piątek, 20 lipca 2018

Rocznica Marty

Bardzo dziękuję za każdy komentarz pod poprzednim, smutnym, postem.
To naprawdę niezwykłe, że jestem otoczona ludźmi, którzy są mi tak bardzo życzliwi.
Od początku mojej działalności na rzecz zwierząt spotykam się z ogromnym wsparciem koleżanek blogowych oraz całkiem obcych osób, z których część staje się z czasem koleżankami, a niektóre wręcz przyjaciółkami.
A jednak ostatnio brakowało mi osoby z którą mogłabym dzielić niepokoje i lęki związane z tymczaskami. Czułam się bardzo samotna z tymi rozterkami, a mam ich mnóstwo przy moim charakterze i dążeniu do robienia wszystkiego (związanego z DT) najlepiej. Brakowało mi osoby, która by je ze mną dzieliła i była na tyle zorientowana w aktualnej, dynamicznie zmieniającej się sytuacji, by rozumieć i czuć. Która, po prostu, by trochę żyła tym co ja...
Skąd o tym wiem, że mi jej bardzo brakowało? Nie wiedziałam, ale potem pojawiła się Ewa!
Ewa jest jedną z osób, które adoptowały ode mnie kotka (to słynna kotka Marta, o której niżej), a potem jakoś tak krok po kroku pokazała mi, że myśli tak jak ja, że mamy ten sam system wartości i tę samą potrzebę odpowiedniego zajmowania się potrzebującymi zwierzętami. Obie nie lubimy epatować nieszczęściami, ani szokować, za to chcemy zarażać miłością do tych wszystkich wspaniałych futerek. 
Ewa jest 20 lat młodsza, ma wiele chęci do działania i kiedyś, jeśli będzie chciała, z radością przekażę jej to swoje dziecko jakim jest Za Moimi Drzwiami, by mogło żyć dalej z korzyścią dla zwierząt. :)


Rok temu kotka Marta opuściła progi Za Moimi Drzwiami. 
Z tej okazji Ewa napisała:
"Dziś mija rok, odkąd Marta stała się członkiem naszej kocio-ludzkiej rodziny. 😊 Pamiętam, jakby to było wczoraj, 8 lipca 2017 roku o godzinie 11 przekroczyliśmy próg Za Moimi Drzwiami, by odebrać Martę, wtedy pannę piwnicznkę zwaną Czeko. 😊 Kilka dni wcześniej zawitałam w progach Gosi, by przedstawić siebie, opowiedzieć o nas i naszych kotach i prosić, by powierzyła nam tę małą, sześciotygodniową puchatą istotkę.
Do adopcji kolejnego kota przymierzałam się od wielu tygodni, ponieważ wszystkie fundacje błagały o adopcje, wiadomo sezon wakacyjny charakteryzuje się ogromnym zakoceniem i zastojem w adopcjach. Chciałam małego kotka, ponieważ przy dwóch dominujących kotach bałam się wprowadzić dorosłego osobnika. Wiedziałam, że musi to być kocię z DT, ponieważ zmniejsza to ryzyko przyprowadzenia chorego kota. Zależało mi na kocie uległym, ponieważ oba starszaki są wyjątkowo dominującymi jednostkami.
Przez wiele tygodni przeglądałam strony wszystkich znanych mi wrocławskich fundacji, nie mogąc podjąć decyzji. Ciągle się wahałam, choć serce mi się rwało do ratowania choć jednej kociej duszyczki. Od strony do strony natrafiłam na Za Moimi Drzwiami. Przeczytałam posty na FB, a także Gosinego bloga i zakochałam się w tym miejscu. 😊 Wiedziałam, że jeśli kot, to tylko stąd!
I wtedy zobaczyłam JĄ! 😊 Moją Martę. Małą, czarną, puchatą kuleczkę. Wiedziałam, że to mój kot, po prostu wiedziałam. 😊 TA i żadna inna! Pokazałam zdjęcie mężowi i decyzja zapadła, skontaktuję się z Gosią.
Od razu powiedziałam, że chciałabym adoptować to małe czarne cudo, ponieważ wiem, że czarne koty nie są popularne. Razem z Gosią uważałyśmy, że Marta jest taką małą gapcią i idealne dopasuje się do dwóch dominujących kotów. W kocim pokoju było wiele słodkich kociaków, ale kiedy wzięłam małą Martę na ręce, nie miałam wątpliwości, że jesteśmy sobie pisane. Ona tak na mnie spojrzała, z taką miłością, 😊 aż się Gosi łza w oku zakręciła.
Dzień później zadzwoniłam z informacją, że jestem zdecydowana przyjechać po koteczkę.





W sobotę punktualnie o 11 stawiliśmy się z transporterkiem po nasze nowe kocie dziecko. 😊Spakowaliśmy ją i pojechaliśmy. Już w taksówce Marta pokazała, że jest wszystkim tylko nie gapcią. Jak ona krzyczała, serce mi pękało! Po drodze zajechaliśmy do lekarza na ogólne oględziny i pierwsze słowa pani doktor brzmiały: „Ależ ona jest charakterna! Będziecie się z nią mieli!” 😊
Drugiego dnia Marta została wypuszczona na salony i zapoznała się z rezydentami. 15 minut zajęło jej obejście mieszkania i przysięgam, że ten kot powiedział sobie wtedy: „Aha, to wszystko od teraz jest moje!”. Od pierwszych minut ustawiała rezydentów, decydując, czy mogą się daną zabawką bawić i czy mogą spać akurat w tym miejscu. 😉 Nie było w niej żadnego strachu. Nie miała oporów, by pacnąć w nos dużo większego Fonsa tylko za to, że odważył się podejść i ją powąchać.





Pierwsze tygodnie z Martą nie były łatwe. Nasza starsza kotka ciągle na nią syczała, nie chciała przebywać z nią w jednym pomieszczeniu, co przy 34 m2 mieszkaniu nie jest łatwe. Marta miała problemy z brzuszkiem, które - jak się okazało - były wynikiem nietolerancji pokarmowych. Problemy z jelitami powodowały bolesne wzdęcia i wymagały leczenia. Trochę nam zajęło, zanim wszystko minęło, a Marta była całkowicie zdrowa. Choć było ciężko i stres z tym związany nie pozwolił mi cieszyć się właściwie z tej adopcji, to nie żałuję, że Marta do nas dołączyła. Nie zamieniłabym jej na żadnego innego kota. 😊 Choć kocham wszystkie nasze koty, to Marta jest dla mnie wyjątkowa, bo to właśnie mnie wybrała na opiekuna. Ale Marta jest dla mnie szczególna z jeszcze jednego powodu. 😊






Wielokrotnie zastanawiałam się, dlaczego właśnie ona, spośród tak wielu kociaków, które oglądałam na zdjęciach, skradła moje serce. 😊 Kilka miesięcy temu znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. To dzięki Marcie poznałam Gosię, która dała mi szansę na współtworzenie tego cudownego miejsca, jakim jest Za Moimi Drzwiami. Jeszcze przed adopcją Marty próbowałam podjąć wolontariat we wrocławskich fundacjach, ale nie było z ich strony zainteresowania. Okazało się, że nie jest tak łatwo stać się wolontariuszem. Czułam, że wpłacanie co miesiąc pieniędzy to za mało, że mogłabym robić coś więcej. I wtedy Gosia przyjęła mnie pod swoje skrzydła i znalazła miejsce dla moich umiejętności, za co będę jej dozgonnie wdzięczna. 😊 Prócz tego zyskałam PRZYJAŹŃ, którą niezwykle sobie cenię. Gosia jest niesamowitą osobą, ciepłą, pełną życiowej mądrości. Głęboko wierzę, że los postawił JĄ na mojej drodze nie bez powodu. Cenię JĄ i szanuję za wszystko, co robi dla bezdomnych zwierząt, za mądry sposób, w jaki im pomaga. I tak oto, drodzy czytacze ZMD, Gosia podarowała mi Martę, a Marta podarowała mi Gosię. 😊"

A mnie Marta podarowała Ewę. Same korzyści z adopcji! :)

PODPIS

PS. Następny post napisze JolkaM. Obiecała! Ma o czym, ma! ;)


25 komentarzy:

  1. No i wychodzi na to ze cos zawsze jest z jakiegoś powodu i z czasem okazuje sie dlaczego :)
    a co do adopcji maluchów to najczęściej wlasnie do dorosłych najłatwiej takiego młodzika wrzucić. U mnie dzisiaj wlasnie mija 5 lat kiedy adoptowalam Aimèe :) sikun recznikowy ale ja kochamy.
    Stad to na pewno same kochane koty, szkoda ze do Wrocławia tak daleko mam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ach, jak takie opowieści fajnie się czyta! I kotowo, i ludziowo!
    A że Ewa prawie taka fajna jak Marta? No cóż, powiem skromnie, że Ewy (nawet jeśli mają imię na przykład na I) po prostu takie są :)
    Galia Anonimia

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudownie mieć przyjaciół.
    Gosiu, Ewo, to co robicie jest najwspanialszą rzeczą na świecie.
    Bloga obserwuję od kilku lat.Od czasu poszukiwań...(zapomniałam imienia :( )
    Jesteście super babkami i chętnie przyłączylabym się do pomocy ale dzielą mnie kilometry od Wrocławia
    😘😘😘😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tez tu trafiłam wiele.lat temu z bloga Przemka a wlasnie! 5 lat temu, bo u Przemka znalazłam opis swierzba którego właśnie Aimèe przyniosła i stamtąd z bannera o zaginionym Kayronie trafiłam tutaj :)
      jak ten czas leci to juz 5 lat!

      Usuń
    2. Chodzi o mojego nieodżałowanego, ukradzionego z jego domu, Kayronka. :(

      Dzięki, dziewczyny!

      Usuń
    3. Eh, Kayronek :( ale i Amisia... Ja nie wiem jak ja przeżyje to ze Amberek... Ale powiem Gosiu, ze jak widzę ze da sie dalej żyć, widzę, ze ludzie piszą, ze stracili juz kilka i widzę, ze maja nadal zwierzaczki kotki czy pieski to jakoś...
      ...wydaje sie to być częścią życia.

      Usuń
  4. Nie ma przypadków na tym świecie. To jest FAKT. Wszystko co nam się przydarza, jest po COŚ. Nasze zadanie, to dobrze to wykorzystać. Pozdrawiam dziewczyny :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. To ważne, żeby mieć z kim pogadać, wyżalić się ...
    Super, że trafiłyście na siebie :))

    OdpowiedzUsuń
  6. Bo czarne koty są magiczne i zawsze sprawczo działają;
    teraz już wiem dlaczego wszystkie czarownice miały swoje czarne koty...

    OdpowiedzUsuń
  7. Gosia - nic sie nie dzieje bez przyczyny. Nawet jak tak najpierw pozornie wyglada. Ty sama poza tym wiesz najlpeije jaki ogrom ciezkiej roboty wzielas na siebie tak z nienacka, niby powoli jej wielkosc zwiekszajac....ile zycia uratowalas. TY. ile radosci dalas tak wielu ludziom TY wlasnie. to tak na szalce, tej przeciwnej od tej, na ktorej lezy caly ten ciezar. Nie mowie, ze sie wyrownuja, bo to sie tak nie da mierzyc, ale ja na przyklad jestem w niekonczacym podziwie dla Ciebie. I odpocznij i pobaw sie w wnuczka cudna i spojrz na niebo i puchate chmury. wiem, wiem, ze odbiegam od glownego tematu, ale nie bylabym soba gdybym nie zroibla tak. I gratuluje Ewy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Krysiu, tak zrobię. Potrzebuję tego jak tlenu! Dzięki za tak dobre słowa. :)

      Usuń
  8. Zawsze Cię podziwiałam Gosiu za serce, dobroć, wytrwałość, mądrość (czy jeszcze wydziedziczasz?)pracowitość i rękę do zwierząt. Dobrze że znalazłaś w Ewie bratnią duszę, bo czasem aż mnie serce ściskało na myśl z iloma problemami się borykasz.
    Życzę Wam obu dalszych sukcesów, pięknych dni i zdrowych zwierzaków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Ewa, za to twoje ściskające serce szczególnie. :)

      Usuń
  9. Gosiu cieszę się ze masz z kim dzielić radości, smutki, rozterki.....Jestem czytelniczka Twojego blogu już kilka lat i bardzo się cieszę , że miałam przyjemność Ciebie poznać osobiście.....jeszcze raz dziękuje za pomoc dla rodzinki mojego Boruty....pozdrawiam....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, to była świetna historia, cudne kocięta, a i mama wspaniała. Buziaki!

      Usuń
  10. Splot okoliczności to chyba nie był...
    Cudowna historia :)
    Głaski dla Futrzaków.

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękne słowa, wspaniała historia
    Jak to mówią: nic nie dzieje się bez przyczyny.

    OdpowiedzUsuń
  12. rzadko się odzywam Gosiu
    ale bardzo, bardzo zawsze podziwam
    Tobie należą się tylko dobre emocje i słowa i życzliwość
    no

    OdpowiedzUsuń
  13. U nas również zameldował się trzeci do kotów 2 i trzy lata. Szkrab ma dwa miesiące i opanował cały dom. Urodzony kierownik :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Co za piękna historia potrójnej adopcji serca :) Serdecznie pozdrawiam Gosiu i Ewo!

    OdpowiedzUsuń

Fajnie, że piszesz! Pisz, komentuj, daj znak, że jesteś!
Dobrej energii nigdy za wiele. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...