poniedziałek, 17 grudnia 2012

Na nartach

Witajcie, Mili Czytacze!


Czy nie mówiłam, że jak wrócę, to będę? Otóż wróciłam i... jestem! :) Co za słowna ze mnie osoba, he he. Jak można było domyślić się z poprzednich postów, byliśmy na nartach. Mam znowu pełno obaw, pisząc o tym, bo zdaję sobie sprawę, jak wiele osób nigdzie nie wyjeżdża. Mam nadzieję, że nie sprawię nikomu przykrości, opisując swój kolejny urlop.
Było tak, że przed tym wyjazdem wzbraniałam się, jak mogłam. Bałam się o swoją... zgagę w kolanie, że się uaktywni i nie da mi jeździć na nartach, aż MójCiOn powziął decyzję za nas oboje i oznajmił mi, że zarezerwował hotel w Selvie, we Włoszech, w tym samym miejscu, gdzie byliśmy jesienią.
- Ale przecież... - zaraz zaczęłam profilaktycznie marudzić.
- Ale hotel jest pod samym wyciągiem - ripostował.
- Ale...
- Stok jest tam łagodny, dasz radę, specjalnie wziąłem ten hotel, bo znamy stoki obok niego.
- Ale...
- W hotelu jest internet, spa, nie będziesz się nudzić...
- Ale...
- Nie ma żadnego ale, jak nie będziesz mogła jeździć, to będziesz chodzić na spacery - zakończył "dyskusję" MójCiOn.

I w ten sposób, po przejechaniu gładko 1000 km w czasie 10 godzin, znaleźliśmy się znowu w tym samym mieście, co jesienią, choć w innym hotelu.

Co ciekawe, na autostradzie w Niemczech spotkaliśmy znajomych z tej samej ulicy! 
Też jechali na narty. 

Hotel przywitał nas świątecznym wyglądem, okolicę spowijała bialutka warstewka śniegu, 
przystrojone nim choinki wyglądały jak z bajki.

W środku też znaleźliśmy świąteczne akcenty oraz

ślady bytności naszych rodaków, które zostawili oni w księdze gości.

Ponieważ jest to najtańszy sezon, a poza tym od ubiegłej soboty odbywa się w Selvie Puchar Świata w zjazdach narciarskich i wiele miejsc jest na tę okoliczność zarezerwowanych, dostaliśmy zniżkę za skrócenie pobytu do piątku. Pokój, jaki ukazał się naszym oczom, był naprawdę śliczny.

Wieczorny widok za oknem uroczy - jak ze świątecznej pocztówki.

Rankiem dnia następnego słońce nieśmiało wyłoniło się zza horyzontu, 

by po chwili zaróżowić całe niebo

i oświetlając szczyty, całkowicie odmienić refleksyjny nastrój poranka 
na energetyczny i optymistyczny.

Pozostało tylko ubrać się w cały narciarski ekwipunek, co, 
jak wie każdy narciarz, jest zadaniem męczącym i upierdliwym,

dotrzeć do wyciągu położonego 50 kroków wyżej, zapakować do wagonika kolejki linowej

siebie oraz swoje narty,

by już za 10 minut znaleźć się na szczycie Dantercepies z możliwością zjazdu w dół kilkoma trasami 
o różnym stopniu trudności.


To, jak one są przygotowane, jest nie do uwierzenia. Ani jednej nierówności, ani jednej muldy.
Trasy płaskie jak stół, równiutkie, pokryte świeżym,
bialutkim śniegiem, częściowo pochodzącym z armatek śnieżnych.

Dodatkowo na stokach pusto! 
Często czuliśmy się jak zaginieni w górach turyści - wkoło ani żywego ducha,
całe stoki dla nas!


Wszystko to niewątpliwe atuty, ale muszę się przyznać, że moje umiejętności jazdy na nartach nie są zbyt imponujące i mój styl można trafnie opisać słowami "ratuj się kto może" i "oby do przodu". Moją jazdą rządzi strach, abym nie wyglądała jak ten człowiek na znaku ostrzegawczym. :)

Pocieszeniem jest perspektywa przekąszenia małego "co nieco" w schronisku na trasie. 
Na zdjęciu najlepsze na świecie tiramisu i kawa latte macchiato.

Po takim przerywniku miło jest wrócić na pustą, szeroką, pięknie przygotowaną trasę narciarską.

Zachwycić się widokiem na niepojętą górską potęgę

i pomknąć w dół, w dolinę, 

zostawiając niebo, chmury, góry i towarzyszące im wieszczki (ptaki, które żyją w tych surowych warunkach, a które jadły z nami z talerza podczas naszych jesiennych wędrówek).

Wieczorem w hotelu mała partyjka bilarda (przekonałam się, po raz kolejny, że uderzanie bil "jak leci" nie zdaje się na wiele, nie chcą wpadać do łuz, wredne!) podczas której dostałam kilkakrotne sromotne baty

i podziwianie zachodu przed kolacją,

podawaną w przytulnej sali.

Na prośbę Ani, która koncertowo, za pierwszym razem, zdała egzamin na prawko 
(gratuluję raz jeszcze!) przygotuję więcej informacji o jedzeniu. :)


Zapalają się światła, senne miasteczko kładzie się do snu, a my wraz z nim.
Bolą nas nogi nienawykłe do takiego wysiłku na co dzień.
Dziękuję mojemu kolanu, że pozwoliło mi dziś jeździć i proszę o więcej. :)

cdn.

PODPIS

PS 1. Kolejna zwierzolubna rodzinka to pod numerem 94: Mięta z http://papillon-motylkowo.blogspot.com i kot Henio, przedstawiciel rasy Maine Coon. Henia jeszcze u nas nie było! :)) Witamy!
PS 2. Jutro znowu post dla kociarzy, a także dla osób, które kibicują moim podopiecznym, a na... cedeen zapraszam w środę.

82 komentarze:

  1. Witaj Kochana
    Mam mętlik że nie wiem już co mnie zachwyciło :)
    Chyba wszystko po trochu a najbardziej chyba właścicielka tego bloga która jak się okazuje , szusuje bez strachu po stoku , chylę czoła , tym bardziej że ja ostatni raz na nartach nie jeżdżę , bo się boję i tyle , taki cykor ze mnie :)
    Miłego i idę pooglądać widoki :)Ilona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę! Znowu ujawnia się terapeutyczna moc bloga, bo myślałam, że ja jestem tchórz, a okazuje się, że wiele osób ze strachu wcale nie jeździ!
      Miłego i dla Ciebie Ilonko :)

      Usuń
    2. Gdzieś mi się wątek zapodział bo chciałam napisać że ostatni raz na nartach jeździłam jak miałam naście a jako dorosła baba to się boję , zaraz myślę o najgorszym , tak więc strach siedzi w głowie :)
      A Ty Aniu tchórzem ? coś podobnego zdjęcia nie kłamią :)

      Usuń
    3. Tak, strach potrafi zepsuć każą przyjemność. Ja jeżdżę tak ostrożnie, że od lat nie zaliczyłam upadku :)

      Usuń
  2. Aniu, jakie pocztowkowe widoki, cudne! :-) ja na nartach niestety nie umiem jeździc i nie wiem czy kiedykolwiek się naucze, bo mam złe wspomnienia... może kiedyś :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszko, warto! Teraz te narty carvingowe są takie, że bardzo ułatwiają jazdę, a i stoki i cała infrastruktura bardzo pomaga w uprawianiu tego sportu. To bardzo przyjemna forma ruchu, polecam!
      :)

      Usuń
  3. Jak pięknie!!! :)!.... Podziwiam... Ja póki co, nawet dla takich widoków, nie dałam się skusić do wyjazdu na narty, a K. jeździ co roku... :). Urlop dobra rzecz :)!.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I Ty też? Niesamowite! Koniecznie daj się skusić mężowi! To świetna sprawa, a z tego co wiem kondycję masz dobrą, więc raz dwa będziesz śmigać z górki:)

      Usuń
  4. Nigdy nie kusiły mnie narty , więc popatrzę tylko ...
    U nas wody za dużo :-)))
    Jeziora i morze te klimaty dobrze znam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tego morza, to Ci trochę zazdroszczę. Nigdy mi go nie dość:)

      Usuń
  5. Ładnie to tak chwalic się zagranicznymi wyjazdami, gdy wiekszośc ludzi ledwo wiąże koniec z koncem ?? No ale szpan na blogu musi byc ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że jesteś jedną z tych osób. Współczuję. Czy pomoże Ci, jak nie będę pisać o moich wyjazdach? Zwiążesz koniec z końcem łatwiej? Może lepiej będziesz sypiać, jak będę udawać, że nigdzie nie byłam?

      Będę kasować podobne komentarze. Musisz sobie poradzić z tym sama. Proponuję nie odwiedzać mojego bloga.

      Usuń
    2. Proponuję Ci Anonimowy Zazdrośniku nie chodzić po ulicach, bo być może Twoje chodzenie obraża tych, którzy jeżdżą na wózkach, ładnie to tak chodzić, gdy inni nie mogą???
      Proponuję także nie jeść i nie pić, ponieważ np. w Sudanie ludzie na masową skalę cierpią z powodu głodu i pragnienia. Ładnie to tak się najadać i napijać, gdy inni umierają z głodu i pragnienia?
      Nie przelewaj swoich frustracji na innych, jeżeli nie podoba Ci się "szpanerska tematyka bloga" - po prostu go nie odwiedzaj i nie czytaj. Proste, prawda?

      Usuń
    3. Anko, dobra odpowiedź. Ja ciągle nie mogę się nadziwić ile w ludziach zazdrości i zawiści. Jak wiele osób ma klapki na oczach i jest krótkowzrocznych! "Ona była na nartach, więc wszystko w jej życiu MUSI być wspaniałe - na każdej płaszczyźnie". Dżizas...
      Chyba nie wszyscy zdają sobie sprawę, że blog to tylko WYCINEK życia, często ten najfajniejszy wycinek, bo i po co epatować nieszczęściem?? Po co narzekać? Co nam to da? Nic. A nie, da - rozgoryczenie.

      Anko, pamiętaj, że Twój blog to przede wszystkim Twoje miejsce. Jakże pozytywne miejsce i pisz o wszystkim co Ci się żywnie podoba, a tego typu bzdury kasuj bez mrugnięcia okiem! :)

      Usuń
    4. O kurczę, więc i tu trafił/a jakiś/aś frustrat/ka. Że też się komuś takiemu podoba bywać w miejscach, których nie akceptuje, które mu się nie podobają. Hm. Po co? Po co sobie robi taką krzywdę biedactwo. Przecież nikt tu nikogo pod pistoletem nie trzyma. ;) Zawsze mnie tylko ciekawi, dlaczego taka osoba nie ujawnia swojej tożsamości. A właściwie to nie ciekawi mnie to. Żartowałam. :)

      JolkaM

      Usuń
    5. Dziewczyny, wystarczy. Nie podejmujcie już tej gry.

      Usuń
  6. Fajnie oderwać się od rzeczywistości i pojechać sobie gdzieś, gdzie oczy poniosą :)) TwójCiOn zrobił naprawdę dobrą robotę, podjął za Was decyzję i już :)
    Podziwiam Twoją determinację związaną ze zjazdami, ja kiedyś próbowałam i sobie odpuściłam. I niestety, niestety - nie rozumiem, jak można pasjonować się zjazdami na nartach ;) Ale może jeszcze nic straconego.
    Co do zazdrości - pewnie, że nie każdy może sobie pozwolić na jakikolwiek wyjazd, ale z drugiej strony, zorganizowanie wyjazdu za granicę na tydzień, to znowu nie wymaga nie wiadomo jakich środków i zabiegów. To już nie te czasy.
    A koteczki w oknie siedziały i czekały na Was??
    Lidka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lidko, to jest niezwykle przyjemny sport! Jak już nabierze się ciut pewności siebie i zaufania do swoich umiejętności, to takie szusowanie jest magiczne! Ja tym bardziej to doceniam, im bardziej dokuczają mi kolana, bo wiem, że może to już ostatni raz... Ten "ostatni raz" brzmi okropnie, ale cóż i na takie stwierdzenia przychodzi czas.
      Na narty jeździ cała masa ludzi, nie jest to już jakiś ekskluzywny sport. Rozumiem, że komuś może być przykro, nie będę jednak grała tu jakiejś udawanej roli, żeby spełnić oczekiwania innych ludzi. Dostałam maile z prośba o relację, o opis hotelu, jedzenia... Niektórzy to lubią, inni nie. Trudno.

      Koteczki żywiołowo przywitały się z nami:)) Postaram się umieścić filmik z tego wydarzenia. W środę. Zapraszam!

      Miłego dnia Lidko :)

      Usuń
    2. Dzięki, Aniu :)
      Filmik na pewno będzie super, z przyjemnością go obejrzę.

      A narty, może kiedyś .... może musiałabym iść na jakąś oślą łączkę z instruktorem ..... bo mój mąż lubi jeździć, ja niestety, póki co - nie.

      Zazdrośnikami nie ma co się przejmować, zresztą, ujęłaś to bardzo dobrze w odpowiedzi owej anonimce.

      Czekam zatem na ciąg dalszy i filmik z kociambrami :)
      L.

      Usuń
  7. Raz w życiu dałam się obuć w narty i na nich stałam.
    Ale bardzo krótko :D!
    W związku z tym jakoś nie zdołałam wzbudzić w sobie miłości do czynnego narciarstwa, natomiast wszelkie zawody oglądam pasjami.

    Widoki cudne! Te wschody i zachody...
    Zazdroszczę wrażeń. Bardzo malownicze i fotogeniczne miejsce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I Ty też?? Mam nadzieję, że odezwie się też ktoś kto jeździ na nartach! :)
      To prawda, że fotogeniczne, narobiłam setki zdjęć i zamierzam Was tym epatować:)

      Usuń
  8. ja n igdy nart nia miałam na kurzych odnóżkach:)))...ale widoki Aneczko cudne...no i jedzonko:))))))))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedzonko, Qrko będzie w środę, najedz się przed wizytą u mnie :)

      Usuń
  9. No to mi narobiłaś smaka. Oj...

    :) Aga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ba! Narty, zdecydowanie na narty. Tiramisu to ja sobie na miejscu mogę zapodać.
      W tamtym sezonie też po pucharowych stokach sobie pomykałam, niedaleko Waszej górki, w Bormio. Było puuusto, a sztruksik przed południem taki, że miałam masaż wibracyjny gratis ;)

      No to siup z 3 800 m.n.p.m. w dół. Żadne tam zawijasy carvingowe. Śmigiem proszę, śmigiem. Ciao bella!

      Usuń
  10. Wspaniała relacje :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Cóz mozna napisać?! Przepiękne zdjęcia, ciekawa opowieść, cudowny, zimowy nastrój...Nic, tylk oczekać na ciąg dalszy!
    Ściskam serdecznie!:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doczekasz się Olgo. I ja Cię ściskam serdecznie : )

      Usuń
  12. A ja lubię, kocham...nawet, wszystkie dobre wiadomości i każdy zachwyt nad tym co pięknego nas otacza, że się ludziom dobrze powodzi, że są szczęśliwi, że robią to co lubią ...itd...:))
    Ja nie jeżdżę na nartach, choć stoki mam rzut beretem od mojego domu, ale jak jest piękny dzień, to jeździmy sobie, żeby podziwiać widoki, żeby się poopalać i doładować energetycznie słoneczkiem, żeby pospacerować i zjeść pizzę na werandzie jakiejś restauracji wysoko w górach. Góry są piękne :)
    W obecnych czasach, tak mało jest dobrych wiadomości, że ze świecą szukać.
    A one podnoszą energię do góry, te straszne ściągają ją w dół...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jeździsz na nartach, za to chodzisz z kijkami :)
      Masz rację, że góry są piękne. To wielki przywilej, że można się napatrzeć na te ośnieżone szczyty. Uwielbiam to. Odpoczywam i nabieram sił do życia, a jeśli dodatkowo można zjeść włoskie jedzenie, we włoskiej knajpce, to naprawdę "żyć, nie umierać".
      U mnie wciąż będą dobre wiadomości, bo tak mam, że je widzę i chcę o nich pisać i nimi się dzielić.

      Usuń
  13. Ależ pięknych widoków się naoglądaliście - wspaniale! Mam nadzieję, że wypoczęłaś i naładowałaś akumulatory :)
    Ja na nartach nie byłam nigdy, więc się nie znam, ale co do bilarda - też walę w te kule jak leci i czasem jakimś psim swędem wleci któraś do dziury ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, i mnie wpadnie czasem bila, ale to i tak zawsze za mało, żeby wygrać :)
      Wypoczęłam Alu wspaniale. Te włoskie góry są zawsze gwarancją że będzie słońce, że wszystko będzie przygotowane na tip top. Kocham te rejony. Uwielbiam tam być, więc urlop musiał być udany.
      :)

      Usuń
  14. Cieszę się Aniu, że umieszczasz wpisy z wyjazdów. Fajnie sobie tak blogowo z Tobą podróżować :-) No i dziękuję bardzo za gratulacje :-) Czekam na te jedzeniowe posty i oczywiście na kocią radość po powrocie :-) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  15. siemAnko:)
    ten stok z któregośtam zdjęcia wbrew pozorom wcale mi się pusty nie wydąje, bo przynajmniej ja szusuję na nim razem z Wami, o!
    Rafał vel lipton_ER
    fajnie że wróciłaś bo sę stęskniłem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liptonie! Jak mi miło, czytając takie wyznanie:))

      Usuń
  16. Oh oh, zazdrość, ale taka pozytywna: skoro ja nie mogę, to dobrze że ktoś innym z tych gór korzysta, szkoda, żeby się takie góry marnowały ;)
    Fajna relacja.
    Tylko te nierówne deski zasłaniające wannę to mnie jakoś estetycznie nie przekonują, chociaż ocieplanie wnętrza przez drewno popieram szczerze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się one nie podobały, tak, jak ten pomysł z wanną w pokoju. Nie jestem zwolenniczką takiego wystroju.
      Z tych gór korzysta taka ilość ludzi, że szok, ale to miejsce tak wspaniale zorganizowane pod kątem turystów, że cały rok jest tam co robić.
      :)

      Usuń
  17. Widok miejscowości nocą - czuć święta. Zazdroszczę bujania się na desce i pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń
  18. cudowny urlop, coz moze byc lepszego przed swiątecznym obzarstwem niz taka dawka niesamowitej energii?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. Chętnie bym zamieniła świąteczne obżarstwo na ponowny wyjazd :)

      Usuń
  19. Cudowne zdjęcia, bardzo zazdroszczę, nie tych nart bo ja do nart jeszcze lepsza jestem.Ale tych widoków, tych klimatów. Cudnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu na blogu jest ich namiastka, ale popatrzeć można i do tego Cię zachęcam :)

      Usuń
  20. Piekne widoki!! Ale najpiekniejsze to jednak tiramisu:)))

    OdpowiedzUsuń
  21. Kiedyś dla mojego W. nauczyłam się jeździć na nartach (ale On nie nauczył się jeździć konno ;) ) i nawet kilka sezonów korzystałam z zimowego szaleństwa, ale upierdliwość stroju i myśl o korzystaniu z toalety w pełnym rynsztunku spowodował, że narty zostawiłam W. i Maleństwu. Choć zimowe widoki gór zawsze mnie zachwycają, zwłaszcza jeśli sama nie muszę tego doświadczać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)) Kurczaki! Wychodzi na to, że ja powinnam jakiś medal dostać za te narty! Znoszę ta upierdliwość ubieranie się i wszelkie trudy (prawie) bez marudzenia:)

      Usuń
    2. Zdecydowanie, medal Dzielnej Narciarki jest Twój :)

      Usuń
  22. Tak sobie myślę, że polubiłabym narty, ale że wcześniej odkryłam koniki, to już mnie nikt od nich nawet wołami nie oderwie. A na jedno i na drugie to już nie znajdę czasu.
    Śliczne miejsce, Aniu, ale najśliczniejsze to chyba to tiramisu. Mateńko! Muszę pójść i przegrzebaać zakamarki pod kątem jakiejś zawieruszonej czekoladki. ;)

    JolkaM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem o czym piszesz, miłość do koni to coś tak wyjątkowego, że żadne narty czy inne nurkowania nie są w stanie wytworzyć tak wielkiej dawki endorfin jak właśnie obcowanie z konikami :)

      Usuń
    2. Noo... Jedyne, czego żałuję w związku z konikami, to tego, że od momentu pierwszego z nimi kontaktu (cokolwiek strachliwego niestety) czekałam jakieś dwadzieścia lat ze zbliżeniem się do tych zwierząt. Ale jak mówi najmądrzejsza z mądrych mądrość ludowa, lepiej późno niż wcale. :)

      Bardzo ciepło Cię pozdrawiam, Basiu. :)

      J.

      Usuń
    3. Mnie do koni ciągnęło od zawsze a przygodę z nimi zaczęłam jak miałam 34 lata, niestety zdecydowanie za późno. Teraz ograniczam się już jedynie do podziwiania tych fantastycznych zwierząt i obcowania z nimi, ale strach przed kalectwem jest zbyt silny (byłam świadkiem wypadku konnego mojego Maleństwa, na szczęście skończyło się ulgowo, kilkoma dniami w szpitalu i strachem, ale mogło być tragicznie)abym znów mogła jeździć, zwłaszcza w teren a dopiero taka jazda to frajda na maksa (o czym pewnie sama doskonale wiesz)

      Usuń
    4. Rozumiem Waszą fascynację, ale ja z kolei nie przełamię sie już, jeśli chodzi o konie, tym bardziej, że zawsze mam obsesję, że koniowi jest ze mną ... za ciężko :))

      Usuń
    5. Aniu, demonizujesz z tym ciężarem. :) Koniki są silne. Owszem, może im przeszkadzać, kiedy (zwłaszcza początkujący) jeździec, który nie opanował jeszcze tzw. podążania za ruchem konia, trzyma się kurczowo wodzy (to dopiero z czasem dociera do nas, że wodza nie służy do przytrzymania się, aby nie spaść z konia, tylko do delikatnego wskazania mu drogi, pokierowania nim). Ciężar jeźdźca ma mniejsze znaczenie, a już Twój ciężar zdecydowanie mniejsze. :)

      Basiu, to ja Cię przebiłam z momentem rozpoczęcia nauki jazdy konnej, zaczęłam bowiem, mając 42 lata! Ale fakt, trafiłam na konie, które na co dzień pracują w hipoterapii, więc są specjalnie dobrane pod względem charakteru do pracy z osobą niepełnosprawną i odpowiednio przygotowane, co poprawia komfort w kwestii bezpieczeństwa. Choć oczywiście zawsze należy pamiętać, że to są zwierzęta, w dodatku płochliwe. Potrzeba tak zwanych koniogodzin, żeby poczuć się swobodniej, a i tak nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć każdej możliwej sytuacji. Zwłaszcza w terenie. Ale też teren to najlepszy sposób na oswojenie się z różnymi "końskimi" sytuacjami.
      No, to sobie pogadałam. :)

      Pozdrówka, dziewczynki drogie. :)
      J.

      Usuń
    6. Jolu, co byś nie pisała, mnie i tak żal konika, co mam mnie dźwigać :)) Z resztą ta rozmowa jest czysto teoretyczna, bo na koniach już jeździć nie będę. Zostawię to Tobie, żebyś miała mi co opowiadać :))

      Usuń
    7. Uwielbiam teoretyzować. :)) Dziś już nie, ale kiedyś jeszcze może trochę poteoretyzuję. A jeszcze jak mnie Basia wesprze, to może Cię jednak na tym koniku usadowimy. ;)

      Buźka. I odgłos paszczowo. :)

      J.

      Usuń
    8. Oj faktycznie przebiłaś mnie i to solidnie! Ja na koniu do hipoterapii jechałam raz i to tylko z pasem ze strzemionami bez siodła. Tamten teren pamiętam do dziś jak było świetnie. Z tymi godzinami jazdy masz całkowita rację. Ja jeździłam chyba 8 lat bardzo regularnie - co najmniej raz w tygodniu a w czasie wakacji zdecydowanie więcej. Bardzo chętnie Cię wesprę ;)

      Anko ja miałam dokładnie ten sam opór na początku, ale kiedy się już przełamałam wiedziałam, że koń bez problemu sobie radzi z ciężarem jeźdźca, ale jak Jola pisze kiedy nie miotamy się po siodle tylko podążamy za ruchem konia - bardzo szybko łapie się ten rytm

      Usuń
  23. Śliczne widoki:) Uwielbiam taką kawkę i coś do kawki też.
    U nas się zrobiła odwilż i snieg znikł :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, to tak jak ja:)
      I odwilż też u nas...
      Jesteś z Wrocławia?
      :)

      Usuń
  24. Nie umiem jezdzic na nartach, ale chetnie bym sobie tam pospacerowala. Okolica urocza i tam zima nie bylaby mi tak straszna.

    OdpowiedzUsuń
  25. ależ cudny wypoczynek, dobrze, że dałaś się namówić TwójCiOnemu :), widoki przecudne...tyle energii na porządki świąteczne :P

    OdpowiedzUsuń
  26. Od czasu złamania kości krzyżowej (właśnie na nartach), ten sport już nie dla mnie.Żałuję tylko, że kiedyś, gdy jeszcze byłam sprawna taki wypad był niemożliwy, a teraz gdy już to tylko kwestia finansów, możliwości fizyczne nie takie.Z zazdrością spoglądam zawsze na tereny narciarskie w Alpach i okolicach, gdzie nikt nie dostaje histerii i góry są dostępne dla ludzi, a nie tak jak u nas .
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, mamy takie same refleksje. To ilu ludzi żyje tam z tych gór, jest budujące.
      Miłego i dla Ciebie :)

      Usuń
  27. Fajnie że jesteś zadowolona :)
    Ja nie lubię nart, ale wspinam się wysoko :) skały, morze...ach :)
    Baw się dobrze
    :*

    OdpowiedzUsuń
  28. Piękne widok, nie zaprzeczam i nie ukrywam, że zazdroszczę wycieczki baaardzo mocno;)

    OdpowiedzUsuń
  29. Wspaniale Aniu, jak zawsze przepiekne zdjęcia. Cudownie spędzony czas to najwazniejsze;)
    Pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
  30. Jak człowiek sam nie może, to Ankę pośle!
    Chyba w tym roku na narty nie pojadę,
    ale za to u Ciebie sobie na ośnieżone stoki popatrzę.
    Pięknie i pusto, to jest to co lubię w górach najbardziej:)

    OdpowiedzUsuń
  31. Fajnie, że mogłaś wyjechać:)
    W życiu nart na nogach nie miałam, ha, ha, ale popatrzeć, jak śmigają inni mogę:)

    OdpowiedzUsuń
  32. Ja jeździłam gdy me dzieci były małe i niestety stoki były tłumnie odwiedzane (bo przecież ferie szkolne). Potem przyszły lata "morskie", a teraz "wiejskie". Kto wie, może kiedyś jeszcze pojeżdżę sobie.
    Czekam na zdjęcia "gastronomiczne". To moje hobby od lat : fotografować wszystko co się je....
    Fajnie sobie zrobić taka "przerwę na oddech" w tym okresie przedświątecznym
    Pozdrawiam
    Nika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdjęcia robiłam głównie telefonem, także kiepskie są :(

      Usuń
  33. W ślicznym miejscu byłaś. Nie musiałbym tam jeździć na nartach, wystarczyły by mi spacery i widoki. Dobrze, że jesteś z wyjazdu zadowolona i kolano wytrzymało :)

    OdpowiedzUsuń
  34. Super!!
    Nie miej najmniejszych oporów przed umieszczaniem postów z takimi fotorelacjami z Waszych wypadów!:)) Z wielką przyjemnością się je przegląda! Prawie tam z Tobą jesteśmy;)))

    OdpowiedzUsuń

Fajnie, że piszesz! Pisz, komentuj, daj znak, że jesteś!
Dobrej energii nigdy za wiele. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...