wtorek, 12 marca 2019

Jak koty zmieniły moje życie

Ewy Thomas nie muszę nikomu zaglądającemu Za Moje Drzwi przedstawiać - to ona stała się moją nieocenioną pomocnicą, połówką przedsięwzięcia pt. dom tymczasowy dla kotów Za Moimi Drzwiami. Jestem pewna, że po przeczytaniu tekstu poniżej, który jest jej autorstwa, Ewa stanie się nam wszystkim jeszcze bliższa. Zafundowała nam bardzo poruszający spacer przez swoje życie z jakże nam bliskim mottem, wszak my tu wszyscy jesteśmy zwierzolubami, my wszyscy kochamy te czarodziejskie zwierzęta - koty, a one dają nam tak wiele!

Zachęcam do przeczytania. Oddaję głos Ewie: 

***************
Jak koty zmieniły moje życie
             Do napisania tekstu o znaczeniu kotów w życiu ludzi zbierałam się dość długo. Od tygodni rozmyślałam nad jego konspektem. Przewertowałam historię tych magicznych zwierząt od czasów starożytnego Egiptu, ich migrację po świecie poprzez niechlubną, pełną przesądów przeszłość  - czarne koty i czarownice - aż po czasy współczesne. Tekst wydawał się niby sensowny, ale nie było w nim niczego świeżego, niczego, co wcześniej nie zostałoby już opisane. I wtedy mnie oświeciło! Po prostu zabrakło w nim elementu osobistego, na którym tak bardzo mi zależało. Koty przecież odegrały niezwykle ważną rolę w moim własnym życiu, i tym chciałabym się z Wami podzielić. Ten tekst jest właśnie o tym: jak koty zmieniły moje własne życie i uratowały mnie przed życiem bez emocji.
             Od dziecka byłam zwierzolubem i pragnęłam być opiekunem kota lub psa. Każdego roku w święta Bożego Narodzenia modliłam się gorliwie, by na progu naszego mieszkania znalazł się bezdomny zwierzak, którego rodzice pozwoliliby mi zatrzymać. Jako dziecko głęboko wierzyłam, że święta to czas magiczny i nie można takiego stworzenia, które się w naszym życiu wtedy pojawi, wyrzucić. Lata mijały, a żaden psi czy koci towarzysz się na progu nie materializował… Z czasem przestałam wierzyć, że kiedykolwiek w moim życiu towarzyszyć mi będzie czworonożny przyjaciel (nie pomyślałam, że będę kiedyś dorosła i niezależna i będę mogła decydować o posiadaniu psa czy kota). W domu, w ciągu mojego dzieciństwa, mieszkały z nami chomik, szczur, świnka morska i królik, a ja choć zajmowałam się nimi najlepiej, jak potrafiłam, wciąż czułam, że brakuje mi do pełni szczęścia nieco większych zwierzęcych przyjaciół.
             Kochałam zwierzęta i przez długi czas wierzyłam, że moje życie zawodowe będzie z nimi związane. Myślałam o karierze lekarza weterynarii, opiekuna zwierząt w ogrodzie zoologicznym lub wyjeździe do Afryki, by ratować zagrożone gatunki. Z wielu powodów, nieistotnych dla tego tekstu, żadna z tych opcji nie stała się rzeczywistością. W szkole podstawowej przez wiele lat prowadziłam gazetkę szkolną, w której poruszałam tematy związane ze zwierzętami, ich prawami i obowiązkiem ich ochrony. Pisałam o nieludzkich warunkach, w jakich przewożone są konie na rzeź, o mordowaniu nosorożców ze względu na „cenne” właściwości ich rogu, słoni, by pozyskać ich kły na pamiątki dla turystów, czy zabijaniu zwierząt na futra. Gorąco się temu sprzeciwiałam i marzyłam, by odmienić ludzką mentalność. W późniejszych latach przytłoczyły mnie różne życiowe sprawy i zapomniałam o swoich marzeniach o niesieniu pomocy braciom mniejszym.
             Od dziecka kochałam koty. Zaczepiałam każdego napotkanego osobnika licząc, że będzie miziastym mruczkiem. Często wczołgiwałam się pod samochody, by choć na chwilę poczuć mięciutkie futerko zwierzaka. Cóż, nie rozumiałam wtedy, że nie jestem mile widzianym gościem, czego skutkiem były liczne zadrapania. Nie zrażałam się tym wcale i nigdy nie wykazywałam strachu, co mogło się skończyć nieco gorzej, ale wychowywałam się w czasach, gdy rodzice nie byli aż tak przewrażliwieni na punkcie dzieci i nie widzieli we wszystkim śmiertelnych zagrożeń.
             Zazdrościłam znajomym posiadania psów i kotów. W mojej pamięci miejsce szczególne zajmuje czarny kot mojej koleżanki, którego historia zaczęła się tragicznie. Kotek został przez nią znaleziony zmaltretowany przez jakiegoś zwyrodnialca. Na szczęście został uratowany i dożył późnej starości w domu, w którym był bardzo kochany i zadbany. Od tego momentu zaczęła się moja miłość do czarnych kotów.
             Lata mijały, dorosłam i wyprowadziłam się na swoje, ale czas na kota zawsze wydawał się nieodpowiedni. Początkowo wynikało to z faktu posiadania królika miniaturki – Filipa, którego adoptowałam, gdy miał dwa lata, a przeżył u mnie osiem kolejnych. Filipa poznałam przypadkiem u znajomej koleżanki. Królik był obrazem nędzy i rozpaczy. Chudy, skołtuniony (angorka) i zaniedbany. Przesiedział dwa lata w klatce, niewypuszczany, ponieważ właścicielka po zakupie dowiedziała się o swojej rzekomej alergii na sierść. Serce rozpadło mi się na tysiąc kawałków i nie zastanawiając się ani chwili, spakowałam Filipa i zabrałam do domu. Nigdy nie zapomnę zdumienia lekarza weterynarii, gdy zobaczył tego biedaka pierwszy raz. Z powodu niedożywienia wypadały mu pazury, miał ciągłe rozwolnienia, odparzoną pupę i problemy gastryczne. Był wystraszony i nie chciał wychodzić z klatki. Serce pękało mi każdego dnia. Na szczęście przez lata spędzone u mnie Filip zmienił się nie do poznania. Z wychudzonego szkieletu stał się piękną puchatą kulką. Z wystraszonego królika  - panem na włościach. Bardzo przeżyłam jego śmierć i na długie lata moje serce zamknęło się na zwierzęcą miłość. Gdybym wtedy miała obecną wrażliwość, podjęłabym zupełnie inne decyzje i w moim sercu oraz mieszkaniu zamieszkałby kolejny potrzebujący zwierzak.
             Śmierć Filipa zbiegła się w czasie z dość przykrymi zmianami w moim życiu osobistym. Odejście człowieka, którego bardzo kochałam, trudny rozwód, ciężka depresja i anoreksja zmieniły mnie w wydmuszkę samej siebie. By nigdy więcej nie cierpieć, zbudowałam wokół siebie mur. Odcięłam się od jakichkolwiek uczuć, nic nie miało dla mnie znaczenia. Żadna katastrofa mnie nie wzruszała. Budowałam relacje oparte na racjonalnych powodach i przez długi czas czułam się bezpieczna, zamknięta w swojej skorupce. Czytałam wiadomości o cierpiących ludziach, zwierzętach i nie czułam nic. NIC! Nie angażowałam się w żadne relacje z ludźmi, ani w żadne akcje charytatywne. Lata mijały, a ja nie zauważyłam, kiedy przestałam być sobą, kiedy przestałam być człowiekiem. Stałam się robotem, który żył z dni na dzień, bez emocji, bez żalu, strachu i radości.
             Aż pewnego dnia pojawił się w moim życiu Nico, człowiek z drugiej półkuli, który był opiekunem dwóch czarnych kotów. Powoli przekopywał się pod moim murem, by dotrzeć do skrzętnie ukrywanego serca. Naruszył konstrukcję tego mojego muru, ale nie zdołał go zniszczyć. I nawet wtedy, gdy postanowiłam dać temu uczuciu szansę, stawiając wszystko na jedną kartę, wciąż kontrolowałam większą część swoich emocji, by nie cierpieć, by nie czuć za dużo. Jestem mu wdzięczna, że wiedząc to wszystko o mnie, spakował swoje życie w dwie walizki i dwa transportery z kotami i przemierzył 13 600 km, by być ze mną. Moja miłość do dwóch czarnych kotów przybyłych aż z Argentyny powoli stapiała lód, który okalał moje serce.
             I wtedy nadszedł dzień, którego nigdy nie zapomnę. Mając wolną chwilę w pracy, przeglądałam portal informacyjny, gdy mój wzrok zatrzymał się na zdjęciu kota. Przeczytałam artykuł o zmaltretowanym zwierzęciu, którym zaopiekowała się grupa ludzi. Czytałam tekst, a moje serce rozpadało się na miliony kawałków, łzy płynęły mi po policzkach i wiedziałam, że już nigdy nic nie będzie jak dawniej. Płakałam i płakałam zamknięta w pokoju konferencyjnym. Cały żal życia, wszystkie rozczarowania, cierpienia dały upust w tym jednym momencie. Chwyciłam za telefon, zadzwoniłam do Nico i płacząc, opowiedziałam mu przeczytaną historię. Błagałam, byśmy zabrali kota do nas i dali mu dom. Odnalazłam ludzi, którzy zaopiekowali się kotem oraz lekarza weterynarii, który udzielał mu pomocy. Zaoferowałam, że przejadę pół Polski, by zabrać go do nas. Zapewniono mnie, że kot jest pod dobrą opieką, ma już chętnych do adopcji i na pewno nie wróci na wolność.
             Po powrocie do domu długo jeszcze płakałam - nad tym nieszczęsnym kotem, nad sobą, nad straconymi latami, gdy moje serce nie czuło nic. Tak wiele możliwości niesienia pomocy w tym czasie utraciłam. Nie mogłam się z tym pogodzić. Od tamtego czasu regularnie wspomagałam finansowo różne organizacje działające na rzecz zwierząt. Śledziłam profile wszystkich wrocławskich fundacji i gdy tylko było ogłoszenie, że coś jest potrzebne, starałam się kupić i przesłać. Zbierałam rzeczy dla schroniska, fanty na bazarki, robiłam, co mogłam, by odkupić bezsensownie utracone lata. Z czasem stało się to moją obsesją, by zawsze być na czasie, by nieść pomoc. Jakbym chciała wymazać całe lata bezczynności. Nic jednak nie dawało mi satysfakcji i wciąż czułam, że robię za mało, za mało się staram, za mało się dzielę. Zapragnęłam być wolontariuszem w fundacji. Wiedziałam, że nie dam rady jeździć na interwencje czy zajmować się zwierzętami, ale proponowałam pomoc przy prowadzeniu stron, pisaniu ogłoszeń adopcyjnych, śledzeniu losów byłych podopiecznych. Nie znalazłam jednak chętnych do skorzystania z mojej pomocy. Gdy we Wrocławiu pojawiło się podejrzane ogłoszenie z treścią o przygarnięciu kociaków, nawet takich, które trzeba odkarmić na butelce, wszyscy pisali, że to na pewno na karmę dla węży. Przesłałam ogłoszenie do wszystkich znanych mi fundacji, schroniska, na policję, do straży miejskiej, do telewizji i gazety wrocławskiej. Nawiązałam kontakt z panią redaktor, która obiecała zająć się tym tematem, a także forsowaniem finansowania budek dla kotów bezdomnych przez budżet miasta. Ogłoszenie nie dawało mi spokoju, więc sama zaczęłam drążyć temat. Panią, która je wywiesiła, odnalazłam w schronisku. Po rozmowie okazało się, że faktycznie odkarmia małe kociaki i szuka im domów. Wielokrotnie widziałam ją z małymi kociakami w klatce kenelowej w schronisku. Ulżyło mi ogromnie i miałam poczucie dobrze wykonanej pracy. Nie przeszłam obojętnie, nie czekałam na innych, podjęłam działania. Nie odczułam jednak satysfakcji, patrząc na to, co robią inni, co robią fundacje - wiedziałam, że mogłabym więcej z siebie dać. Nico bardzo wspierał mnie w tych działaniach, choć chyba trochę się martwił moją obsesją, która nie dawała mi spokoju. Wiosną 2017 roku wszystkie fundacje apelowały o domy dla kociaków, których wciąż przybywało. Wtedy zrodził się pomysł adopcji trzeciego kota. Kot musiał być koniecznie czarny, bo one nie mają wzięcia. Po tygodniach rozmów z Nico i zastanawiania się nad najlepszą opcją, ze względu na naszych rezydentów, zapadła decyzja o adopcji kociaka z domu tymczasowego. Choć serce rwało się do adopcji ze schroniska, w którym warunki są gorsze od tych panujących w domach tymczasowych, to jednak na pierwszy plan wysuwało się bezpieczeństwo Yoli i Alfonsa. Musieliśmy zminimalizować ryzyko przyniesienia do domu choroby. Przeglądałam strony fundacji jak szalona. Już teraz nawet nie pamiętam, jak trafiłam za Gosine drzwi, ale wiem, że serce mocniej mi zabiło. Prześledziłam posty na facebooku, a także teksty na blogu. Pokochałam to miejsce za jego wyjątkowość, za historie podopiecznych, tych aktualnie przebywających w kocim pokoju, jak i tych, którzy opuścili jego progi i zamieszkali w cudownych domach. Cieszyłam się z każdej adopcji i płakałam, gdy odeszły Szududusie. Każdy dzień zaczynałam i kończyłam, czytając wiadomości na ZMD (co też robię do dziś). Wiedziałam, że chcę być częścią tego przedsięwzięcia. Pamiętam, że w oko wpadła mi Księżniczka Kate, którą adoptował mój kolega z pracy (o czym dowiedziałam się, gdy zobaczyłam zdjęcie adopcyjne). Nie czułam straconej szansy ponieważ nie zdecydowałabym się na kota, który ze względu na urodę dom znajdzie szybko. I wtedy Za Moimi Drzwiami pojawiła się ONA, moja Marta (wtedy nosząca imię Czeko). Nie mogłam oderwać oczu od tej puchatej czarnej kulki. Ta i żadna inna. Przesłałam zdjęcie Nico i powiedziałam „To ona, ta jedna jedyna. Piszę do pani Małgosi”. Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Od razu umówiłam się na spotkanie. Tak bardzo mi zależało, żeby wypaść dobrze! Paplałam bez opamiętania, ciągle zastanawiając się, czy Gosia pozwoli mi zabrać Martę do domu. Naprawdę nie wiem, co bym zrobiła, gdyby mi odmówiła. Musiałabym ją ukraść, bo to była miłość od pierwszego wejrzenia, ha ha ha! Na szczęście Gosia zgodziła się powierzyć mi tę kocią istotkę. Pełna wątpliwości i wahań (taki charakter) umówiłam się na odebranie Marty. Teraz, kiedy znam Gosię i wiem, ile kosztuje ją każda adopcja, żałuję bardzo, że zadręczałam ją problemami Marty. Szczerze żałuję. Na swoje usprawiedliwienie napiszę, że naprawdę byłam innym człowiekiem, więcej we mnie było czarnowidztwa. Tych, którzy nie znają szczegółów, zapraszam do przeczytania tekstu z okazji roku z Martą: http://zamoimidrzwiami.blogspot.com/2018/07/rocznica-marty.html.
             Jak doszło do pogłębienia naszej relacji i zbudowania przyjaźni? Na pewno przyczyniły się do tego moje comiesięczne raporty o życiu z Martą. Nieco ponad rok temu przyjechałam do Gosi przywieźć różne uzbierane rzeczy dla tymczasów i odebrać fanty na jeden z bazarków, który wspierałam. I wtedy Gosia powiedziała „Wiesz, ja chyba nie mogę oddać ci moich fantów, bo czuję, że sama powinnam zorganizować bazarek”, a ja odpowiedziałam „Wiesz, chciałam zaproponować prowadzenie bazarku na rzecz twoich podopiecznych”. Tak właśnie narodził się nasz bazarek.
             Odkąd poznałam Gosię, czułam że to przeznaczenie nas do siebie przywiodło, ale rozumiecie, że nie mogłam jej tego powiedzieć, bo pomyślałaby, że jestem wariatką. Moja dusza krzyczała do mnie, jak ważna to będzie dla mnie osoba, że dzięki niej moje życie się odmieni. Z perspektywy czasu myślę, że mogłam ją zwyczajnie zapytać, czy nie nadam się na coś za jej drzwiami, ale, jak pisałam, wtedy byłam innym człowiekiem. Dzięki Gosi znalazłam sposób na pomaganie zwierzętom, czego tak bardzo pragnęłam. Będę jej za to wdzięczna do końca życia, bo dała mi to, czego tak bardzo mi brakowało. 
W osobie Gosi zyskałam także przyjaciółkę, z którą mogę dzielić wiele ważnych aspektów mojego życia. Nasze rozmowy pozwalają mi poznać samą siebie i pomagają uporać się z demonami przeszłości. Ale to, moi drodzy, zupełnie inna historia.
         

        I tak oto koty zmieniły moje życie...

Ewa



43 komentarze:

  1. Przeczytałam jednym duszkiem, miałaś trochę pod górkę, ale jak to dobrze, że się odnalazłaś. W Pozdrawiam
    Marysia

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę, że każdy z nas miewał w życiu momenty "pod górkę". Ważne, jak sobie z nimi radzimy i do czego nas doprowadzą. Ja także się cieszę, że odnalazłam swoją ścieżkę. Dziękuję. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciezko mialas pod te stroma gorke, ale co tam - nie traktuj tego czasu w dole (Row Marianski?) jako stracony, bo pewnie byl Ci potrzebny - zamknac wszystko zeby nie wygaslo na amen. A potem to juz Nico i koty i odbicie od dna. Tak mialo byc widac i popatrz jak duzo dobrego teraz robisz, a kto wie jakby to bylo. A Gosianka to w ogole Krolowa Kotow, wiec pasujecie do siebie (nie wiem, co meze (menrze) na to, ale ja mam kilka Rzon i wcale mi to w zwyklym zyciu nie przeszkadza. A oby Wam gratuluje Bazarku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, nie ma co żałować. Żaden czas nie jest stracony, jeśli doprowadził do czegoś dobrego, a w moim przypadku tak właśnie było. Bazarek jest tego najlepszym dowodem, dziękuję.

      Usuń
  4. Dobrze, kiedy pokretne sciezki zycia prowadza prosto do nowych przyjazni i przeobrazen w kociego aniola. Liczy sie zawsze efekt koncowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się. Czasem nie mamy wpływu na to, co nas spotyka, ale od nas zależy jak sobie z tym poradzimy.

      Usuń
  5. mokre oczy utrudniają czytanie :) dobrze, że masz Nico, koty i Gosię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ten czas już za mną. Teraz w moim życiu są cudowni ludzie i magiczne zwierzęta :). A to najważniejsze.

      Usuń
  6. Cóż za historia! I piękna, i smutna, i dramatyczna, i romantyczna. Los prowadził Cię, Ewo, trudną drogą, ale dał wspaniałe możliwości czynienia dobra i spotkania właściwych ludzi:)
    Moją uwagę zwrócił epizod dotyczący królika (choć ja kociara jestem), bo dokładnie tak samo postąpiła moja córka; kiedy zobaczyła u znajomych królika trzymanego w okropnych warunkach, zabrała go, a właściwie ją, do domu i Fruzia już u niej została. Tyle że dzięki niej córka nawiązała kontakt z Azylem dla Królików i zajęła się pomaganiem królikom.
    Bardzo się cieszę, że stworzyłyście z Gosią tak dobry zespół i tak skutecznie pomagacie kotom:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Pokrętne są koleje losu. Czasem jedno zdarzenie prowadzi do kolejnych i pozwala odnaleźć drogę tak, jak w przypadku Twojej córki i jej zaangażowaniu w pomoc królikom. To niesamowita historia. A króliki to naprawdę cudowne zwierzęta. Mądrzejsze niż się o nich ogólnie mówi :).

    OdpowiedzUsuń
  8. A mówią głupi ludzie, że czarne koty pecha przynoszą.... A tu proszę - przyniosły ukochanego i nową przyjaciółkę ☺️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wszystkie koty są magiczne, ale czarne są wyjątkowo czarodziejskie.

      Usuń
  9. Moim zdaniem wszystko jest po coś ...
    Musiałam parę razy zaczynać czytać, bo ryczałam .
    Cudownie i otwarcie napisane, cieszę się że tak się stało jak się stało.jeszcze bardziej Ciebie kocham🥰🥰🥰🥰

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. Czasem dobrze jest się podzielić tym, co drzemie w sercu. I ja uważam, że każde wydarzenie jest częścią większego planu i tylko potrzeba czasu aby to dostrzec. Teraz, gdy wszystko za mną, widzę jak na dłoni po co to wszystko się zdarzyło.

      Usuń
  10. O! Ewa na Bloggerze! No to with w społeczności :D Teraz trzeba dopisywac sie do obserwowanych na blogach znanych osób z grupy Gosianki :)
    A tak poważnie co do tekstu to smarkam dalej i czytałam do konca smarkajac. Koty to takie nasze Koty Boby to one nas ratuja pozwalając się zaadoptowac.
    A i odezwę się jak paczka na bazarek wyruszy. ❤️❤️❤️❤️❤️❤️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, koty są wyjątkowe i magiczne. Wierzę, że to one przywiodły mnie za Gosine drzwi. Cieszę się, że tekst się podobał. To moja pierwsza próba odkrycia własnych emocji :). Będę czekać na wieści o fantach.

      Usuń
  11. Za Gosinym Drzwiami wiele cudów się zadziało, nie tylko kocich :-)Nie spotykamy się przypadkiem. Kiedy jesteśmy gotowi, się dzieje. Czasem mam wrażenie, że zwierzaki w naszym życiu to aniołowie, którzy przychodzą w takiej postaci, by nam pomóc przebrnąć przez nasze traumy. Pokazują nam nas samych w naszej najlepszej wersji. Pokazują drogę do osiągnięcia tego. To czasem boli, czasem nawet bardzo, to jednak, co z tego powstaje, to Magia I Miłość. Twoja historia Ewo, podobna do mojej. Płyńmy siostro :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za Moimi Drzwiami to miejsce pełne cudów :). Magiczne i niesamowite ze względu na ludzi tu goszczących. Zgadzam się, że zwierzęta to anioły, które zostały zesłane by się nami opiekować. Żałuję, że nie każdy to docenia. Staram się jednak skupiać na tych dobrych zwierzolubnych osobach :). Zatem płyńmy!

      Usuń
    2. Dokładnie to samo udostępnione mam na Facebooku ze to nasze anioły na ziemi i też mi się ze wpisem Ewy skojarzyło! 👼

      Usuń
  12. Rozumiem...te paczki...;)
    Fajnie, że się odnalazłaś!

    OdpowiedzUsuń
  13. Super, że juz wszystko u Ciebie w porządku. Jestem miłośniczką psiarni przede wszystkim, ale Twoje koty sa chyba dobrymi wróżkami w kociej skórze.
    Pozdrowienia i serdeczności dla Was wszystkich 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :). Faktycznie w moich kotach jest jakaś magia. Może to i wróżki :). Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  14. Jak to czarne nie mają wzięcia? Takie piękne. Ja zawsze chciałam czarnego, a trafiają mi się same bure, przez całe życie :)))), to niesprawiedliwe. No, ale przecież nie wymieniłabym za nic :)
    Ella-5

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czarne koty naprawdę nie mają wzięcia w porównaniu z innymi. Najbardziej popularne są te, w typie rasy, rude i bure. Czarne jakoś schodzą na dalszy plan. Dlatego my zawsze będziemy adoptować czarne :).

      Usuń
  15. No i też się wzruszyłam. Szczególnie gdy, tak sobie wyobrażam, zidentyfikowałaś się ze zmaltretowanym, biednym, kotkiem, który potrzebował pomocy. To jakbyś wtedy też zaczęła się sobą opiekować, nie tylko oferować pomoc kotom. Nie wiem tego oczywiście, na pewno, tak pomyślałam... Ładna historia.
    Pozdrawiam mocno
    Ella-5

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe spostrzeżenie. Nigdy o tym nie pomyślałam, ale nabiera to sensu :).

      Usuń
  16. Tiaaaa.... czarne koty potrafią człowiekowi wywalić życie na nice i chyba tylko w Polsce uważany jest za zwiastuna pecha. Tu jest artykuł o czarnych kotach, które przynoszą szczęście: https://www.focus.pl/artykul/czarny-kot-przynosi-pecha-bzdura-sa-miejsca-gdzie-przynosi-tylko-szczescie
    A ubawiło mnie, że czarny kot musi kichnąć w obecności panny młodej, żeby małżeństwo było szczęśliwe. Zakładam, że Twoje trzy gwiazdy okichały Ci związek z Nico z każdej strony :)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasze koty przynoszą tylko szczęście :). A artykuł zaraz przeczytam.

      Usuń
  17. Przepiękna historia! Nie ukrywam, że z wiekiem jestem coraz bardziej łakoma na happy endy.Nico, trzy koty, Gosianka, nie wiem, co to za figura, ale jak fajnie, że na siebie trafiliście! Korzec maku nie ma przy tej historii podskoku! Karen Blixen kiedyś napisała, że dopiero poznanie czarnych mieszkańców Afryki w pełni ją uczłowieczyło (no, w każdym razie jakoś tak), mnie na pewno w pełni uczłowieczyły moje psy. Człowiek niekochający zwierząt jest, moim zdaniem, niepełny.
    Galia Anonimia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie rozumiem, jak można nie kochać zwierząt. Żal mi takich ludzi.

      Usuń
  18. Ewo... aż nie wiem, co napisać, a bardzo chcę coś napisać. Może po prostu: jak to dobrze, że się wszyscy odnaleźliście - Ty, Nico, Gosia, czarne koty. Piękna, ogromnie wzruszająca historia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję serdecznie za miłe słowa :). Też się cieszę, że wszyscy się odnaleźliśmy bo moje życie jest teraz zdecydowanie lepsze.

      Usuń
  19. Przeczytałam, wzruszyłam się i podziwiam zaangażowanie. Za ZMD zaglądam o paru lat i wiem ile dobrego robicie z Gosią.
    Życzę udanych bazarków i dużo powodzenia w działalności.
    Miałam w życiu szczęście, nie musiałam tęsknić za posiadaniem zwierzątka, bo od dziecka się z nimi chowałam.

    OdpowiedzUsuń
  20. Przeczytałam Twój tekst rano i cały dzień się za mną snuł. Jak dobry film albo książka. Jak to przypadki zmieniają człowiekowi życie! Bo że zmieniają je zwierzęta, to wiem na pewno. Będę Wam (Tobie, Nico i kotom) kibicować, bo Gosiance kibicuję od zawsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może nie ma przypadków :). Dziękujemy za kibicowanie.

      Usuń
  21. Dziękuję Ewo ,że mogłam to przeczytać.Bliżej Ciebie poznać.Bo Gosie znam parę lat.Za nim wyprowadziłam się do Jelcza mieszkałyśmy na jednym osiedlu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że dałam się poznać :). Czasem warto się trochę odsłonić.

      Usuń
  22. Ewuniu kochana , dosłownie pożerałam Twoją historię ze łzami w oczach. Jesteś cudowną osobą o wielkim i dobrym sercu. Na szczęście również trafiłaś na inne wspaniałe osoby : Niko i panią Gosię :) Tyle niesamowitych rzeczy robicie z panią Gosią... Jestem z Wami i ściskam mocno!! Więcej nie napiszę bo już nie widzę - łezki....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa :). Cieszę się, że tekst spotkał się z tak ciepłym przyjęciem. Dziękuję.

      Usuń
  23. Piękna historia, chociaż na początku smutna.
    Przez miłość od pierwszego wejrzenia do Marty zyskałaś przyjaźń Gosi i ja wiem co to znaczy, bo w taki sam sposób mam Bezę i przyjaźń Justyny, od której ją adoptowałam.
    Bardzo się cieszę, że mogłam Cię troszkę poznać.
    Pozdrawiam ♥♥♥

    OdpowiedzUsuń

Fajnie, że piszesz! Pisz, komentuj, daj znak, że jesteś!
Dobrej energii nigdy za wiele. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...