Witajcie!
Nie ulega wątpliwości, że mam ze swoim mężem dobrze! Nie dość, że uwielbia czytać książki i lubi mi o tym, co czyta, opowiadać, to jeszcze pisze z nich recenzje i pozwala mi umieszczać je na blogu, który dzięki temu bardzo zyskuje na wartości. Przeczytałam tę recenzję jednym tchem. Chciałabym umieć tak pisać!
Miłej lektury!
*************************************************************
"Przypadek Adolfa H." - Eric-Emmanuel Schmitt
Dwie wiodące tezy książki.
Teza
pierwsza: Hitler miał szansę zostać zdrowym i pogodnym człowiekiem, gdyby los się do niego uśmiechnął w chwili, kiedy ogłaszano wynik egzaminów wstępnych na Akademię Sztuk Pięknych w Wiedniu w 1908 roku.
Teza
druga: świat i historia XX w. byłyby inne, gdyby spełniła się teza pierwsza.
W dniu ogłaszania wyników egzaminu Adolf miał dziewiętnaście lat. Proces kształtowania jego osobowości był zakończony. Ojciec, który katował go przez całe dzieciństwo, odcisnął na jego psychice niezatarte
piętno. Zmarł, kiedy chłopak miał trzynaście lat, ale zdążył wyhodować w nim olbrzymie poczucie krzywdy i związanej z tym wściekłości. Osierocony wcześnie Adolf pozostał bez szansy odreagowania
krzywdy w relacji z ojcem. Wieko frustracji zostało
na długo zamknięte. Jestem przekonany, że
osobowości typu Hitlera, Mansona czy
Breivika nie mogąc znieść skumulowanych w nich negatywnych emocji, wcześniej czy później muszą znaleźć lub wypracować sobie sytuację pozwalającą im na odreagowanie. Założenie, że jeden zdany egzamin zmieni ten stan ducha, jest naiwnością. Jeszcze większą śmieszność Schmitt popełnia, uzdrawiając "równoległego" Hitlera w gabinecie
Zygmunta Freuda w trakcie trzech zaledwie sesji! Zahukanego, obciążonego olbrzymim kompleksem niższości, mdlejącego na widok nagiej modelki
frustrata, który w swoim oryginalnym wydaniu
żył w celibacie, godnym Jana Ewangelisty, przepoczwarza doktor
Freud na swojej kozetce w pożeracza damskich serc i ciał. Trzy sesje na jednego Adolfa Hitlera! Śmiechu warte!
Hitler
nie jest twórcą historii, ale to historia, jako wypadkowa niezliczonych
okoliczności, powołała Hitlera do dzieła. Jestem pewien, że olbrzymia liczba
hitleropodobnych krążyła zawsze i wciąż krąży wśród ludzi, czekając na właściwą chwilę, na ten płodny moment, w którym jeden z nich, niczym zwycięski plemnik, przeniknie przez błonę historii, aby odcisnąć w niej znak swojej choroby. Dopiero w sprzyjających warunkach może dojrzeć do swojej, właściwej w danym czasie i miejscu, roli. Do tego, żeby niedoszły malarz mógł stać się Hitlerem, trzeba było zantagonizowanej, podatnej na nacjonalizmy Europy, całej gwardii goebbelsów, himmlerów, goeringów, a także nieprzebranych mas Niemców,
wychowanych w paternalistycznej atmosferze, pełnej
czarnej pedagogiki (Alice Miller - "Zniewolone dzieciństwo"), którzy byli gotowi uwierzyć, że są narodem wybranym Europy, rasą
panów, nastawioną na absolutne, ślepe posłuszeństwo wobec własnego państwa (Stieg Daggerman -
"Niemiecka jesień"). Gdyby, jak fantazjuje
Schmitt, Adolfa przyjęto do ASP, inny führer poniósłby sztandar nazizmu i wymordował pół Europy. To w jakiś sposób musiało nastąpić.
W
sprawiedliwych, choć wirtualnych Niemczech, w których Goebbels jest skrajnie prawicowym marginesem,
popieranym przez nie więcej niż jeden procent wyborców, gdzie Żydom żyje się dobrze i bezpiecznie jak nigdzie indziej w Europie, a
Adolf Hitler jest szczęśliwym mężem Sary Rubinstein, bynajmniej niearyjskiego pochodzenia,
Schmitt urządza jednak wojnę. Demiurg uznał, że nawet pozbawionym przywództwa
Hitlera Niemcom potrzebna była jakaś rewizja traktatu wersalskiego, mająca uleczyć narodowe kompleksy
przegranych. Każe więc napaść im na Polskę w celu odzyskania korytarza gdańskiego. Sprawa jest szybka i trwa kilka tygodni. Najwyraźniej cała Europa, włączając Polskę, godzi się z tym, ponieważ po blitzkriegu zapada błogi
pokój. W notatkach kończących książkę autor pomaga czytelnikowi
zrozumieć ten wojenno-pokojowy
fenomen, pisząc, że "...reszta - okupacja Austrii, Czechosłowacji i Francji - wypływa z psychiki hitlerowskiej,
nie z psychiki niemieckiej. Nie wspominając o elementach patologicznych,
rdzennie hitlerowskich: nienawiści do Żydów, Cyganów, kalek i chrześcijan. Holokaust ... jest wyłącznie dziełem Hitlera..." (str.
471). Okazuje się również, że nawet w tych gorszych, autentycznych i zmanipulowanych
Niemczech Hitler w wersji "potwór" miał duży problem ze swoimi
obywatelami - "...opór pochodził ze strony Niemców. Niemcy chcieli
pokoju..." (str. 372). Nie jestem w stanie zaakceptować naiwnej i historycznie fałszywej
wizji Niemców jako stada niewinnych
owieczek prowadzonych ku zgubie przez jednego szaleńca. Żadna jednostka nie jest w
stanie dokonać takiej hekatomby bez
absolutnego oddania całych mas. Każde ziarno wymaga żyznej gleby, szczególnie ziarno czystego, szaleńczego
zła. Hitler i Niemcy mieli swój płodny związek.
Ponieważ pomysł rozszczepienia historii nie
jest nowy, za to z pewnością banalny, z napięciem oczekiwałem na jakieś fantastyczne splecenie losów obu Hitlerów. Liczyłem, że wyobraźnia pisarza, teoretycznie niczym nieograniczona, doprowadzi
do kolizji brzemiennej w refleksje o naturze i współistnieniu dobra i zła, do zderzenia o emocjonalnej
sile, jaką wyzwala połączenie materii (Hitler realny) z antymaterią (Hitler wirtualny). Chciałem,
żeby się zagotowało w jakimś fantasmagorycznym, dwubiegunowym układzie. Rozczarowałem się. Schmitt sprzedaje odrębne
dwa w jednym: dwie niezależne opowieści o dwóch różnych postaciach, których losy rozeszły się w "minucie, która zmieniła bieg świata". Im bliżej końca, tym więcej nudy.
W swoich
epilogowych dumaniach autor pisze: "Co znaczy, że książka jest "udana" albo
"nieudana"? Jedynie autor to wie, bo może
skonfrontować swój zamiar z końcowym rezultatem." a
jednocześnie, tuż obok: "Zdaję sobie sprawę, że zwracam się do wymagającego czytelnika, który będzie chciał w moim towarzystwie podjąć
refleksję czasem krępującą" (str. 475). Tak więc
z jednej strony odrzuca czytelnika wraz z jego opinią, a z drugiej przez afirmację
próbuje podnieść poziom swego dzieła, flirtując jedynie z "wymagającymi".
No to ja, nędzny czytelniczy robal pytam:
która to refleksja w Pańskiej książce jest krępująca? Ta może, że w każdym z nas jest dobro i zło?
Raczej banalna. Że ślepy los kieruje proporcjami tego dobra i zła? Raczej naiwna. Że to, czy podążamy drogą dobra, czy zła, zależy od magików (bo tak Pan ich przedstawił)
jak Forster (wybór zła) (str. 226) czy Freud (wybór
dobra)? Raczej żenująca.
Chciałbym to jeszcze raz wyrazić:
jest to książka kłamliwa i szkodliwa. Ale nie dlatego, że doszukuje się w Hitlerze pierwiastka
ludzkiego. To oczywiste, że był, jak my wszyscy, skomplikowanym układem dobra i zła. Zgadzam się też z epilogową notatką Schmitta, że cząstka Hitlera jest w każdym z nas. Mam zresztą wrażenie, że to również brzmi banalnie. Fundamentalny
fałsz tej książki polega na przerzuceniu niemal całej odpowiedzialności za największe szaleństwo ludzkości na tę jedną żałosną postać. Brakuje mi w "Przypadku Adolfa H." oskarżenia tamtej Europy galopujących
nacjonalizmów, patriotyzmów mających krew "innych"
na flagach i w hymnach, pełnej pogardy dla odmienności wewnętrznej i zewnętrznej, a jednocześnie aroganckiej w wyrażaniu własnej wyższości; Europy, w której słowa "państwo", "naród",
"patriotyzm" nabyły siły śmiercionośnego oręża. Schmitt nie chce zauważyć, że niechlubnym liderem tego
paranoicznego wyścigu stało się całe społeczeństwo niemieckie. Hitler był
jedynie ikoną, której Niemcy mogli patrzeć
na usta i spijać z nich słowa szaleństwa, na które czekali. Gdy wygrywali - był bogiem, kiedy przegrali - stał się wymówką. Chcę wierzyć, że tamtych Niemców, tamtych Niemiec już dawno nie ma. Ale może demony tylko zasnęły? Może nacjonalistyczne zjawiska,
które pojawiają się w Polsce (np. 11 listopada),
Holandii, Francji jako skutki coraz dłuższego kryzysu są zbliżającym się kolejnym płodnym okresem totalitaryzmu?
********************************************************************************
Wspaniałego dnia! Jak to dobrze, że żyjemy w czasach pokoju.