domku pozostał Cynamonem, sprawuje się doskonale, został powtórnie zaszczepiony, pięknie je, bawi się i wszystko układa się dobrze.  I niech tak zostanie!



A u mnie jest nowa lokatorka. Wpadła tylko na chwilę. Po zabiegu wróci na swój teren. Doczekać się tego obie nie możemy.


A tego jastrzębia udało mi się chwycić za ogon i z okrzykiem "pierzchaj, dziadu!!" wysłać w kosmos, gdzie jego miejsce. Jak wróci dzisiaj, to mu te piórka wyrwę z doopska!

HOWGH!

PODPIS

Powiedzenie "pierzchaj, dziadu!" jest autorstwa Opakowanej i ja wnioskuję, aby ona od dziś robiła komiksy, bo na pewno byłaby w tym genialna!


wtorek, 12 sierpnia 2014

Gajowiaki

Osiedle Gaj we Wrocławiu. Olbrzymie blokowisko. Mnóstwo betonu, wiele pięter, niespodziewanie dużo zieleni, samochody, zakamarki, przejścia, parkingi, uliczki osiedlowe, piwnice. Niespodziewanie czyste i zadbane piwnice, choć z wyłożoną trutką na szczury. :(










Wśród tego wszystkiego koty.



Ta kiciulka jest u mnie na dochodzeniu do siebie po sterylce.
Mama z dzieckiem - przepięknym!

W każdym takim okienku sterta suchej karmy. Takiej najgorszej jakości. 

Wszystkie koty są chude, choć karma przewala się stosami...
W niemal każdym miejscu wejście dla kotów. 








Do odłowienie jest to rude cudo - już jest na niego ktoś chętny. 



A to mama, która jest też wybitnej urody. 

Siostrzyczka rudzielca i córcia tej zjawiskowej kotki. Będzie szukała domu.

Kasi niemal udało się już złapać córeczkę, ale w ostatniej chwili czmychnęła...



Rudzielec jeszcze w tym momencie, gdy robiłam to zdjęcie, nie wiedział,
że następnego dnia zostanie uziemiony, a jeszcze następnego pozbawiony klejnotów...
Na szczęście dla niego, bo przy okazji antybiotyk działający 14 dni
wyleczy, niejako przy okazji, stan zapalny w jego oczach i uszach.
Czy to miejsce jest bezpieczne dla kota? Hm...
Wśród karmicielek na osiedlu jest pani Ela, mądra, energiczna kobieta, świetna organizatorka. Osoba empatyczna i myśląca. Chcąca pomóc i powstrzymać niekontrolowane rozmnażanie się tamtejszych kotów. Znów za sprawą bloga i za sprawą mojej czytelniczki Marii K. trafiłyśmy na siebie, i znów ekipa: Najlepsza Na Świecie Łapaczka Kotów i ja zdecydowałyśmy się trochę, w miarę naszych możliwości, pomóc. Pani Ela załatwiła wiele spraw: karnety na sterylkę na koszt miasta, miejsce do przetrzymania kotek po zabiegu, i nawet dom dla rudzielca.

Koty na Gaju nie mają źle. Mają gdzie się schronić, mają co jeść. Za wyjątkiem kociaków wszystkie wrócą na swój teren. 

Na osiedlu jest kilka kocic posiadających aktualnie dzieci, kilka chwilowo bezdzietnych oraz kilka kocurków. Tym sposobem w niedzielę rano odbyła się pierwsza łapanka z celem kociakowym, ale zakończona (jak to bywa w tym fachu) złapaniem aktualnie bezdzietnej, cudnej trójkolorowej kotki i rudego, wielkiego zezowatego kocura. Oba te koty trafiły za moje drzwi, gdzie poczekały do zabiegu, który odbył się wczoraj. 
Okazało się podczas niego, że ta piękna kotka była już w ciąży... Jeszcze miesiąc, a urodziłyby się trzy kocięta. To przykre ogromnie, jednak można powiedzieć, że dobrze się stało. To, co się dzieje w tym roku wśród bezdomnych kotów, jest przerażające. Kocie organizacje nie nadążają, domy tymczasowe pękają w szwach, a ogrom kociego nieszczęścia jest coraz większy. Nie pomaga edukacja, nie pomagają bezpłatne akcje. Mimo tego wszystkiego kolejne pokolenia kocich bied przychodzą na świat, nie radzą sobie, chorują, tracą matki w wypadkach, same mają wypadki.  Wciąż czytam o jakimś połamanym kocie co wypadł z okna. Jest upał, ludzie otwierają okna, a koty skaczą...

Dodatkowo w adopcjach panuje zastój... Oczywiście, że ja nie powinnam narzekać, bo udało mi się ostatnio wyadoptować 8 kociąt (cóż to jest - kropeleczka w morzu potrzeb!), ale po ruchu w ogłoszeniach widzę, jaka jest tragedia. Przez całą niedzielę i poniedziałek ogłoszenie o Witusiu i Milusiu wyświetliło odpowiednio 15 i 5 osób! Kiedyś te liczby szły w dziesiątki, a może nawet i setki...

Akcja GAJ jest rozpoczęta, szybko nie pójdzie, bo jest nas dwie: ja i Kasia, ale przy pomocy pani Eli, pani Niny, ogarniemy sprawy na osiedlu. Przynajmniej spróbujemy. Przynajmniej część spraw. Szykujcie się na opowieści z placu boju! 


Miłego dnia. :)

PS. Wituś i Miluś polecają się do adopcji. To czarno-białe, a więc najbardziej proludzkie kociaki. Takie właśnie są, bezproblemowe. Miłe, kochane, mruczące, zabawowe, zdrowe. Komu, komu, bo chcą do domu! Ech...

PS 2. Dziś jest ciężki dzień dla kochanej Stefci. Bieduleńka. :(

PS 3. Jak mi się w końcu uda, to wieczorem pokażę jeszcze, co było w kopercie od Igora. :)

PODPIS





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...