Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2014

Erotyk

FAZA UNIESIENIA
Zakończyliśmy pieszczoty. Przez ten niedługi czas, który rozpuścił się w emocjonalnym zatraceniu jak cukier w herbacie, byłem autentycznie szczęśliwy. Fala endorfin, pobudzana aksamitno-jedwabnym, pełnym ciepła dotykiem, kasztanowym zapachem i mruczącymi dźwiękami, rozlewała się kojąco po moim wnętrzu, nasycając mnie radosną i spokojną energią.
Zmiany pozycji, dyktowane przez mojego partnera, stymulowały rodzaj pieszczot. Jego inwencja kreowała nieograniczone bogactwo figur i doznań. Od wejścia na kolana i wtulenia głowy w moją pierś, kiedy to przyjąłem jego zachętę do pieszczot, obejmując dłońmi szyję i biodra, poprzez dreptanie w kółko i poddawanie mi pod palce pyszczka, piersi, brzuszka, wyrażał swoje ekstatyczne zadowolenie całą gamą pomruków, przymykaniem i otwieraniem pijanych uniesieniem oczu, wyprężaniem przednich łapek, z których, niczym perwersyjna zachęta do dalszych amorów, samoistnie wysuwały się pazurki, tworząc na mojej skórze małe, szczypiące ranki. I choć wydawać by się mogło, że jest jedynym beneficjentem rozkoszy, wystarczyło, żeby jego hipnotycznie upojony wzrok spotkał się z moim lub żeby wspiął się z moich kolan i opierając się o pierś, dotknął pyszczkiem mojej szyi, abym to nagle ja okazał się szczęśliwcem, któremu los okazał swoje dobre oblicze i podarował odrobinę przejmującego dreszczem szczęścia.
W kochaniu nie ma miejsca na septyczne fobie: wnikałem twarzą w jego sierść, chłonąc świeży zapach deszczowego, zimowego dnia, przyniesiony przed chwilą ze spaceru. Woń zjonizowanego powietrza mieszała się z naturalnym, jakże miłym zapachem - efektem starannej pielęgnacji. Wtulając się w niego, byłem bliżej jego ciepła, wyczuwając te usypiające kilka stopni Celsjusza, dzielące gorączki naszych ciał. Słyszałem też wyraźniej, w bezpośrednim kontakcie, basowe niemal mruczenie z delikatnym tłem szybkiego oddechu.

FAZA REFLEKSYJNA
Czułem wyraźnie jego bezgraniczne oddanie i zaufanie, napawające mnie wielką satysfakcją, bo stanowiące przecież najcenniejszą nagrodę za wspólne bycie. W przypadku kota, który, wbrew swej mitycznej niezależności i mimo wrodzonej drapieżności, jest istotą bezbronną i delikatną, przepełnioną lękiem przed niebezpieczeństwami, również tymi, które grożą mu od człowieka, zasłużyć sobie na pełne zaufanie to corona civica za cierpliwość, uwagę i troskę. Człowiek udomowił dzikiego kota, samotnika chadzającego własnymi ścieżkami, wyznaczając mu tym samym pełne ambiwalencji życie: bezpieczeństwo domu versus pragnienie wolności; dostępność pożywienia versus strach przed człowiekiem; kosmos urbanizacyjny versus natura. I choć, nie ukrywajmy tego, kot też SZUKAŁ człowieka i DAŁ się udomowić, to jasnym jest dla każdego miłośnika, ergo współpartnera kota, że ów wciąż tkwi i tkwić będzie w tym dwubiegunowym rozdarciu, a zatem tym cenniejsze jest bezgraniczne jego zaufanie do człowieka.

FAZA MASTER AND SERVANT
Kiedy mi było wciąż baaaaardzo dobrze i na coraz dalej majaczące horyzonty odsuwały się dzisiejsze plany, Hokus, Yaserek Arabski oraz Książę Ciemności w jednej osobie stanął zdecydowanie na wyprostowanych kończynach, wygiął się w naprężony łuk, z ogonem w roli drugiego przęsła, otrzepał energicznie, jakby strząsając z siebie resztki niedawnej ekstazy, po czym zeskoczył z moich kolan i powędrował do blisko stojącej pustej miski, spojrzał na mnie, tym razem z wyrachowanym błyskiem w oku, po czym ziewnął, wygłosił krótkie: "miau" i usiadł jednoznacznie-pro-pokarmowo. Nie miałem wyjścia. Również, aczkolwiek wirtualnie, strząsnąłem z siebie jony uczuć i poczłapałem po pojemnik z karmą.

Po raz kolejny zostałem wykorzystany...   



(Autorem erotyku jest MójCiOn.)




środa, 18 grudnia 2013

Bylebym tylko

U Magdy Kordel miała miejsce kolejna edycja pisania opowiadań świątecznych. Tym razem odważyłam się również wziąć w tym wydarzeniu udział. 
Ku mojej wielkiej radości, wręcz eksplozji radości, a nawet powiedziałabym szałowi radości, zostałam uhonorowana przez szanowne jury wyróżnieniem! Nie spodziewałam się tego. Wśród typów publiczności, w jawnym głosowaniu, tytuł mojego opowiadania nie pojawił się ani razu. Tymczasem podczas ogłaszania wyników taka niespodzianka! Wyróżnienie! Hurrrraaaa!!! :)

Opowiadanie to jest jednym z czterech z serii, w której wcieliłam się kolejno w kochankę, żonę i męża-kochanka. Próbowałam napisać je, wczuwając się po kolei w każdą z tych ról. 

Dziś część druga, a inne być może poznacie przy okazji kolejnych konkursów. Myślę, że  część pierwsza   idealnie nada się na konkurs walentynkowy. :)

Dziękuję Magdzie za możliwość wzięcia udziału w tym literackim przedsięwzięciu i przeżycia niesamowitych emocji, oraz dziękuję jury, że mnie dostrzegło i wyróżniło. 
Życie jest piękne! :)

Bylebym tylko

Nie pamiętam, jak to było, kiedy odjeżdżałeś. Wszystko stało się tak szybko. W jednej chwili byłam w twoich ramionach, a w następnej stałam na drodze całkiem sama, tuż pod ciemnym niebem.

Właściwie nie wiem, co mam robić dalej. Mogłabym tu stać już zawsze. Co za różnica. 

Słyszę w głowie natrętną piosenkę, przy której kiedyś roniłam łzy wzruszenia i z której uczyniłam swój hymn:

Niech biją mnie w piersi moje grzeszne ręce
Niech w szarych kolorach widzą moje oczy
niech ptaków nie słyszą już nigdy moje uszy
Niech nigdy spokoju już nie znajdzie głowa

Niech nogi mnie więcej po ziemi nie niosą
Niech ręce w upadku dźwigać nie pomogą
Niech serce mi krwawi
Niech rany się nie goją

Bylebym tylko mogła być z tobą
Bylebym tylko mogła być z tobą
Bylebym tylko mogła być z tobą

Bylebym tylko mogła być z tobą...


Nie mogę się od niej uwolnić. Już jej chyba nie czuję tak jak kiedyś. Chciałabym jej nie umieć na pamięć. Nawet nie jest mi smutno, jestem tylko odrętwiała.

 Zapomniałam ci powiedzieć, że kran się zepsuł w kuchni i woda wciąż kapie, uderzając o blaszany zlew. Próbowałam coś tam dokręcić, stuknąć, bo te krople wbijają mi się w mózg jak sztylety, ale gdzie tam, nie umiałam sobie poradzić. 

Zapomniałam ci powiedzieć, że mama ma w środę badania i tak się o nią boję...

Zapomniałam też oddać ci twój sweter, który zostawiłeś ostatnim razem. Cieszyłam się, że został, bo mogłam spać na nim jak na poduszce, wdychając twój zapach, albo tulić go do piersi, kiedy było mi smutno. Naopowiadałam mu tyle rzeczy, chciałabym, żeby ci je powtórzył, ale cóż, wiem przecież, że swetry nie mówią…

Wczoraj z żalem wyprałam go, wypachniłam lenorem, rozciągnęłam na puszystym ręczniku, żeby wysechł na dziś i żeby był piękny, kiedy ci go oddam. Leży teraz w przedpokoju na krześle i czeka jak porzucony zwierzak.

Może tym razem też zostawiłeś jakiś kawałek swojego życia oprócz tego, co zostało we mnie? Coś, co będzie mi cię przypominać w dniach nadchodzącej samotności. Szczególnych dniach, bo świątecznych. Świąteczna samotność… Pamiętam ją z zeszłego roku. Mama czekała, ale nie pojechałam. Straciłabym spotkanie z tobą. Bezcenne. Udało mi się prawie cały czas spać. Brać tabletki i spać. Dałam radę. Teraz też dam. Będę dzielna, dla ciebie, dla nas to zniosę. Ostatni raz. Obiecałeś. 

Może jednak i tym razem zapomniałeś znów czegoś swojego. Pociechy dla mnie. I ta myśl w końcu mnie porusza. Wracam do domu, mając nadzieję. 

Sweter leży na swoim miejscu - martwy, pozbawiony twojego zapachu. Rozglądam się dookoła z tą nowo rozbudzoną nadzieją. Zaglądam pod sofę, przerzucam pościel, poduszki lądują na ziemi, zdejmuję nawet prześcieradło. Niczego nie ma. Nic nie zostało. Czy nic mi już nie zostało?

Ta myśl powoduje, że siadam ciężko na rozbebeszonym łóżku i bezmyślnie patrzę  przed siebie.  Nie wiem, ile to trwa. Im dłużej tak posiedzę, bez czucia, tym szybciej miną dwa kolejne tygodnie. Przebudzam się trochę, bo mój obojętny wzrok zaczyna jednak rozróżniać jakiś kształt na stoliku. No tak! Jest coś, co zostawiłeś! Przecież piłeś wodę, używałeś mojej szklanki, na niej jest choć ślad twoich ust! Biorę ją do ręki jak relikwię, delikatnie, staram się trzymać kryształ jak najniżej, patrzę pod światło. Nic nie widać, mimo że bardzo się staram zobaczyć. Czemu mężczyźni nie malują ust! Wtedy na pewno coś by zostało…

Jestem już tym wszystkim zniechęcona, odkładam szklankę z powrotem na stolik i wtedy widzę na nim jakiś czarny, nieznany mi kształt. O rany! Rozpoznaję go! Tak się cieszę, zostawiłeś swój portfel! Wrócisz tu po niego, i to pewnie szybko! Z radości przyciskam do ust miękką skórkę i wdycham jej zapach. Gdzieś tam musi być i twój, przecież nosiłeś go przy sobie. 

Wrócisz po niego! Może już jedziesz, a ja tak nabałaganiłam. Co ty sobie o mnie pomyślisz! Energicznie biorę się za porządki i aż chce mi się śpiewać. Ścielę łóżko, wietrzę pokój, rozpylam w pokoju moje ulubione perfumy, które dostałam od ciebie, zapalam świeczkę, nastawiam płytę, potem biegnę do okna i siadam na moim szerokim parapecie, kolana pod brodą, portfel przyciśnięty do serca dwoma rękami. Patrzę w ciemność, wypatruję twoich świateł.

Kasia Groniec śpiewa cichutko. Nucę z nią.

Więc dróg poznaj sto, aby dojść do mych ust
Bo świat, cały świat chcę ci zamknąć na klucz
Więc idź, uśmiech swój zostaw u mnie jak ślad
Jest noc, mijasz noc
Lekkomyślny jak wiatr...

Poraża mnie nagła myśl. O rany, jaka jestem głupia! Przecież na pewno jeszcze nie zauważyłeś, że brak ci portfela! Zadzwonię. Patrzę na zegarek. Ej, nie, już nie zadzwonię; możesz już być w domu, nie wolno mi ryzykować. Już wiem, wyślę ci SMS - to, na szczęście, wolno mi zawsze.

Jest tak, jak myślałam, nie zauważyłeś… Już jedziesz z powrotem, w końcu nie możesz spędzić najbliższych dwóch tygodni na nartach bez dokumentów i kart kredytowych. Kiedy pomyślę o tych nartach zaraz po świętach z nią... Nie chcę o tym myśleć, my też pojedziemy, my też będziemy mieli święta, obiecałeś mi przecież, a ja ci ufam.

Teraz ważne, że już jedziesz. Jestem taka niemądra - posprzątałam pokój, a sama wyglądam jak czupiradło! Lecę do łazienki, szybko szczotkuję włosy, myję zęby, szczypię policzki. Niczego więcej nie trzeba, oczy błyszczą mi znowu, wyglądam pięknie. Zbiegam prędko po schodach i znów siedzę na parapecie - jak kot. 

Nie ma cię. Tak bardzo nie mogę się znów doczekać! Oglądam twój portfel z każdej strony, gładzę jego miękką skórkę. Musi być drogi, firmowy, bo to skórka jest jak aksamit. Otworzę go, tylko żeby zobaczyć, jak jest zbudowany w środku. Nie będę ci w nim grzebać, o nie! Ufam ci. Zatrzask odskakuje leciutko. Na podłogę, jak jesienne liście, wylatują dwie karteczki. Podniosę je, bo jeszcze się zgubią! 

To nie liście, to dwa bilety na przedświąteczne przyjęcie w Monopolu, na dziś, na godzinę 20. A mówiłeś, że śpieszysz się, bo musisz jeszcze wpaść do pracy...

Wracam do portfela na parapecie. Leży jak otwarta księga. Ile tajemnic jeszcze w sobie kryje? Po lewej stronie ma przegródki na karty kredytowe, wystają z nich, równiutko, jak żołnierze, a po lewej... O Boże! Jest tam takie plastikowe okienko, a ty nosisz tam zdjęcia dzieci. Ale nie tylko ich. Ze złości aż robi mi się ciemno przed oczami! To ty, po roku naszej znajomości, nadal nosisz w portfelu zdjęcie żony?!

Kiedy patrzę jej w oczy na tym zdjęciu, doznaję nagłego olśnienia, tak jakby mi ktoś zdmuchnął sprzed oczu mgłę, która sprawiała, że nie widziałam wyraźnie. Prawda dociera prosto do mojego serca. Jest tak oczywista, że aż nie chcę oddychać, żeby jej nie spłoszyć. Przyjmuję ją do siebie, chłonę, wracają obrazy z przeszłości, których nie chciałam widzieć. Teraz są tylko one. Wyrywają mnie ze snu, jakbym żyła dotąd w innym świecie.  

Próbuję rozpoznać to nieprzyjemne uczucie, które mnie teraz ogarnia. Znam je dobrze, czułam wiele razy, ale zagłuszałam. Teraz wypływa na wierzch, jak fala. To nie jest rozpacz, nie gniew ani nie smutek. To wstyd.

Wstydzę się swojej ufności, swojej głupiej, naiwnej wiary. Wstydzę się za siebie.

Już wiem, co mam robić, już nie potrzebuję ani minuty więcej na zastanowienie. Już nie chcę się wstydzić. Bilety przedzieram na pół (już i tak jest za późno) i wkładam na miejsce. Z portfelem w ręce idę w kierunku drzwi wejściowych. Trzymam go z obrzydzeniem za rożek, jak zdechłego szczura. Po drodze chwytam sweter z krzesła. Jego nieskazitelna czystość kpi ze mnie. Pomyśleć, że spałam z takim kawałkiem szmaty! Rzucam go na podłogę i wycieram weń buty. Dobrze, że wczoraj padało, dobrze, że są brudne. Jestem całkiem spokojna, nie waham się wcale, kiedy wyrzucam twoje rzeczy za próg. Mamo, będę z tobą na święta.

Zatrzaskuję drzwi, gaszę światła i puszczam muzykę. Jak mogę najgłośniej, aż szyby drżą. Nie chcę słyszeć, kiedy będziesz pukał, nie chcę słyszeć więcej twoich kłamliwych słów. Jestem wolna. Już wszystko jest dobrze.

Bylebym tylko mogła nie być z tobą.
Bylebym tylko mogła nie być z tobą.




PODPIS

czwartek, 24 stycznia 2013

Zbrodnia w McD

MójCiOn miał ostatnio ciekawą przygodę. Poprosiłam, aby ją opisał. Miało być krótko, a jak wyszło, każdy może zobaczyć. :) Miłej lektury. :))


Czy zdarzyło Ci się, Czytelniku, paść kiedyś ofiarą biernej przemocy z użyciem funkcji, stanowiska lub pozycji?

Nie wiesz, o co chodzi?

No to może znasz scenę z filmu "Poznaj mojego tatę", w której Ben Stiller zrozpaczony i sfrustrowany niedawnym rozstaniem z narzeczoną, zmęczony fizycznie do granic wytrzymałości, staje sam jeden w wielkiej hali odlotów (jest bardzo późna godzina) przed uśmiechniętym obliczem stewardesy odprawiającej pasażerów (czyli jego jedynego) na najbliższy lot? Nie znasz? To idzie dalej tak: Nieszczęsny, zniecierpliwiony i wyczerpany Ben dowiaduje się z komunikatu wydobywającego się w syntetycznym tonie spomiędzy rozchylonych sztucznym uśmiechem warg panienki, że musi poczekać, bo aktualnie odprawiani są pasażerowie wyższej klasy, kobiety z dzieckiem na ręku itp. uprzywilejowana klientela tychże linii lotniczych. Zrozpaczony i skołowany Ben rozgląda się wokół w jakiejś naiwnej nadziei, że tuż obok wyrosła jednak kolejka tych, którzy mają niezbywalne prawo zapakować się do maszyny przed nim, co dałoby mu jakąś wiarę w sens procedury zastosowanej przez wciąż uchachaną, jakby w żadną stronę nieewoluującym uśmiechem, strażniczkę lotniskowego ładu. Niestety, żywej duszy! Ben prosi więc: Kobieto, wpuść! Tu nikogo nie ma poza sympatycznymi nami (tekst dialogu zmyślam z niczego, czyli z głowy, starając się trzymać meritum)! Uśmiech Giocondy pozostaje niewzruszony, ale w zimno-szklistych oczach pojawiają się dwa nagie sztylety. Proszę się cofnąć za żółtą linię! Obecnie odprawiamy pasażerów z prawem pierwszeństwa! (Czy muszę dodawać, że wciąż, oprócz Bena, nikt nie pali się do tego samolotu?) Ben zaciska szczęki, wprawia je w ruch posuwisto-zwrotny, docierając w ten sposób w ciągu minuty przez nabłonek, szkliwo, zębinę do komór swojego uzębienia, ale z grzecznością przyprawioną dymem wydobywającym się z uszu cofa się za rzeczoną linię. Następuje bliżej nieokreślony okres (czasu oczywiście), kiedy między bohaterami sceny zalega tzw. krępująca cisza. Jedynie od strony Bena ciszę tę subtelnie zakłóca niemal niesłyszalny zgrzyt i świst. I kiedy chwila ta zaczyna przeradzać się w wieczność, następuje kulminacja sceny. Panienka pobiera z kontuaru mikrofon i oznajmia przez liczne megafony, bardzo donośnie, całkowicie pustej hali odlotów (oczywiście nie licząc Bena, wpatrzonego wściekle w demiurga swego losu), że pozostali pasażerowie mogą przystąpić do odprawy. Odkłada mikrofon, obdarza Bena nieco szerzej rozciągniętą szczeliną swojego otworu gębowego, wydaje mu kartę pokładową i z urokiem godnym osobowości Barbie życzy mu miłego lotu.
Ta scena ma jeszcze swoje następstwa na pokładzie samolotu. Krótka znajomość stewardesy Barbie z wycieńczonym psychicznie i fizycznie Benem kończy się nieomal zabójstwem ikony plastikowego piękna z rąk naszego bohatera, metodą uduszenia, ale finał ten nie ma znaczenia dla rozwikłania zagadkowego pytania "padniętego" na wstępie.

Domyślasz się zapewne, uważny Czytelniku, że lotniskowe zajście jest dla mnie podręcznikowym casusem biernej przemocy z użyciem funkcji, stanowiska lub pozycji.

Ale dlaczego, pytasz, Czytelniku, to pytanie padło?

Otóż moja skromna osoba miała ostatnio wątpliwy zaszczyt być ofiarą aktu stawiającego mnie na równi ze wzmiankowaną wyżej sławą Hollywood.

W późnej przemierzając Wrocław porze, upewniwszy się zawczasu, że w domu nie czeka mnie żona z obiadem, a jedynie żona jako taka, zdecydowałem się zajechać do nieznanego mi wcześniej przybytku będącego elementem dużej sieci fast (właśc. "fat") foodu, który w skrócie nazwę: McD, żeby się nikt nie domyślił i mnie nie pozwał. :)
Było ciemno, zimno, mokro i cholernie głodno, więc skierowałem się na tzw. drive w celu skonsumowania na szybko, niezdrowo i byle jak tego, co tam szkodliwego serwują. Na drivie natknąłem się na obiecująco, ciepło, sycąco (Boże, jaki byłem głodny!) rozświetlone od wnętrza okienko. Tak jak niestety się spodziewałem (z niewiadomych powodów te pierwsze okienka są w całym nadwiślańskim kraju wykute w ścianie, ale i na stałe zamknięte), okienko oferowało jedynie to miłe oku i żołądkowi światło oraz karteczkę obowiązującą również w całym kraju, instruującą, aby podjechać do kolejnego okienka (czasem są trzy otwory i wtedy sprawy się zapewne komplikują). Jak kazali, tak zrobiłem. Z nadzieją godną wielodniowej uczty podjechałem do wskazanego wcześniej okienka. Jakaż była radość moja i moich ślinianek, kiedy oprócz światła nadziei ujrzałem w okienku uśmiech zlokalizowany obok mikroportu, wkomponowany w górną część sylwetki mojej potencjalnej, incydentalnej karmicielki.
W tym miejscu nadmienię, że w związku z późną porą oraz zapewne w związku ze sztormową pogodą mój samochód był jedynym pojazdem nie tylko na drivie, ale w całej okolicy "restauracji". Zresztą, o ile mogłem z poziomu mojego siedziska zlustrować surowo-kiczowato-plastikowe wnętrze przybytku, kręciło się tam wyłącznie kilka sztuk kolorowo przybranego personelu.
Okienko uchyliło się, owiewając mnie na ogół mocno krytykowanym odorem wielokrotnie używanego oleju, który jednakże w tamtej chwili był dla mnie jak zapach łąk alpejskich, wpadający w nozdrza bohaterek reklam wiadomej czekolady z charakterystycznym motywem fioletu. Walcząc ze ślinotokiem, kierowany nieokiełznaną już żądzą zatopienia siekaczy w czymkolwiek, co spłynie w następstwie do żołądka, złożyłem zamówienie na POWIĘKSZONY ZESTAW!!!
Uśmiech z mikroportem nieznacznie się powiększył, ale wydało mi się, że moje zamówienie przepłynęło przez receptory mojej karmicielki absolutnie niezarejestrowane, niczym neutrino przez skorupę ziemską w drodze z CERN do Gran Sasso w aferze nadświetlnej.
"Czy złożył pan zamówienie do mikrofonu?" - zapytał uśmiech.
"Niestety, przepraszam, nie, bo podjechałem bezpośrednio do tego pierwszego okienka, gdzie był jedynie napis, żeby podjechać tu, do pani. No więc jestem i poproszę o POWIĘKSZONY ZESTAW!" - powiedziała mniej więcej w tych słowach moja zagłodzona osoba.
"Musi pan złożyć zamówienie do mikrofonu, który znajduje się po przeciwnej stronie obiektu restauracyjnego." - zakomunikowała proceduralnie moja nadzieja na pełny żołądek.
Nieszczęśliwie dla mnie moja niezredukowana przez głód spostrzegawczość kazała mi zwrócić uwagę (tym razem świadomą) na mikroport przyczepiony do karmiącego uśmiechu oraz komputer zlokalizowany pod dłońmi, które miały mi wkrótce wydać, w co wciąż jeszcze wierzyłem, paczkę gastronomicznego zbawienia.
"Czy jeśli objadę obiekt dookoła i przemówię do mikrofonu, prosząc tym samym, co w tej chwili, głosem o ten sam POWIĘKSZONY ZESTAW, to pani odbierze to wołanie o ratunek tym genialnym wynalazkiem przymontowanym do pani szlachetnego ucha i wklepie przybyłe przez nieodgadnioną plątaninę kabli zamówienie do widocznego poniżej komputera?" - zapytała w o wiele prostszych słowach moja, co by nie powiedzieć, coraz bardziej kąśliwa osoba.
"Musi pan złożyć zamówienie do mikrofonu." Moja wybawicielka najwyraźniej się zacięła i jakby w wyraz zacięcia przerodził się również jej uśmiech. A może to brak jakichkolwiek innych klientów i spowodowana tym nuda zrodziły w niej chęć podjęcia takiej zabawy w specyficzną odmianę pomidora"? Ja jej: zamówienie/pytanie/wywód/pretensję/skowyt/rzężenie, a ona mi: "pomidor, czyli złóż zamówienie do mikrofonu"!
Mój spryt przerzucił mnie w tryb manipulacji o wyższości logicznego postępowania nad entropią:
"Czy pani nie widzi bezsensowności tej sytuacji, że zamiast przyjąć zamówienie in situ, do żywego ucha, widząc mnie, zalewającego się śliniankowym produktem trawiennym i jednocześnie nie widząc, od kiedy tu jestem, żadnego innego klienta, wrzucić to żywe słowo biegłymi palcy do oczekującej na rozkazy maszyny oraz zapakować czym prędzej tę POWIĘKSZONĄ BUŁĘ, POWIĘKSZONE FRYTY I POWIĘKSZONY PRZECZYSZCZAJACY-WSZELKI-ZARDZEWIAŁY-ZAWIAS PŁYN, że tak nazwę już moje zamówienie po imieniu, a tym samym uratować od śmierci głodowo-frustracyjnej niniejsze wywodzącego, to wysyła mnie pani dookoła wojtek, abyśmy się w tej samej materii skomunikowali z przeciwnych stron obiektu? Jaki to ma sens, proszę pani? Jaka tu i czyja potrzeba jest realizowana? Bo na pewno nie ta, która wydobywa się z pustych i burczących czeluści tu konającego!" - w o wiele krótszym i prymitywniejszym, ale niepozbawionym logiki wywodzie moja osoba zmiażdżyła słuchającą. Teraz już musiał nastąpić nieunikniony moment refleksji, przebudzenia, radości z uczestnictwa w rzeczywistości przyczynowo-skutkowej...
"Niestety, musi pan złożyć zamówienie do mikrofonu." Obok mikroportu znowu pojawił się uśmiech

Nie wiem, skąd w tak niedożywionej w tamtej chwili osobie pojawiła się tak nieokiełznana eksplozja energii. Między uchylonym oknem mojego auta i, wciąż jeszcze, uchylonym okienkiem nr 2 obiektu, przepłynęły armagedońskie fale i treści. Treści te, niemające już nic wspólnego z uporządkowanym światem przyczyny i skutku, bliższe naturze plazmy, z uzyskania której CERN dostałby Super-Nobla, nie podlegają żadnym prawom publikacyjnym w naszym obszarze kulturowym i jako takie zostaną we wstydliwej pamięci piszącego te słowa.

Dosyć na tym, że moja, niedoszła już, karmicielka, tkwiąc wyjątkowo silnie w świecie procedur, życzyła mi miłej nocy, po czym zasuwając okienko nr 2, z powiększającym się wyraźnie uśmiechem, partnerem mikroportu, odwróciła się do przyglądających się tej niewinnej scence przyjaciółek, zanurzając się w oceanie sadystycznej satysfakcji, podsyconej niewątpliwym podziwem koleżanek. Moja klęska była całkowita. Kryształowa logika, skuteczna manipulacja, gra na współczucie - to wszystko rozbiło się w puch o niewzruszoną skałę biernej przemocy z użyciem funkcji, stanowiska lub pozycji.

Jedynym pocieszeniem był zanikły głód...  

Gacek, trochę spóźniony, ale również wniósł swój wkład w spisową Orkiestrę :) 
PODPIS
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...