wtorek, 24 lipca 2018

Wpis powrotny JolkiM, czytaj: Marnotrawnej, z gwoździem, czytaj: Kamykiem, cz. 2

Część pierwsza TU: KLIK.

Na czym to skończyłam? Aha, na konkursie. No więc głos dochodzi... Tak, tak, gdzieś ze środka,  jakby z głębi plastików za/nad kierownicą. Załamka! Musiał tam wleźć (czego do tej pory absolutnie nie chciałam dopuścić, choć żadne inne rozwiązanie mi się nie zgadzało) przez niewielkie otwory na kable za pedałami gazu i hamulca. 

To tędy się maluch przedostał w czeluście mojego autka.

I tutaj się znalazł, i to stąd się do mnie, dość oszczędnie zresztą, odzywał.
I to tutaj, w najczarniejszej dziurze, widziałam kłaczki sierści koteczka. :]

Małego słychać jeszcze kilka razy, więc mam już niestety pewność, że siedzi we "flakach" samochodu. Dokładniejszą lokalizację otrzymuję, gdy nagle dostrzegam jego sierść lekko wystającą ze szczeliny w kąciku pod kierownicą i desperuję, bo nie wyobrażam sobie, jak można go stamtąd wywabić. Gdyby to był "normalny", czyli np. mój osobisty, kot, to pewnie by wyszedł jak wszedł, ale ten jest dziki, wystraszony... Lecę po saszetkę do sklepiku przy lecznicy, żeby go zapachem skusić. Nic z tego. Odpalam silnik, pukam w te wszystkie plastiki - nic! Dzwonię do mojego mechanika i wypytuję, co robić, czy mu coś grozi, czy można go jakoś stamtąd wyjąć, a ten odpowiada, może nieco na odczepnego, niezbyt zachęcająco, że trzeba pół samochodu rozebrać. Nie wiem, co robić, spóźniam się do pracy coraz bardziej, zaraz trzynasta, a o tej godzinie zaczynają się zajęcia z dziećmi. I wtedy genialna myśl: telefon do serwisu Mercedesa, który mam w komórce jeszcze z czasu niedawnej wymiany szyby. Dzwonię, streszczam sprawę i dowiaduję się (hurra!), że można go wydobyć, ale trzeba rozkręcić plastiki; sama tego nie zrobię - zielona i bez narzędzi. Pytam, czy mogę tym samochodem jechać, czy nic nie grozi kotu. Odpowiedź brzmi: raczej nie - układ kierowniczy, te sprawy. Brr! Pytam więc, czy oni mogliby przyjechać na ul. Norwida w Słupsku, to jakieś dwa-trzy kilometry od serwisu. Pan obiecuje, że pośle tam chłopaków, jak się wyraził, i zapisuje mój numer telefonu. Czekam. Stoję, drepczę przy samochodzie, czekam. Nie trwa to długo, chyba niespełna kwadrans, ale mnie się oczywiście bardzo dłuży. Dzwoni telefon i słyszę, że będą za kilka minut. Umilam sobie czekanie domniemaniem, ile mnie to będzie kosztować. Przyjeżdżają - pan w białej koszuli i pan w kombinezonie z jakimś śrubokrętem i czołówką na głowie. Pan z narzędziem czołga się i gmera pod kierownicą, ale niewiele może zdziałać poza zdjęciem obudowy bezpośrednio pod kierownicą, bo coś tam nie pasuje, potrzebne mu jeszcze jakieś inne narzędzia. Pan w koszuli sugeruje dowiezienie kolejnych, a ja myślę gorączkowo: koszty rosną. Jednak po chwili obaj dochodzą do wniosku, że będzie lepiej, jeśli to ja pojadę do serwisu - w miejscu, w którym jest kociak, nic mu nie grozi podczas jazdy. Na wszelki wypadek nie włączam radia i nasłuchuję, gotowa w każdej chwili natychmiast stanąć, ale nic się nie dzieje. Zajeżdżam, parkuję gdzieś z boku, a pan w koszuli zaprasza mnie do stanowiska naprawczego, pan w koszuli zamyka bramę, żeby zwierzak nam nie nawiał - z wdzięcznością zauważam jego troskę i zapobiegliwość. Ale i myśl mi się tłucze po łbie, że koszty rosną. Pan w kombinezonie wraca skądś z różnymi przyrządami i przystępuje do działania. Rozbebesza panel z radiem, wydobywa je i naszym oczom wreszcie ukazują się giry kotka - cokolwiek pomieszane z wiązkami kabli. Głowy nie widać, ma ją najwyraźniej wsuniętą w przestrzeń ponad skrytką na radio. 

Tu się ulokował pomysłowy Kamyczek. 
A właściwie to tutaj było widać tylko jego łapki, 
głowa była "zatknięta" powyżej, w szczelinie ponad miejscem na radio.

Plątanina kabli.

A tak chwilowo wygląda wnętrze mojego samochodu, 
gdyż radio przy okazji ma trafić do naprawy z powodu usterki odtwarzacza
- nie spowodowanej akcją, lecz wcześniejszej. 
Przynajmniej się zmobilizowałam wreszcie 
do podjęcia jakichś kroków w tym celu. ;)

Próbujemy kotka wyciągać, ale on sam nam tego absolutnie nie ułatwia - zawziął się czy co? ;) Pan walczy dalej z panelem, a ja wabię malucha sosem z saszetki, ale ten zamiast oblizywać mi palce i wychodzić za nimi jak za przynętą, gryzie je zachłannie i coraz to się cofa. Boję się o nieco już poturbowane palce. Przyjazna pani zza szklanej ściany przynosi mi łyżeczkę, którą teraz podaję żarełko. Maluch znów wyściubia głowę, potem się chowa, znów próbuje. I wtedy stawiam wszystko na jedną kartę - pcham w dziurę z kotem własną kończynę, jednocześnie wysyłając kotu błagalne myśli, żeby mi jej nie odgryzł. Kot, kosmos, a może sama pani bozia mnie chyba wysłuchała, bo ten mały prztymucel nagle staje się miękki i uległy, daje się chwycić i wydobyć! Triumfalnie podnoszę malucha ułapionego już bezpiecznym uchwytem na karku i pokazuję wszem wobec, czyli także pozostałej części załogi serwisu BMG Goworowski za szklaną ścianą. Dziękuję panu w kombinezonie i pytam, ile mnie to kosztuje, a on, zgadnijcie, że nic! Zapytany o to samo pan w koszuli potwierdza, że nic nie płacę! Ogromna wdzięczność i radość. Dziękuję im, żegnam się, odjeżdżam - wciąż na pozytywnej adrenalinie. :)
Cudownie jest spotykać na swojej drodze dobrych ludzi.

Po drodze jeszcze do lecznicy, ale nadal jest tam kolejka, więc jadę najpierw do pracy, a lecznicę załatwiam już po niej. Kot zdrowy, na miejscu dostał tylko preparat na robale i porcję na dwa kolejne dni. Oczy czyściutkie, dupka też, na szczepienia za wcześnie. Waży 700 gramów.

Kamyczek.

***

Napisałam, że to dziesiąty kot w domu? Napisałam. Powinnam jednak dodać, że CHWILOWO dziesiąty. Ten kotek - i mówię to z przekonaniem także, a może przede wszystkim, do siebie - nie zostanie w naszym domu. Z różnych względów, także ekonomicznych. To dlatego tak pędzę z tym postem, tak naprawdę to dlatego ten mój powrót. Opisuję tutaj całą tę przygodę, bo SZUKAM DOMU dla tego malucha. Szukam natychmiast, zanim tak się z nim zwiążę jak z zeszłorocznym Kotonem, jak z Pimpkami - Ciemniakiem i Jaśniakiem) sprzed dwóch, czy może już trzech lat. Jak z Kitą sprzed bodajże czterech.
Sami widzicie, że trzeba działać szybko, także zanim mój świętej cierpliwości Pan Mąż, uznawany dotąd przeze mnie za bezpiecznik w tym względzie  (choć ten bezpiecznik nie zadziałał w przypadku Kotona, któren go ujął swoim urokiem i sprawił, że rok temu po sprowadzeniu dziewiątego kota nie zostałam spakowana razem z nim i wyprowadzona z domostwa), cierpliwość swą utraci...

Pomożecie?
Wiem, że tak! :)

I to by było na tyle w kwestii przygody.

Jeszcze tylko skorzystam z okazji i także tutaj  bardzo serdecznie podziękuję przesympatycznym, uczynnym panom z serwisu BMG Goworowski w Bolesławicach koło Słupska, Panu Adamowi (w kombinezonie) oraz Panu Andrzejowi (w koszuli). :) Wspaniali ludzie, z sercem, zrozumieniem, empatią.
Bardzo dziękuję, także w imieniu Kamyczka!


JolkaM

53 komentarze:

  1. A to ci Kamyczek, trochę do Myka podobny :)
    Miałaś szczęście Jolu, że na zwierzolubnych trafiłaś, jest ich chyba coraz więcej.
    Trzymam kciuki za wspaniały dom dla niesfornego Kamyka, co to tak sobie sprytnie znika, nadzieja, że mu to nie wejdzie w krew ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A i zauważ, Mario, że Kamyk zawiera w sobie... Myk. To musi dobrze wróżyć. :)
      Szczęście do ludzi rzeczywiście chyba mam - nie raz się już z różnych tarapatów wymiksowałam z ich życzliwą pomocą.

      Usuń
  2. to co? gdyby nie Kamyczek to nie chciałbyś już nas "znać"? tak jakoś wyszło w podsumowaniu :( Gosia ma do tego wielki talent więc może uda się znaleźć małemu inny dom, zanim się w Waszych sercach zadomowi :) trzymam kciuki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważna jesteś, Elu, skrupulatnie czytałaś. ;)
      Napisałam bardzo szczerze tak jak czułam w tamtej chwili, nagliła mnie przecież głównie sytuacja z kociątkiem. A że już kiedyś podobną sytuację przegapiłam, zwlekając z zajęciem się szukaniem domu Pimpkom, co skończyło się ich pozostaniem u nas, bo zbyt się przywiązaliśmy, to i powiem Ci, że rzeczywiście głównym impulsem było właśnie nagłośnienie sprawy koteczka. Inna rzecz, że już od miesięcy, jeśli nie dłużej przemyśliwałam powrót "na łamy". Trochę z lenistwa, trochę z zajętości, może z braku zorganizowania, a także ze względu na okoliczności zawodowe, nie mogłam się zmobilizować. Ja to zawsze potrzebuję jakiegoś kopa w takich momentach. No i przyszła presja i kop, i jestem. ;)

      Ściskam Cię mocno!

      Usuń
    2. ważne, że jesteś :) i nie znikaj nam na zawsze, chociaż czasem "daj głos", bez kopa! ściskam :)

      Usuń
  3. Witaj Jolu mam nadzieje,że Kamyczek znajdzie kochający dom.No i miło Ciebie usłyszeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosiu, ja także mam nadzieję, że kogoś kochanego ten cudowny kotek uszczęśliwi. Jest obłędny i bardzo by mi pasowało, żeby został u nas, zwłaszcza że już się nieźle zadomowił i biega za mną jak za matką. A i ja go już bardzo, bardzo lubię, żeby nie powiedzieć kocham. Ale tak być nie może, muszę znaleźć mu inny dom.

      Usuń
  4. Słodki ten kamyczek a zarazem nieziemski łobuz. Sama bym się bała z nim jechać gdziekolwiek bojąc się, że jakiś kabel czy cokolwiek w aucie zabije biedne i niewinne zwierzątko.
    Dobrze, że znaleźli się mili panowie, którzy pomogli a nie zaraz jak to niekiedy bywa "drzymordy".
    Serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panowie z serwisu ogromnie mi pomogli, okazali się przyjaźni, wyrozumiali, empatyczni i bardzo mili. Jestem im bardzo wdzięczna.

      Pozdrawiam Cię, Sikoreczko. :)

      Usuń
  5. Ha! Zgadłam lokalizację!
    Ooooo tak! Kamysiowi potrzebny własny dom. Nie to, żeby Twój był zły, ale przegęszczenie w stadzie też nie sprzyja komfortowi i jakości życia WSZYSTKICH - ludzkich i zwierzęcych - członków stada. Wiem coś o tym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Widać, że dla Ciebie przygody ze zwierzorami to też nie jakaś pierwszyzna. ;)

      Pozdro, Piesu! :)

      Usuń
  6. Co za historia! Ale i co za kociak! Wieszczę, że wyrośnie na kogoś niezwykłego!
    To poudostępniamy na fb, no nie?
    Galia Anonimia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Twarzak jest idealny do takich akcji.
      A że Kamyczek jest wspaniały, to już jest całkiem pewne. To mądry i rezolutny koteczek. Wspaniale się już załatwia w swojej osobistej, choć prowizorycznej, kuwecie. Ale także w domu wytropił inne (przy tylu kotach jest ich sporo, a i do dworu kotki mają dostęp - Kamyk jeszcze nie) i tam też trafia bezbłędnie. Zuch z niego! :)
      Komuś przypadnie niezły skarb. I mimo bólu serca nie będę tego żałować. Ale musi to być ktoś wyjątkowy. ;)

      Usuń
  7. A to mały łobuziak. O mało się nie udusiłam czytając z zapartym tchem.
    Panom należy się podziękowanie, okazali się z jak najlepszej strony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, tak, dobrzy to ludzie i jestem im ogromnie wdzięczna.

      Usuń
  8. No i wszystko wiadomo. Będę każdemu mówić, że znam taki serwis koło Słupska i panów polecać :-) Jolko, jak dobrze, że wróciłaś. Kamyczek prześliczny. Żeby tak mój mąż zgodził się mnie nie wyrzucić :-/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, ci mężowie, czemuż nie zawsze nas rozumieją...

      Panowie z serwisu - rewelacja! :)
      Koleżanka z pracy całą akcję skomentowała mniej więcej tak: szkoda, że nie filmowałaś, wygrałabyś internety. I to jest całkiem prawdopodobne. :)

      Usuń
  9. Cudnie opowiedziana historia Kamyczka. Trzymam kciuki za niego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! I... dziękuję! :)
      Aha, i pozdrawiam Cię, Bezowo!

      Usuń
  10. Ojacie, Jolko, wróciłaś z Kamyczkiem i przytupem! Jest śliczny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. Powinien się nazywać Zaworek. A jeśli to dziewczynka to Klema.

      Usuń
    2. He, he, Zaworek! :) Klema odpada, bo to z całą pewnością chłopaczek. A imię dostał od guazu, na którym tak strasznie wrzaskiwał. Na razie się przyjęło, pasuje do niego. Ale ostateczne imię dostanie w nowym domu, mam nadzieję, że prędko i że w bardzo dobrym. Amen.

      Usuń
  11. A to spryciarz! Pierwszy happy end jest, zatem wierzę, że i dom kiciul znajdzie, aby para szczęśliwych zakończeń się stała. Trzymam kciuki i udostępniam.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wczoraj napisałam "Jol" - dziś kończę Jol-kaaaaa! Warto było czekać na ciąg dalszy! Ale przygoda! A swoją drogą historię Leśnej znamy, opisywałaś. A Koton, Pimpki, Kita & inne? Opisz kiedyś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opiszę, taki mam plan na najbliższy czas. Zwłaszcza z Kotonem było ciekawie, ech!
      Mam też coś jeszcze w zanadrzu, co może zaciekawić dawnych i dość stałych czytaczy. Tylko cierpliwości! :)

      Usuń
  13. To dopiero historia! Zarówno jeżąca włos na głowie jak i zabawna:) spryciarz z tego Kamyczka, tak się schować! Podobno jak kotu głowa przejdzie przez dziurę, to przejdzie cały - i oto przykład:))) Panowie serwisanci super, więcej takich:)
    Okazuje się, że mój wierszyk był proroczy - zrobiłaś ruch w sprawie i wyciągnęłaś Kamyka z samochodowych czeluści ku naszej zabawie i radości:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Ninko, gdy wczoraj czytałam Twój wierszyk, od razu pomyślałam, że jest bardzo adekwatny. Masz nie tylko talent, ale i nosa, czyli prawdopodobnie intuicję! :)
      Panów Adama i Andrzeja wychwalam potężnie. Zresztą w ogóle czułam tam dobrą atmosferę i życzliwość. :)

      Usuń
  14. o matku bosku....jak to dobrze, ze obylo sie bez ofiar (poza Twoja reka).
    czy pan w koszuli byl tez w spodniach?
    w ogole panowie serwisanci powinni dostac pochwale na skale wielka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja ręka już zagojona, nie było tak strasznie, choć krwawiła mocno, bo to opuszka palca, tuż przy paznokciu. Widać jednak mi Kamyczek w swej łaskawości zbyt wielu bakterii tam nie zadał, bo zagoiło się pięknie. ;)

      Taak, Krysiu, czekałam, aż ktoś mnie o tę kwestię zagadnie. ;) Przyjmijmy, żartobliwie, że koszula była dostatecznie długa (dajmy na to na skalę wielką). ;)

      Usuń
  15. Oz te koty....potrafią się schować .....wielkie brawa dla panów z serwisu 👏 I dla Ciebie Jolu 👏Trzymam kciuki aby kociak szybko znalazł domek 👊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, wszystkie kciuki się przydadzą. I ewentualne wici i udostępnienia. Przyznaję, że liczę na rozgłos Gosi FB i na udostępnienia, bo moje konto to bardziej takie niemrawe jest. :]

      A panom z serwisu życzymy jak najwięcej dobrego, wszelkiego dobrego!

      Usuń
  16. Mój Mąż zrozumie twojego Męża. Co za historia. Powodzenia. 10 to taka okrągła liczba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, powodzenie nam się przyda - trzymaj kciukasy! :)

      Usuń
  17. A to sie porobilo. Dobrzy ludzie jednak sa na swiecie. Trzymam kciuki za domek dla Kamyczka ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, trzymaj koniecznie!

      Co do dobrych ludzi - tak, wciąż i mimo wszystko wierzę, że dobrych jest więcej. Tyle że dobro trudniej się przebija przez prawdopodobnie silniej nagłaśniane (i pewnie także silniej odczuwane) gorsze - żeby nie używać słowa na "z". O!

      Usuń
  18. No to miałaś niezła przygodę !
    A Panom z serwisu wielkie ukłony się należą.
    Ukłon :)
    Czyli znów znikniesz po akcji z Kamyczkiem ??? :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie zniknę. ;) Ćśiiii...
      :*

      PS. Ukłon podwajam. :)

      Usuń
  19. Witaj Jolko M! Co za historia, i jaki Kamyczek sliczniutki, kotek odzyskany, niech prędko znajdzie dobry dom ! Panowie bardzo w porzo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, superowi! Każdemu w kłopotach takich dobrych ludzi życzyć!

      Kamyczek także wspaniały, mądry, rezolutny i bardzo zabawowy - jak to dzieciaczek. :)

      Usuń
  20. Jaki on piękny! :)
    Ale też mam 8 więc ja tylko udostępniam itd bo też mnie z torbami wysadzą w końcu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, my "zbieraczki" znamy ten ból...

      Pozdro, Drevni! :)

      Usuń
    2. Ok choć marzy się kotek zza Gosi drzwi :)

      Usuń
  21. No i gdzie się podziała, ha?
    Wlazła na te blogi na chwilę, ogonem (Kaysiowym z braku własnego) zamietła i pooooooooszła!
    I tyle ją widzieli. Kometa jedna!
    A TU LUDZIE CZEKAJO!
    Na więcej zdjęć Kamyczka.
    Co ja mam ludziom pokazywać dla zachęty? Te dwa marne zdjątka i deskę rozdzielczą?
    To się spytają, co chcesz oddać kota czy samochód.
    Więcej Kamyczka poproszę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piesu, chwilunia, zaraz bedo zdjęcia, sie robio.
      Bo ja zarobiona, ale w zasadzie od dzisiejszego popołudnia wolna - bowiem urlop podjęłam! :) Raz-dwa się pozbieram, przeorganizuję i jutro już coś wrzucam.

      Pozdro!

      Usuń
  22. JolkoM, chciałam napisać coś zabawnego, dowcipnego a nawet poruszającego, bowiem od dłuższego już czasu zastanawiałam się, czy zapytanie w Kurniku "co się dzieje z JolkoM .?" będzie nietaktem ?. Czyli że telepatia i takie tam. Nie napiszę, bo....Bo - wzięłabym Kamyka, oj, wzięła, tylko dopiero we wrześniu... Jeśli nikt go wcześniej nie zechce przytulić i on nie wtuli się w Wasz dom to jestem.
    Serdeczności dla Ciebie :).
    Barbara Rabarbara

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany, Rabarbaro, ale mnie zaskoczyłaś, dobra kobieto... Czy wiesz, że ja choć raczej tak milkliwie, myślowo i mentalnie, to kontaktuję się z Tobą wcale nie rzadko? :)
      Propozycję Twoją jak najbardziej biorę pod uwagę, wrzesień nie stanowi tu czegoś odstraszającego mnie absolutnie. Jednak najpierw, jeśli pozwolisz, chciałabym sprawdzić pewną opcję, która się niemal w tej samej chwili pojawiła co Twoja propozycja.

      Tymczasem ściskam Cię bardzo mocno, bardzo, bardzo mocno.

      ♥♥

      PS. Powiem Ci w zaufaniu, że Kamyczek jest takim skarbem, że już się nieźle w nas wtulił, ale rozsądek jeszcze wciąż mówi "nie". Łatwo nie jest się z nim (z tym gupim rozsądkiem) zmagać, ale świadomość, że Kamyś poszedłby w bardzo dobre ręce, na pewno trochę osłodziłaby mi tęsknotę i smutek z powodu rozstania. Ech...

      :**

      Usuń
  23. Na wszystkie opcje pozwalam :), rozumiem, że wcześniej i bliżej ma znaczenie. Z rozsądkiem tym to trochę jak z tą miłością u Tuwima " a zegar tyka nigdy, nigdy... a serce bije zawsze, zawsze..." :). Ciężko. Też staram się trzymać rozsądku - mogę mieć pięć kotów. To spokojnie na nie czekam :)). Barbara

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja potwierdzam, że można mieć osiem i uznać ze ósemka kopnieta to znak nieskończoności, co już oznacza że każdy kolejny nie przejdzie :P tak sobie to tłumaczę ja. 9ty jest Salem u mojej mamy który miał skręcamy ogon kiedyś kilka lat temu.

      Usuń
  24. i like so much...Thanks for sharing the good information!
    ไฮโลออนไลน์

    OdpowiedzUsuń

Fajnie, że piszesz! Pisz, komentuj, daj znak, że jesteś!
Dobrej energii nigdy za wiele. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...