(...) Niewiele ponad tydzień temu adoptowałam najbardziej uroczego szkraba, jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi. Luizjana jest wychowanką jednej z nieciekawych wrocławskich ulic. Trzy miesiące, które sobie liczy, przeżyła, naturalnie unikając kontaktu z człowiekiem. Jest jeszcze płochliwa i najbezpieczniej czuje się pod kanapą, ale wystarczy zacząć drapać ją za uchem, aby nagle zmieniła się w mruczącą kulkę z impetem wtulającą się we wszystko, co znajduje się na horyzoncie (moją twarz głównie). Znajomi przychodzą do mnie i śmieją się, że trąbię o kici, a jej nie widać – i, cóż, na razie to prawda, ale pracujemy nad jej nieśmiałością, nieustannie obserwując godne podziwu postępy! Najpierw pierwsza typowo kocięca reakcja na zabawkę była rarytasem, za jakiś czas już Luizajna wystawiła nos w towarzystwie obcych, a zanim ktokolwiek się obejrzał, brawurowo atakowała sznurówkę siedzącego na kanapie gościa! Mnie każdy ten progres cieszy, co najmniej jakby dziecko stawiało pierwsze kroki. Dziś rano pierwszy raz wgramoliła mi się sama z siebie do łóżka i wyraźnie dała do zrozumienia, że moja sześciogodzinna przerwa na sen to dla niej trochę za długi odstęp w pieszczotach. Mam z nią dobrze, bo zawsze doskonale wiem, co próbuje mi zasygnalizować. Wiecie, ma bardzo sugestywne spojrzenie. Oczu w kolorze dyniowego vinaigrette!
Oraz w mejlu:
Dobry wieczór. :)
Tak, dogadujemy się coraz lepiej! (dosłownie - ostatnio kicia jest już na tyle śmiała, że komunikuje mi swoją potrzebę zabawy, głośno miaucząc, wcześniej jej się to nie zdarzało). Chowa się jeszcze czasem pod kanapę, ale już chyba tak z przyzwyczajenia, teraz większość czasu spędza raczej na niej. :) Chodzi po mieszkaniu, kiedy jestem na nogach - to ogromny postęp. Bawi się oczywiście jak szalona wszystkim, co znajdzie; mamy też za sobą pierwszą pogryzioną okładkę książki i rozkopaną doniczkę. Teraz zdaję sobie sprawę, że minęło tak naprawdę sporo czasu, nie wiem, kiedy to zleciało, naprawdę. Więc te postępy nie są takie ekspresowe, jak mi się wydawało, ale nie da się tego odczuć, może dlatego, że każdego dnia jest choćby minimalny kroczek w przód. No a nawet jakby się dało, to są warte czekania!
Pozdrawiamy.
PS. Załączam zdjęcie z kamerki, jak odpisywałyśmy na mejl. ;) Od pieszczot nie ma odpoczynku, wystarczy się wgramolić na biurko, przy którym pracuję!
**********
Doczekaliście się. Cudowne wieści od Agnieszki, czyli od Buraczka i Rzepki. :)
Mejl nr 1:
Gosiu, wczoraj był szalony dzień - nasi znajomi, miłośnicy czworonogów, odwiedzali maluszki, były ochy i achy, kociaczki dostały nowe zabaweczki, puszeczki mokrego jedzonka - a przecież mikołaj dopiero w grudniu. Podczas wizyt były niezwykle grzeczne i robiły swoje niewinne anielskie minki. :)) A jak goście sobie poszli, to wreszcie nastał czas upragnionych zabaw, czego dowodem jest krótki film i zdjęcia. To były 3 godziny szaleństwa. Pod koniec zabawy Maciej puścił im muzykę relaksacyjną z obrazem pływających rybek - ale mieliśmy ubaw! Buraczek i Rzepka siedziały jak zahipnotyzowane i wpatrywały się w ekran komputera, a potem po prostu padły ze zmęczenia. :)))
To tyle newsów na dziś. Pozdrawiam gorąco!
Agnieszka
Mejl nr 2:
Witaj, Gosiu, dni szybko mijają, a maluszki czują się coraz swobodniej i pewniej. Buraczek to niesamowita gaduła, a Rzepka od dwóch dni mu wtóruje. Wystarczy, że zacznę rozmawiać przez telefon, a już wskakują mi na kolana i zaczyna się gaworzenie - jeden przez drugiego się przekrzykują. :))
Dziś byłam z nimi u weterynarza na odrobaczaniu; co za stres... Buraczek schował się pod kocem w transporterze i udawał, że go nie ma w ogóle, a Rzepka trochę pomiauczała przy badaniu temperatury - wiadomo, niezbyt to przyjemna rzecz. Dopiero podczas obcinania pazurków nieco się uspokoiła. Buraczek jako drugi był badany - też trochę pomiauczał, nie chciał dać się zważyć, wiercił się i kręcił - no ale w końcu się udało.
Podczas badania Buraczka Rzepcia dostała jakiegoś szału, drapała transporter i za wszelką cenę chciała ratować Buraczka. :) Ona jest niesamowicie opiekuńcza w stosunku do niego.
Maleństwa odetchnęły z ulgą, gdy z powrotem znalazły się razem w transporterze - Buraczek wlazł pod koc i znów udawał, że go nie ma, a Rzepcia zasnęła podczas drogi powrotnej do domu.
W domu od razu rzuciły się na suchą karmę i poszły spać. W międzyczasie nawaliły dość sporo luźnych kupek... Masakra... No ale to podobno normalne po tej paście na odrobaczanie.
Reasumując - pani doktor powiedziała, że są zdrowe, Buraczek waży 0,9 kg, a Rzepka 0,85 kg. Mają jeść na razie tylko suchą karmę, bo Buraczek miał moim zdaniem trochę za luźne kupki. A po dzisiejszym odrobaczaniu to już oba kotki takie mają...
To tyle newsów!
Pozdrawiam serdecznie.
Agnieszka
![]() |
| Kocie selfie. :) |
Takie wieści bardzo radują! Następnym razem zdjęcia Igi i Jagi (KaliMali). Czekają w kolejce.

Komunikat kalendarzowy: moje plany wysyłki wczoraj nie doszły do skutku. Z prostego powodu - nie dotarły do mnie jeszcze kalendarze. Mam już potwierdzenie, że będą dzisiaj. Zaglądnijcie tu raz jeszcze, to potwierdzę, jak tylko przyjdą.
Jestem zwarta i gotowa do operacji WYSYŁKA, która to będzie sporym przedsięwzięciem. Staram się przygotować wszystko tak, aby nie pomieszać zamówień. Poza tym ogromnie zależy mi, żeby kalendarze nie pogniotły się. Mam już poadresowane koperty i powycinane w części kartoniki, którymi będę je zabezpieczać. Dziś po pracy będę wszystko pakować, a jutro skoro świt wyruszam na pocztę. Takie są plany. Nie możemy z Haną i Marią doczekać się, kiedy zaczniecie je dostawać! Takie jesteśmy ciekawe, czy Wam się spodobają! Prawda, Wspólniczki? :)
10:20
SĄ! PRZYJECHAŁY! Nie wiem, może ja już jestem jakoś skażona tą pracą, tak mile ją wspominam, że nie jestem obiektywna, ale one są przepiękne! Szczególnie BIAŁA KURA to perełka nad perełkami! Białe kruki mogą się schować w mysią dziurę. :)
Dziś czeka mnie pracowity wieczór. :)







-001.jpg)









