Jeszcze raz spróbuję zmierzyć się z moją historią; już raz zrobiłam to TU. Czemu nikt mi nie uwierzył?? :)
Jednak to przeżywam. Nie co dzień kończy się 50 lat. Jasne że wiem, że nic się nie zmieni. Jutro wstanie nowy dzień, a ja wciąż
będę taka jak dziś, z tą tylko różnicą, że nie będę mogła już o sobie
powiedzieć, że jestem czterdziestką. Nie pamiętam, abym martwiła się trzydziestką
czy tym bardziej wcześniejszymi moimi urodzinami. Dopiero czterdzieste urodziny stały się dla mnie powodem do refleksji. Kiedy patrzę wstecz, widzę, że tamta rocznica bardzo mnie
zmobilizowała, dużo wtedy dla siebie zrobiłam i teraz jest podobnie. I wiecie
co? Po czterdziestce zaczęło być coraz lepiej! I wciąż jest lepiej. Jest
świetnie. Na pytanie, w jakim jestem miejscu swojego życia, mogę odpowiedzieć
szczerze: w bardzo dobrym! Czuję się wolna, spełniona, mam głowę pełną
pomysłów, czuję, że wiele przede mną, że stać mnie na wszystko, choć inaczej
już rozumiem to słowo, bo znam swoje możliwości i ograniczenia i godzę się na nie. Absolutnie i do końca
mogę być sobą i jest to tak wielka ulga i osiągnięcie, że nie dam sobie tego
już nigdy zabrać.
Choć wciąż żyją we mnie różne kompleksy i poczucie niskiej
wartości, to potrafię już lepiej sobie z tym radzić. Coraz częściej akceptuję swoją i innych ludzką omylność. Wiem, że
już nic nie muszę, mogę tylko chcieć. Mam koło siebie kochanego męża i to, co
nas teraz łączy, jest powodem mojej najgłębszej wdzięczności i radości, więc w
moim przypadku prawdą jest, że dojrzała miłość jest pełniejsza i bardziej
satysfakcjonująca. Moi synowie wyrośli na wspaniałych mężczyzn i uczę się teraz,
jak ich w tej dorosłości wesprzeć i pozwolić im na nią. Mam swoje pasje, swoje
zainteresowania, swoje marzenia i nie bez znaczenia jest to, że znalazłam
ujście dla części tego w naszym blogowym, budyniowym świecie*. Odbieram to, co robię na moim blogu, jako
drogę, która gdzieś mnie zaprowadzi. Gdzie? Czekam na to z ekscytacją małej
dziewczynki, która wciąż mieszka w moim sercu. Ona jest częścią mnie, rozumiem
ją już i kocham. Jednym zdaniem mówiąc: jestem teraz szczęśliwsza niż
kiedykolwiek przedtem. Dziękuję, że jesteście ze mną w tym dniu.
Lubię zdjęcie tej małej uśmiechniętej pyzy, którą zostałam do
dziś.
Prawda, że sama słodycz?
Ja to ta po prawej; kiedy na horyzoncie pojawiał się jakiś
zwierzak, wszystko inne przestawało istnieć.
Jako nastolatka miałam piękne włosy i byłam ogromnie
zakompleksiona.
Powodu do tego nie miałam żadnego, ale wiadomo, że to tak nie
działa.
Byłam niezwykle wrażliwa, ogromnie się wszystkim przejmowałam.
Choć stać mnie było też na pewną ekstrawagancję – tu na
wakacjach w Algierii.
Z MójCiOnem byliśmy jak marchewka z groszkiem.
Ze starszym synkiem - Poznańskim. Nie do opisania jest, jakim
był dla mnie szczęściem, choć ja jako matka byłam kompletnie niemądra. Dążenie
do zostania matką idealną było moim wielkim życiowym błędem.
Z młodszym synkiem - Wrocławskim, który jest od początku
swojego życia samą radością.
Dojrzali rodzice dwójki dzieci.
Z małym Ruficzkiem, maj 2008.
Na wybrzeżu Amalfi we Włoszech, 2010.
Odbici w szybie madryckiego metra, 2011.
Hmm, prawie dziś.
Mam nadzieję, że nie muszę nikomu tłumaczyć, że jest to
historia tendencyjna – bo nastawiona na dostrzeganie pozytywów, skrótowa i
upiększona do granic możliwości. Dzieją się w moim życiu również rzeczy trudne,
bolesne i poważne.
Kiedy ukaże się ten tekst, mnie tu nie będzie. Pojechałam
świętować swoje urodziny do jednego z miast europejskich. Padło na Brukselę - kupiliśmy tanie bilety lotnicze. Myślę, że będzie pięknie. Przepraszam więc, ale poodpowiadam na komentarze dopiero, gdy wrócę. Buziaczki, pa, pa!



























