wtorek, 20 maja 2014

Nietutejsza gejsza na tutejszym rowerze :)

Dziś kolejny odcinek podróżniczego... serialu. Sobotni wpis dotyczył wycieczki do Nikko oraz ostatnich godzin w Tokio, a rozstaliśmy się z wędrowcami tuż po ich dotarciu do tymczasowego lokum w Kioto. Mamy lekkie opóźnienie z powodu utrudnionego dostępu do bezpłatnego internetu, przez co Gosia rzadziej wysyła do mnie sprawozdania. Dodatkowo w niedzielę zbuntowała się moja poczta i przez kilka godzin więziła wiadomości, aż Gosia zaniepokojona moimi "ponaglającymi" mejlami pytała już nawet za pośrednictwem Instagramu, o co mi, kurna, chodzi! :) Listy i zdjęcia w końcu dotarły i wreszcie mogę rzucić coś na żer tym, którzy z zaciekawieniem śledzą naszych w Nipponie. Ciekawe, ilu jest takich. :) Nie ma zbyt wielu komentarzy, ale to zrozumiałe - dla niezainteresowanych barierę może stanowić już obszerność tych relacji, a przecież i tematyka nie każdemu odpowiada. W moim przypadku zażarło.  A w życiu bym się nie spodziewała! :)
***

15.05.2014 Kioto

Przybyliś do drugiego na naszej drodze przystanku. To dawna stolica Japonii – Kioto, która w ostatniej chwili ocalała od bomby atomowej w czasie drugiej wojny światowej i dlatego mogliś ją oglądać. :) Kioto jest osłonięte z trzech stron przez zalesione urocze góry (Higashiyama, Kitayama i Nishiyama, o wysokości dochodzącej do 1000 m n.p.m). Miasto założono w widłach utworzonych przez rzeki: Kamo i Katsura. Ze względu na wznoszące się wokół miasta góry, Kioto słynie z parnych letnich nocy z całkowicie nieruchomym powietrzem. Na stokach wzgórz oraz u ich podnóży położonych jest wiele rezydencji i świątyń. Jest to miasto tysiąca świątyń - i to prawda! 
Tyle wiadomości z encyklopedii, a teraz po ludzku, czyli po mojemu.

Jakie jest Kioto? Na pewno inne niż Tokio. Bardziej prowincjonalne, mniej zdyscyplinowane, mniej garniturowe, bardziej zwyczajne. Na pierwszy rzut oka podczas godzinnej trasy autobusem z dworca kolejowego do naszego mieszkanka - brzydkie. Ohydne bloki, nieciekawe domy, każdy inny, każdy betonowy, bury i szary, wszechobecny brak zieleni, plątanina kabli elektrycznych – naprawdę nieciekawie. A jednak po trzech dniach tutaj stwierdzam, że Kioto da się lubić, a i uroczych zakątków mu absolutnie nie brakuje. Nie można opierać się na pierwszym wrażeniu. Mamy np. świetne trasy rowerowe wzdłuż rzek Kamo i Katsura.

Trasa rowerowa przy rzece Kamo.

Jadąc sobie na rowerach (są one dodatkiem do wynajmu naszej klitki-mieszkanka), możemy podziwiać czaple, żurawie, kaczki i inne nieznane mi ptactwo. Widać też sporo drapieżnych ptaków - być może myszołowów. Licznie obsiadają one niektóre budynki, lampy uliczne i krążą w okolicach mostów, głośno nawołując.


Nie wiem, jak w takiej sytuacji ptactwo może odchować swoje dzieci, ale widziałam kilka kaczych rodzin.

Trasą tą można dojechać do centrum miasta, a tam toczy się życie światowe, a zwłaszcza studenckie. Ludzie siedzą na brzegu, grają grajkowie, miesza się międzynarodowy tłum ludzi, widać dużo Japończyków w narodowych strojach, nie tylko kobiet. Tam też jest słynna dzielnica gejsz Gion z mnóstwem restauracyjek, sklepików, miejsc schadzek, a także teatrem. Dziś (16.05.2013) mieliśmy okazję podziwiać jeden z kobiecych spektakli. Mimo niezrozumienia ani jednego słowa, śpiewna melodia głosów aktorek naśladujących głos dziecka, wystudiowane ruchy i piękne stroje warte były obejrzenia.






Mamy też w okolicy świątynię z pięknym ogrodem - miejsce pielgrzymek i spacerów nie tylko turystów. Świątynia jest poświęcona bogini grzmotów. Z braku innego miejsca przybiliśmy pamiątkową pieczęć świątyni na… moim przedramieniu. Jak nic oznacza to, że teraz będę mogła czasem grzmotnąć MCO, i to w majestacie boskiego prawa, he, he.

Wczoraj do tej właśnie świątyni szedł ulicami doroczny marsz poświęcony kwiatom malwy. Niestety padał deszcz, co nie przeszkodziło nam odetchnąć jego egzotycznym (marszu, nie deszczu, choć deszcz też był egzotyczny, taki jakiś cienki…) klimatem. Trochę zdjęć jest na Instagramie, gdzie nieustannie zapraszam.

Festiwal Malwy.





Tłumy gapiów towarzyszące pochodowi.
Konie i ludzie - zgodnym krokiem.


Tradycyjne obuwie chyba średnio sprawdzało się w deszczu.

Stópki. :)

Czy wiedzieliście o tym, że w Kioto jest niesamowity dworzec kolejowy (http://pl.wikipedia.org/)? Osobiście wolę stare dworce, takie jak ten we Wrocławiu, ale ultranowoczesny i pomysłowy budynek dworca w Kioto zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Otarłam się o wielki świat! Budynek recepcyjny dworca należy do najwybitniejszych dzieł współczesnej architektury kolejowej na świecie (może to zainteresuje Lidię). Liczba odprawianych tam na godzinę pociągów, łącznie z shinkansenami, przyprawia o zawrót głowy, jednak to bryła dworca jest godna podziwiania i zrobienia tam sobie punktu przystankowego na zwiedzanie.

Za Wikipedią: Bogata forma nadana obszernej przestrzeni cyrkulacji pieszej daleko wykracza poza uwarunkowania funkcjonalne - jest przede wszystkim wystudiowaną kompozycją perspektyw, wglądów, panoram, otwarć i indywidualnie projektowanego detalu. Z perspektywą schodów oglądanych z hallu głównego, które znikają w rozświetlonej perspektywie tarasu widokowego, może równać się mało który motyw architektoniczny dworca kolejowego. Koniec cytatu.

Jedną z atrakcji tego obiektu są podświetlane schody, na których zaprogramowano pokaz świetlnych obrazów. Towarzyszy temu miła dla ucha, kojąca muzyczka, i jest elementem rzeczywiście zatrzymującym w biegu. Największa atrakcja jest na samej górze. Są to „podniebne ogrody” z otwartą perspektywą na miasto Kioto.Widok jest śliczny, szczególnie nocą. Widać miasto zamknięte wśród wzgórz. Widać, że jest kameralne, niewielkie.



Tu widać, jak Japończycy grzecznie stoją w kolejkach do autobusów - na linii.

Przez ostatnie dwa dni mam kryzys. Najpierw był psychiczny. Poczułam się ogromnie zmęczona tym całym podróżniczym napięciem, ludźmi wokół, nieznanymi sytuacjami, oczekiwaniami, chęcią zapamiętania wszystkiego, sprostania wyzwaniu. Poczułam, że muszę odpocząć, bo dłużej nie mogę. Wróciliśmy do domu, a ja padłam jak kawka.

Dziś (16.05) z kolei miałam kryzys fizyczny. Bolało mnie całe ciało, kręgosłup, kolana, głowa… Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej, bo przed nami jeszcze mnóstwo wrażeń.

***

17.05.2014

Zanim wysłałam ci, Jolu, poprzednie notatki, kolejny dzień minął. Podążając za spełnianiem marzeń Roberta, trafiliśmy do teatru noh na spektakl składający się tradycyjnie z trzech części. Mogę śmiało napisać, że to było najgorsze, dla mnie wręcz traumatyczne, przeżycie podczas pobytu tutaj. Jestem osobą dość specyficzną, jeśli chodzi o odbiór muzyki. Niektórych dźwięków nie trawię i sprawiają mi one po prostu psychiczny ból. Miałam kiedyś atak paniki na koncercie jazzowym, kiedy to trzech facetów z trąbami (tak ich nazywam) improwizowało i wpadło w swoistą kakofonię dźwięków. Zrobiło mi to takie coś w środku, że wybiegłam roztrzęsiona, depcząc ludziom po nogach i długo nie mogłam uspokoić fizycznego roztrzęsienia.

Taki spektakl teatru noh to rzecz dla twardzieli. Oczywiście wiem, że to tradycja, że wszystko, co się tam dzieje, ma swoje uzasadnienie, wytłumaczenie, ale dla mnie jako laika, na dodatek z innej planety, bo gaijina, to była trauma nad traumami. Teraz sobie ulżę i opiszę, co czułam.

Dla mnie to połączenie szpitala dla obłąkanych z akademią ku czci oraz nabożeństwem w kościele katolickim. Na tle „orkiestry” składającej się z czterech facetów, grających na jakimś rodzaju fletu i bębenkach oraz wydających z siebie opętańcze odgłosy, czasem coś jak wycie wilków, kojotów i innych hien, czasem jęki, czasem pohukiwania, stękania, odbywa się gra aktorów, którzy wystrojeni w wielkie wyprasowane stroje (piękne) i często w maskach na twarzy poruszają się w ślimaczym tempie, nie odrywając stóp od podłoża, w postawie jakby połknęli kij, i kiedy już (po wlokących się godzinach oczekiwania) dotrą do celu, czyli na scenę, zaczynają swoją kwestię, wpół recytują, wpół wyśpiewują, trochę jak ksiądz w kościele. Oczywiście po japońsku, a nawet chyba starojapońsku (widownia ma książeczki z tekstem, który czyta podczas spektaklu). Skojarzenie ze sztywną akademią szkolną, gdzie jeden recytuje, reszta stoi i słucha z ponurymi minami, narzucało mi się samo. Kiedy jakoś wytrwałam akt pierwszy (1,5 godziny), przetrwałam akt drugi (był krótki i inny – komediowy) i zaczął się akt trzeci, który był powtórką z pierwszego (to samo wycie, te same bębny, te same ruchy), coś się ze mną stało. Wiedziałam tylko jedno – muszę się jak najszybciej stamtąd wydostać. Uciec, zanim zginę w tym piekle dźwięków raniących mnie do samego dna duszy i sprawiających, że drżałam na całym ciele. Poczekałam na MCO na korytarzu, ale do samego wieczora nie mogłam już odzyskać spokoju. Te dźwięki wwierciły mi się w głowę, poraniły moje uszy, poszarpały nerwy. Do teraz moja dusza zwija się z bólu na wspomnienie tego wydarzenia – najgorszego podczas pobytu tutaj. Trwało to ponad 4 godziny… Na sali nie było innych obcokrajowców. Jeśli jest piekło, to dla mnie ono ma postać teatru noh.

Jest to moje osobiste wrażenie, indywidualny, specyficzny odbiór. Robert był zachwycony. Wiem, wiem, jestem ignorantką. Hm. :)

***

18.05.2014

Znów kolejny dzień za nami. Dzień przepiękny! Ach i och - po stokroć. Mieliśmy w planie zobaczyć słynną na cały świat Złotą Pagodę, ale ilość spoconych turystów dowożonych tam rzekami autobusów sprawiła, że zmieniliśmy plany. I na szczęście! Podążyliśmy na naszych dzielnych dwukołowych rumakach śladem malutkich świątyń, jadąc tuż przy paśmie górskim otaczającym Kioto.

Tu akurat tłumy podążające śladem pochodu, ale mniejsze niż przy Złotej Pagodzie. Uff!

Wycieczka ta sprawiła, że już całkiem zmieniłam zdanie o tym mieście! Tu są bajeczne zakątki. Niektórzy mieszkają w otoczeniu zieleni, w cichych i spokojnych rejonach. Widzieliśmy niemal każdą formę zabudowy wraz z… szeregówkami, o których pisałam, że ich nie ma! Widzieliśmy piękne wypasione domy i domki o szerokości 3 metrów, byliśmy świadkami, jak dzieci bawią się na placu zabaw i na kameralnych uliczkach. Widzieliśmy nawet przydomowe ogródki z uprawami warzyw! Im dalej od centrum, tym też bardziej mili ludzie. Tu niemal każdy pozdrawiał nas uśmiechem i powitaniem konnichiwa. Trafiliśmy do przyświątynnego, kameralnego, starannie wypielęgnowanego ogrodu, gdzie spędziliśmy kilka godzin, spacerując po wysypanych żwirem ścieżkach, leżąc na ławkach i gapiąc się w niebo. Przyśpiewywał nam jakiś cudny ptaszek zawodzący długimi śpiewnymi gwizdami. Aż serce topniało!



Na terenie świątyni Kamigamo.


Wcześniej zjedliśmy tradycyjną japońską zupę z sobą (cienkim, ciemnym makaronem)
w domowo wyglądającej, lokalnej restauracji. Superprzygoda!


Jak już wspomniałam, dzisiejszy dzień to ach i och, i jeszcze raz ach! Tak to ja mogę zwiedzać! Niech żyją rowery, które dają nam wolność! :)

To już naprawdę tyle! Wielkie pozdrowienia dla wszystkich. Został nam jutro ostatni dzień w Kioto, które zapisze się bardzo miło w mojej pamięci. Potem czeka na nas kolejna była stolica, jeszcze mniejsze miasto, czyli Nara, bowiem cała wycieczka zaplanowana jest tak, że zaczęliśmy od największego miasta, a skończymy na wsi. Minął już półmetek mojego pobytu. Jak ten czas leci!


Buziaki. :)
Gosia

***

No to nara. :)
JolkaM

66 komentarzy:

  1. Piękny wpis... Ten teatr to i mnie przeraził, gdy czytałam... brrrrr, dobrze, że kolejne dni przyniosły ulgę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Instagramie można posłuchać krótkiego fragmentu tych odgłosów. Nie zachęciły mnie do zgłębiania tematu. ;)

      Usuń
  2. Zrobiłam mały błąd, bo najpierw obczaiłam instagram, na którym są zdjęcia z Nara (Nary?) i urocze mieszkanko z zabawnymi (dla mnie) krzesełkami! :D I to mam w głowie, a tu powrót do Kioto. ;))

    Jak Japonki chodzą w tych wysokich japonkach?! ;) Te ich stroje, kolory... cudo!
    Muzycznej przygody nie zazdroszczę, ale cieszę się, że kolejny dzień w Kioto wynagrodził Ci tę 'atrakcję'. :)))

    Jolu, ja z ciekawością czytam wszystkie doniesienia i już uzależniłam się od oglądania zdjęć. :D Długie teksty pewnie odstraszają niektórych. Coraz bardziej lubimy krótkie przekazy. Ja sama nie lubię czytać długich tekstów na ekranie komputera, ale są przecież wyjątki! :))))
    Do następnej relacji zatem. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że należy odmieniać. :)

      Tez już pooglądałam mieszkanko - podoba mi się. Ale gdzie ja bym pomieściła moje koty?! ;)

      "Szpilki" po japońsku mnie rozbawiły i nieco zaintrygowały - nie wiem, czy to wygodne z taką wystającą pietą... Hm. To już wybrałabym te ichnie kierpce. :)

      Usuń
    2. Dla mnie też zdecydowanie łapcie :) Łapcie ,białe skarpetki i deszczyk ,wspaniała opcja ;)

      Usuń
  3. Ja też czytam wszystkie relacje. Wyobraziłam sobie ten spektakl i to mogło być przerażające, bo przy okazji oglądania czegoś o Japonii, to słyszałam jakieś zaśpiewy, wyłączając je czym prędzej. Podziwiam Cię, Gosiu, że tyle czasu wytrzymałaś.
    Dworzec robi wrażenie, jak tam sie ludzie nie gubią? Niesamowita budowla, chociaz wolę bardziej kameralne i bardziej klimatyczne dworce. Dlatego to nowe coś w Poznaniu mnie wkur ....za.

    Niesamowite, że tyle osób nosi tradycyjne ubrania, a te buty na koturnie ..... ło matko. Pewnie są inspiracją dla niektórych projektantów, bo niektóre wzory są bardzo podobne do "japonek".
    Czekam zatem na ciąg dalszy, pozdrawiając i Gosię z JCO, i Jolę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odzdrawiam, Lidio. :)

      A widziałaś zdjęcie dla Ciebie na Insta? :)

      Usuń
    2. A nie widziałam, bo wczoraj nie przeglądałam już. Zaraz zobaczę.

      Usuń
  4. Pięknie dziękuję za wpuszczenie mnie do tego egzotycznego kraju.Nie macie pojęcia ile dobrego robicie opisując swoją wyprawę. Ja jako starsza pani lubię czytać właśnie takie dłuższe teksty ,mam po koczek urywanych komunikatów,tytułów mówiących zupełnie co innego niż wynika z dalszej treści itp...
    życzę Wam siły i nieustannego entuzjazmu i apetytu na życie i oczywiście zdrowia. Jeszcze raz dziękuję i oczywiście pani Joli też,która sprawia,że możemy na bieżąco być z Wami. Kłaniam się po japońsku /na ile kręgosłup pozwala :) / - Danuta emerytka z Beskidu Niskiego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Danuto, jeśli nie masz nic przeciwko temu, że zwracam się tak bezpośrednio, co zresztą przyjęte w blogowisku i do czego zachęcam, dziękuję (także w imieniu Gosi) za te miłe i budujące słowa. :)

      Konnichiwa! :)

      Usuń
  5. Niesamowite to wszystko... w takim natłoku wrażeń masz pełne prawo być zmęczona, Gosiu.
    Czytam Wasze relacje ciesząc się, że są długie; jako miłośniczka słowa pisanego wolę takie opisy. Zdjęcia, szczególnie dobre, mówią dużo, ale do mnie słowa PRZEMAWIAJĄ. A propos zdjęć: bardzo podobają mi się te dziewczynki w kimonach, są przeurocze :):):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, wyglądają cudownie. :)

      Bardzo dziękujemy, Ninko, za dobre słowo. My, bo także w imieniu Gosi :)

      Usuń
  6. Muszę to przetrawić. Póki co, przenoszę punkt ciężkości moich podróżniczych ciągot w tamte strony. Dotąd bardziej mnie kręciły klimaty południowoamerykańskie. Oesu. Te stópki, te koturny! Te łapcie i kopytka!
    Japoński teatr to doświadczenie z gatunku ekstremalnych. Nie wyobrażam sobie, podobnie jak Gosia, jak można to wytrzymać? I mnie "kakofoniczny" jazz ćwiartuje mózg na kawałki. Za nic nie dałabym się tam zaciągnąć. Widziałam kiedyś kawałek w tv, co mi całkiem wystarczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łapcie i kopytka mną zawładnęły. :)

      Usuń
    2. Te koturny to coś dla mnie! Sięgałabym z zapasem w głąb kuchennego blatu!

      Usuń
    3. Właśnie! Idealne rozwiązanie. I gustowne. :)

      Usuń
  7. I schody na dworcu! Z moją chorobą lokomocyjną na bank zostawiłabym tam dodatkową ozdobę!

    OdpowiedzUsuń
  8. melduje ze pomimo ze nie komentuje na bierząco czytam :) bo cóż po komentarzach za kazdym razem tych samych "zazdroszcze!" :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Melduję, że czytam pilnie i niecierpliwie oczekuję na kolejne relacje. Jestem usatysfakcjonowana, a nie komentuję zbyt często, bo nie chcę się powtarzać. Podziwiam GosiAnkę, dziękuję JolkoM!

    OdpowiedzUsuń
  10. Zastanawiamy się z Hanią, czy Gosianka będzie jeździć na weekendy do Japonii, w przypadku gdy mąż zachwycony kulturą japońską, a zwłaszcza teatrem, postanowi zamieszkać tam na stałe...
    I.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre! :D

      Uściski dla Ciebie i Hani, I. :)

      Usuń
    2. Dziękujemy i odwzajemniamy.
      Recenzja sztuki w japońskim teatrze tradycyjnym napisana przez Gosiankę (żywa i bardzo poruszająca)powinna być przykładem dla naszych krytyków teatralnych!
      I.

      Usuń
  11. Widziałam kiedyś film o aktorach japońskiego teatru, były tam duże fragmenty przedstawień. Doskonale Cię rozumiem, to jest nie do strawienia. Takie kryzysy bywają, przecież żyjesz non stop na wysokich obrotach. Minie to i będzie dobrze, właściwie to już jest dobrze.
    Czy nie daj Boże, ktoś Cię w tłumie przydepnął i stąd tyle stópek?
    Piszę bezpośrednio, jakby do GosiAnki, chociaż nie wiem czy czyta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Między wierszami odczytuję, że podczytuje, ale zapiera się rękami i nogami przed odzywaniem się, żeby nie zaprzepaścić dalszej części podróży, bo jak już zacznie i wsiąknie znów w blog, to nie przestanie i Japonia przejdzie bokiem. ;)

      Usuń
  12. :))zawsze od deski do deski czytam:)))
    Ja tak odbieram pewien rodzaj malarstwa jak Ty Gosiu odebrałaś dźwięki-muzykę w Teatrze:)
    A tera to se zobaczem czy som nowe zdjęcia:)))
    Dzięki JolkoM,że tak dzielnie dotrzymujesz kroku Zwiedzającym Japonię przekazując nam na bieżąco Ich relacje:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja dziękuję, Orko, za dotrzymywanie towarzystwa podróżującym i przekazującej. :)

      Usuń
  13. Kioto rzeczywiście robi dobre wrażenie:)
    Co do odgłosów z teatru no - jestem w stanie zrozumieć. Ja w podobny sposób reaguję na Szopena - całe ciało mnie od niego boli...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nara robi jeszcze lepsze - tak na pierwszy rzut oka na fotki na Instagramie, które wyprzedzają relacje tekstowe co najmniej o dzień. Zalecam więc tym, którzy chcą być na bieżąco przynajmniej obrazkowo. :)

      Usuń
  14. Czytam i oglądam z zapartym tchem. I bardzo dziękuję za taką możliwość. Pozdrowienia dla Naszych podróżników.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie komcie uskrzydlają.
      Dzięki w imieniu włóczykijów. :)

      Usuń
  15. czytam partiami, cały tekst to dla mnie za dużo na raz. zwłaszcza, że to wszystko nowe, inne.
    a opis teatru....ja czuję po prostu fizyczny ból w całej sobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewo, bo my po tych wsiach polskich, i z kotami, zdziczałe jesteśmy jakieś czy co? ;)

      Usuń
    2. fakt. po prawie trzech latach można zdziczeć.;))

      Usuń
    3. Ja bym nie miała nic przeciwko takiemu zdziczeniu...

      Usuń
  16. Piękne dzięki za kolejna dawkę Japonii, ukłony niskie dla Turystów i Przekazicielki ;D

    OdpowiedzUsuń
  17. Czytam, ale nie mam sily komentowac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, życzę Ci siły i dobrych myśli...

      Usuń
  18. No nie może być tylko och i ach ;))) I tak długo wytrzymałaś Małgoś ! ;)
    Te buciki odjazdowe i te parciane i te klocki :-)))
    Pozdrawiam serdecznie Jolę i GosiAnkę z MCO

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Buty i mnie ujęły. Bardziej te ichnie... kierpce. :)

      Pozdrowienia, Amyszko!

      Usuń
  19. teatr i nagranie na istagramie - nie ... przemówiły pozytynie do mojej wyobraźni.
    za to zaintereowało mnie obuwie - i męskie i damskie (strasznie cięzkie muszą być te koturny na cienitkich wstążeczkach) i przepiękny orszak ludzi w tradycyjnych strojach - przepiękny!
    czekam z niecierpliwością na dalsze opowieści z podróży :)
    i pozdrowiena dla Joli - cudnie, że dzięki Tobie mogę czytać na bieżąco co dzieje się w dlaekiej Japonii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, te koturny może nie są aż tak ciężkie, może są wykonane z lekkich materiałów, ale, kurczę, jak niewygodnie wydaje się ułożona w nich stopa. Dlatego ja wybrałabym raczej te kapciuszki. :)

      Dziękuję, Loono!

      Usuń
  20. Powiem tak, buty to oni kiepskie mają:))) Te koturny!!!! Przecież pół stopy jej gdzieś poza wystawało, pewno maja odciski, te kapcie z łyka w sam raz do Kaczorówki. Coś mi się pokopało w lapciu i ani na Insta nie wchodzę i wszystko wczytuje się godzinami.
    Współczuję Gosiance tych dźwięków, kiedyś też tak miałam, teraz to tylko dostaję takiej wścieklizny, jak Wu ogląda kilka godzin wiadomości, albo, jak jest jakiś program publicystyczny i gadają tak szybko, naraz i dużo. Wtedy mi się coś przekręca i chce mi się wyć!!! Muzyki, jak mi nie pasi nie słucham i koniec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to to, pół stopy w powietrzu - to chyba niezbyt wygodne. Ekhm, ale się uczepiłyśmy tych butów. A przecież one takie idealne byłyby dla Hany, jak wyżej napisała. :)

      Usuń
  21. Cudowna podróż. Zdjęcia Gosianki nastrojowe. Na Instagramie jestem kilka razy dziennie. Teksty Gosiowo-Jolowe idealnie dopełniają całości, dla mnie mogą być jeszcze dłuższe (dobrze się czyta). Co do koszmarnych dźwięków... chyba jesteśmy z podobnej serii. Na mnie duży wpływ mają też kolory.
    Przerywnik wiejsko-zwierzęcy sielski i spokojny. Słodkie są te zwierzaczki Joli.
    Pozdrowienia dla Podróżników i Joli.
    Katarzyna3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy, Katarzyno. Hm, czy ja nie nadużywam liczby mnogiej? ;)
      Pozdrówka!

      Usuń
  22. Z zachwytem czytam przepięknie Gosia opisuje właściwie patrzę przez jej oczy i cieszę się razem z nią. Raz tylko piękny kobiecy głos śpiewał po japońsku i wtedy to mi się podobało ale najczęściej te dźwięki które oni wydają są nie do wytrzymania także dla moich uszu Wymyśliłam teorie że potrzebne są im emocjonalne wstrząsy i dlatego takie głosy z siebie wydają by coś tam w sobie poruszyć. :) Według mnie Japończycy są mało emocjonalni albo inaczej tłumią emocje. Pozdrawiam wszystkich czytaczy i Podróżników serdecznie.:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa teoria. Czy jest na sali socjolog, psycholog czy inny japonista, który by to potwierdził lub zdementował? :)

      Usuń
  23. Buziaki Małgoś i podziękowania dla Joli :)

    świetne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Też czytam z zainteresowaniem, ale czasem nie mam siły słowa napisać, bo dogorywam po całodziennej robocie.
    Lubie, gdy Gosia opisuje swoje emocje. A robi to tak dobrze, że czytajac czuje to, co ona, a czując jestem tam troszke z nią!
    Ciepłe mysli dla Gosi - podrózniczki i dla reporterki Joli!:-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, jak ja Cię rozumiem, choć siłą rzeczy z tą robotą u mnie na pewno trochę inaczej. Po powrocie z pracy jednak, mimo zniechęcenia czasem, lub zmęczenia, a może właśnie dlatego, lecę do ogrodu i gmeram, i gmeram, gmeram... Aż ciemno się zrobi, a i wtedy jeszcze żal, że taki krótki dzień. :) Zmęczenie wychodzi, gdy siadam do kompa. :)
      A gdybyś wiedziała, ile razy w ogrodzie sobie Was wspominam - starczy, że mi w oko wleci choć kawałek kurdybanka, którego u mnie niemało. :)

      Uściski bardzo serdeczne dla Was, dalecy, a bliscy ludzie!

      Usuń
  25. Gosianka gejsza ? Czyżby zanabyła sobie już odpowiedni strój ,czy może nagina się do ichnich obyczajów ;)
    Stanowczo bardziej mi się podobają te mniejsze miasta ,niż moloch Tokio .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, na pewno ma już białe skarpetki... ;)

      Usuń
  26. Jola, powiedz Gosi niech da trochę przestrzeni blogowej dla Roberta, bo jestem ciekaw (pewnie nie tylko ja) co ONY o tym Wszystkim sądzi :)
    Rafał
    PS to czyli Japonki też chodzą w japonkach? Oraz podziwiam te gejsze, a właściwie ich buty! jak w tym można prosto iść!?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kto powiedział, że w tym się prosto idzie! Idzie się tak, jak się uda. ;)

      Ty, Rafał, ale że co? Nie dowierzasz spojrzeniu Gosi, że Onego się domagasz? ;)

      Usuń
  27. Popadłam w zadumę...Japończycy rzeczywiście są inni i emocjonalni inaczej ale właśnie dlatego tam się jedzie i zachwyca ..zachwycam się a czasem i nie ...japonki na koturnie - już widzę jak leżę i kwiczę ze złamaną nogą i nie tylko , mokre skarpetki ..bryyyy...pozdrawiam ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He, he, te koturny to nie na nasze girki, Alicjo, do takich to trza się urodzić Japonką. :)

      Usuń
  28. Czyta się jak najlepszą książkę, a to się dzieje naprawdę!:)
    Pozdrowienia i podziękowania dla Was:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Doro, wygląda na to, że to się naprawdę dzieje. Fajnie tak podglądać tę całkiem inną rzeczywistość, co? :)

      Usuń
  29. Bardzo fajne,szczególnie,że ja na pewno sie tam nie wybieram:))))

    OdpowiedzUsuń

Fajnie, że piszesz! Pisz, komentuj, daj znak, że jesteś!
Dobrej energii nigdy za wiele. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...