blog miała i list se opublikowała. :)
Pytanie za pięć punktów: kto był głównym spisowym podczas spisu powszechnego u Amisi?
Tak: IGOR, syn JolkiM.
Czy należała mu się za tę ciężką pracę nagroda?
Oczywista oczywistość!
Do Igora pojechała książka oraz cuda-wianki od Anki Wrocławianki.
W poprzedni piątek dostałam od Joli relację z otwierania paczki. Muszę się nią z Wami podzielić, bo po pierwsze jest mi bardzo miło, a po drugie zobaczcie, jak ta dziewczyna fajnie pisze!
Aniu, Ty moja/nasza kochana kobieto! Aleś nam porobiła niespodzianek! Aż nie wiem, jak się zebrać, żeby Ci wszystko pięknie napisać i jeszcze żebyś poczuła, jak to tu było u nas, jakie emocje! Nie da się chyba... Jestem aż wzruszona, naprawdę. A jeszcze sobie zdjęcia Wasze z Ośna pooglądałam i tak mi jakoś miło... I sama już nie wiem, jak jeszcze.

Wręczyłam Igorowi paczkę - oczywiście czekał już na mnie w korytarzu i oczy mu błyszczały, kiedy z nią wchodziłam do domu. Myślałam, że rozpakujemy razem, to znaczy, że będę przy tym, ale tymczasem Śliwa mi nawiała w tę ciemność i deszcz, więc zostawiłam wszystko i poszłam ją nawoływać. Najpierw zrobiła w krzaczkach siusiu (w czym jej nie przeszkadzałam oczywiście), a zaraz potem wzięła rozbieg i wleciała na sosnę. I zaczęła miauczeć. Cała Śliwa! Stoję pod tymi drzewami i moknę, ciemno jak w tym, no, wiadomo gdzie, wołam ją, proszę, popukuję kocimi chrupkami w plastiku, co zawsze działa przyspieszająco, a ta cholera tylko miauczy i wchodzi jeszcze wyżej. Niby wiem, że zejdzie, jak już swoje tam wysiedzi, ale że leje, a ona chorowita, to sterczę jednak i wołam, żeby jak najszybciej przylazła. W końcu nie zdzierżyłam i poszłam do domu, zostawiając jej wolną... łapę. Nomen omen. :) Poszłam także dlatego, że chciałam jednak podłączyć się chociaż na końcówkę rozpakowywania wrocławskiej przesyłki. Wchodzę do Igora, a on zaczytany w liście, pakunki leżą na jeszcze niezaścielonym (o osiemnastej!) łóżku, na rozbebeszonej pościeli. Nagadałam mu, że, kurka, nawet nie mogę obfotografować, bo przecież na tych bebechach będzie nieestetycznie. Igor oczywiście zupełnie wyluzowany mówi na to, że mała książeczka jest dla mnie. I że jest ciasto z coca-colą. I niesie mi to, i pokazuje, a do mnie dociera to jakby z opóźnieniem, niby słyszę słowa i je rozumiem, ale dopiero gdy widzę pakunek, podnoszę go i czuję jego ciężar, dociera do mnie, że to jest CZEKOLADOWE CIASTO Z COLĄ! Upiekłaś dla nas ciasto i przysłałaś je nam! Bo przecież ono jest najlepsze następnego dnia, jak pisała Margarithes. A tym bardziej musi być pyszne po dwóch lub nawet trzech dniach. I takie też jest! Pyszności! Chociaż nigdy nie przepadałam za ciastami czekoladowymi, najszczerzej w świecie oświadczam, że ciasto z colą jest pyszne. :)

Tymczasem Igor przyniósł wszystko do pokoju głównego, ułożyliśmy to na stole, choć ułożyliśmy to nie jest właściwe słowo - za bardzo nas niosło, żebyśmy mieli się zabawiać w układanie. No więc wszystko wylądowało na stole. A, zapomniałam! Tymczasem wyjrzałam na ganek i udało mi się nawołać Śliwsona. No i Śliwson już siedzi na stole i wącha, kontroluje, sprawdza, ocenia. Igor już swoją książkę rozpakował, ja już odkryłam ciacho, już obejrzeliśmy stempelki w książce, wymieniając się wyrozumiałymi uwagami o tym, że brakuje "podpisu" Wisienki, ale, wiadomo, siła wyższa - ta jej dzikość. Woda już postawiona w czajniku, zaraz będzie herbata, oczywiście TA herbata. :) Oglądamy kamyki z Dolomitów, cieszymy się, bo są takie ładne, urody prostej, lecz szlachetnej, co lubimy chyba najbardziej. :) A co w tym pudełeczku po lodach? Hm, pewnie jakieś ciasteczka dla mnie, powiada Igor. Ale jeszcze go nie otwieramy, bo cieszymy się powoli, żeby jak najbardziej przedłużyć sobie tę przyjemność. Rozpiera nas energia i radość, ale... powoli, powoli, spokojnie... :)
Ale się rozpisałam! Czy Cię nie znudziłam? Pisać dalej?

No dobra, pokontynuuję jeszcze trochę. Ale na czym to skończyłam? A, już wiem. No to co my tu mamy w tej torebeczce? Pani Anka pisała, że są odciski futerek. Otwieram pakuneczek, bo Igor ma kłopot z tą swoją zagipsioną ręką. Otwieram więc tę folię aluminiową, otwieram, i otwieram coraz szerzej... oczy, Igor też, patrzymy na siebie niepewnie i snujemy domysły, co też się to stało z tymi odciskami łapek Rufika i koteczków, ojeju, to chyba jakoś zawilgotniało i się zmemłało, zgniotło, jaka szkoda, no trudno. W końcu są stempelki w książce, najwyżej wyślemy glinę Pani Ance i ta może spróbuje jeszcze raz. A, zapomniałam napisać, że przez ten cały czas Lesia siedzi w pokoju, patrzy na nas jakby z wyrzutem, poszczekuje i próbuje zwrócić na siebie naszą uwagę. No tak, bo przecież ja się z nią nawet porządnie nie przywitałam. Więc lecę do Lesinki i ją tarmoszę, przytulam, głaszczę i uspokajam na chwilę. OK, lecimy dalej. Woda zagotowana, ciacho już wstępnie zdegustowane po kawałeczku, pozachwycane, następne plastry pokrojone, przygotowane do dalszego pałaszowania. Ale, ale, to co w tym pudełeczku? No dobra, otwieram. I gały mi na wierzch wychodzą, wołam Igora, który akurat wyszedł z pokoju. Hurra! Zobacz, to nie są żadne ciasteczka, zobacz, to tu są te odciski! Aaaa! Śliwa wącha, Glizda wącha. Igor łapie Rufika odcisk, daje Lesi do powąchania, Lesia wącha, wącha, i prawie chwyciła zębami, wariatuńcia. Jaka radość, a jak się śmiejemy z siebie, żeśmy wzięli tę resztkę gliny za odciski właściwe, sierotki jedne. A, i oczywiście cały czas pstrykam zdjęcia, a jakże! Najpierw z tego wszystkiego nie mogę znaleźć w ustawieniach opcji uruchomienia lampy błyskowej, zdjęcia byle jakie, ale przecież szaleństwo jakieś nas niesie. Szkoda jednak zdjęć, więc walczymy z aparatem i... jest, działa. Uff! Aż wreszcie przychodzi czas na rozpakowanie mojej małej książeczki.

Hm, nie wiem, czy rozwlekać się jeszcze bardziej... Continued?
No więc otwieram moją paczuszkę i co? I najpierw lekko blednę, bo... takie różowe... Mam jakieś kompleksy czy co? Jakieś frustracje, coś mnie na różowe uczula? Fakt, różowości to nie jest moja bajka, co innego pomarańczowości i rudości, to lubię. :) Ale przecież dociera w końcu do mnie z tej różowości MARIUSZ SZCZYGIEŁ. Więc pytam głośno: Ale skąd pani Anka wiedziała, że ja Szczygła lubię, że czytam, że mnie zachwyca? Nie mówiłam Ci przecież, nie wspominałam o tym ani słowem. A książeczkę tę trzymałam nawet kiedyś w ręku w empiku i wahałam się, czy nie kupić. Zrezygnowałam, ale nie dlatego, że jej nie chciałam... No więc jak to tak, że ona jednak do mnie przyszła, przyjechała aż z Wrocławia... Hm. No widzisz, Aniu, co to się porobiło... Ech!

To teraz idę nakarmić zwierzynę i wprowadzić samochód do garażu, bo z tego wszystkiego to wszystko (tak, tak, z wszystkiego wszystko, niech jeszcze i to!) odłogiem leży. Idę, idę, ale jeszcze tu wrócę. A! Zdjęcia będą, pewnie, że będą, ale jeszcze się bateria ładuje.
No to chyba mniej więcej wszystko. Właśnie: bardziej MNIEJ, wiedziałam, że o czymś zapomniałam. Dziękujemy, Aneczko kochana, aż mi się westchnienie wyrwało, ekhm, z młodej piersi. :) Obściskujemy Cię bardzo, i kotki, i nawet TojegoCiOnego. O matko, Igor, który mnie znów cenzuruje, mówi: no i patrz, wymieniłaś kotki, a Rufi?! Jakie to szczęście, że mam takiego strażnika. :) No więc obściskujemy też Rufika. :) Mało tego, pozdrawiamy nawet dyskretnie i nienachalnie Wrocławskiego, a niech tam, ale sąsiadów już niekoniecznie. :) Ech, Ty, Aniu...
Eugenia Szczęśliwa
PS. Lizak też nam się podoba. :)
*********************************************************************************
Rację miał mędrzec, który powiedział, że dawanie jest lepsze niż branie. :)