Tak właśnie nazywam nasze belgijskie odkrycie, miasteczko, gdzie spędziłam dzień moich urodzin. MójCiOn wynalazł je w starym przewodniku, który nie wiadomo skąd znalazł się w naszym domu, a ma ze 20 lat. Autor tego przewodnika ma specyficzny, krytyczny styl i potrafi używać dosadnych określeń. Np Charleroi wg niego śmierdzi. I tyle. Tu jednak
nawet on musiał być łaskawszy i przyznał, że to miasteczko to prawdziwe cudo.
Czytając o nim w sieci, trafiłam na określenie, że to połączenie Wenecji z Paryżem. Zaintrygowało mnie to!
Czytając o nim w sieci, trafiłam na określenie, że to połączenie Wenecji z Paryżem. Zaintrygowało mnie to!
To co? Jedziemy? My jesteśmy gotowi do drogi!
Można poobserwować ludzi, bezstresowo odbyć podróż, gapiąc się przez okno. No to kupujemy bilety i w drogę! Dobrze, że MójCiOn jest taki zaradny, że mogę sobie stać i pstrykać zdjęcia i nie przejmuję się, czy trafimy, czy kupimy dobry bilet, czy wszystko się uda. Z nim nie zginę. :) Z tego właśnie powodu często bywam nazywana "arabska żoną". :)

Cel już w końcu mogę Wam zdradzić: Brugia.
To doskonale zachowane średniowieczne miasteczko. Co ciekawe, historyczne centrum Brugii znajduje się od 2000 roku na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Prawdziwa perełka. Miasto jak z bajki. Cudne, czyściutkie, z ceglanymi lub kamiennymi murami i ulicznym brukiem, który opowiada historię.
Już zaraz po wyjściu z dworca otwierają się przed nami klimatyczne widoki, zaułki, zakątki, uliczki, budyneczki, kamieniczki, wieżyczki, restauracje


A jak kawiarenki, to wiadomo co? Wiadomo! Lody. :) I kawa. Z pianką.

Porównanie do Wenecji jest trafne, choć oczywiście to nie ta skala. Miasto przecinają kanały, nad którymi wznoszą się urokliwe mosty i mostki. Mieliśmy w planie zrobić sobie wycieczkę łódką, jednak widok ludzi upakowanych jak śledzie w beczce zniechęcił nas do tego zamiaru skutecznie.
Z brzegu też dobrze widać, że trafiliśmy wprost do bajki.
Miałam ochotę zrobić zdjęcie każdemu napotkanemu domowi!
Każdej okiennicy, klamce, szybce, każdym drzwiom, numerom domów, kołatkom...
Sami zobaczcie, jakie klimaty.
Zabytki są w mniejszej skali i ilości niż w Paryżu, więc to porównanie jakoś mnie nie przekonuje. Dla mnie jednak to super, bo po pierwsze, nie lubię Paryża, w którym zawsze pada (gdy w nim jestem), a po drugie, wolę takie zaciszniejsze, mniej ludne miejsca.

W rynku, który nasz przewodnik określił jako nieciekawy (co jest paranoją, zważywszy na ilość przepięknych kamienic, stary ratusz, wieżę z XVIII wieku), panuje niesamowity tłok, ale wystarczy dosłownie zboczyć na chwilę z tras turystycznych, aby rozkoszować się widokami bardziej kameralnie. Wenecja jak nic!
Oczywiście, jak to w Belgii, muszą być sklepiki z czekoladą. Och, niejednego cukierka lizałam przez szybę!
Musiałam jednak zostawić sobie miejsce na inne pyszności, bo kawiarnie i restauracje kusiły co chwilę, a ja miałam w tym dniu wewnętrzne przyzwolenie na dopieszczanie się kulinarnie do woli!
Jak oprzeć się posiłkowi w tak ślicznym miejscu? A jednak udało nam się i poszliśmy dalej. Czy ta uliczka nie jest urocza?

Takich widoków jak ten parkowy, to nie ma nawet Wenecja!

Niemalże puste ulice, z dala od tłoczących się turystów to dla mnie najpiękniejsza część tej wycieczki. Z namaszczeniem i wdzięcznością dotykałam tych starych cegieł.

Jak tam? Zgłodnieliście? Ja już nóg nie czuję i marzę o drobnej przekąseczce. Łatwo jednak powiedzieć, trudniej zrealizować, więc jak przyszło co do czego, to drobna przekąseczka zamieniła się w dwa dania: zupę rybną dla każdego, carpaccio z wołowiny dla mnie i sałatkę z grillowanym kurczakiem dla MójCiOnego. Carpaccio było świetne!

I kolejne piękne miejsca do obejrzenia (to ten niby nieciekawy rynek). Tu też mają autobusy turystyczne.

Ja już padłam, dosłownie ostatkiem sił dowlokłam się do tej ławki i mam w nosie, co o mnie ktoś pomyśli. Muszę odpocząć!

W drodze na dworzec trafiliśmy na kolejne warte uwiecznienia miejsca, mimo że już miałam nie robić zdjęć. Cudowna kwiaciarnia i uroczy zakątek, chyba kościelny. Można by tam zwiedzać jeszcze przez wiele dni i wciąż odkrywać coś nowego.
Żeby nie było nudno, nie może zabraknąć wystawy sklepowej i zakupów w wyobraźni. Który strój oddaje Waszą osobowość? To pytanie oczywiście do pań, ale jeśli jakiś pan chce się wypowiedzieć, to niech nam zdradzi, który strój najbardziej mu się podoba. Ja bym chciała być jak ta po lewej, ale serce mi się wyrywa do tej pośrodku, Wciąż te księżniczkowe klimaty, ech! Jednak zostanę dzidzią-pienik.... Taka karma!
Po przyjeździe do Brukseli jeszcze raz lody! Lody dla wszystkich! A co! Częstujcie się. :)
Zamówiliśmy taką porcję, że po raz pierwszy w życiu nie dałam im rady. Zostawiłam pół porcji lodów, a z tej czekolady na gorąco byłam w stanie upić tylko łyk! O rety, rety! Toż to najlepszy znak, że się starzeję! Nie zjadłam lodów! Szok!

Aż się boję spytać, czy się Wam w Brugii podobało? Chyba wzorem Klarki zacznę przyznawać nagrody za przeczytanie moich postów do końca. Jeśli jednak komuś mało zdjęć, to wujek Google ma ich dużo TU. Warto rzucić na nie okiem i warto poczytać o samym mieście, ja nie miałam już odwagi zamieszczać tu informacji o zabytkach.
Jeszcze jedna ciekawostka. W Brugii dzieje się akcja tego filmu KLIK. Film jest świetny, rewelacyjnie zagrany, z doskonałymi dialogami. Dawno nie widziałam tak dobrego filmu, a poza tym ponieważ wczoraj go obejrzałam, mogłam sobie popatrzeć na miejsca, w których dopiero co byłam.
Gdybym miała wymarzyć sobie mój urodzinowy dzień, to byłby właśnie taki, jak był, spędzony w pięknym miejscu, o istnieniu którego nie miałam wcześniej pojęcia, z ukochanym człowiekiem, spokojnie, miło, ciekawie, smacznie. Taki prezent od życia i świata.







