Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 marca 2015

Billy. Kot, który ocalił moje dziecko

"Co byśmy bez Ciebie zrobili? Jesteś naszym wolnym duchem, bohaterem i wybawcą, a przede wszystkim - najlepszym przyjacielem Frasera" - z ostatniej strony. Czy tak wielkie słowa mogą dotyczyć kota?

Książka została wydana przez wydawnictwo „Nasza Księgarnia” 3 marca 2015 roku.

Louise Booth, autorka książki, jest mamą Frasera i opisuje prawdziwą historię swojej rodziny. Od kiedy urodził się im pierwszy synek, życie jej i męża zmieniło się diametralnie. Nagle stało się trudne, dramatyczne, nieprzewidywalne i być może zostałoby takie, gdyby do Boothów nie trafił niezwykły pomocnik: kot Billy. Nie dziwię się rodzicom Frasera, że mieli wątpliwości, czy mogą przygarnąć kolejnego kota. Fraser, chłopiec z zaburzeniami autystycznymi, zachowywał się w sposób, jakiego te wrażliwe zwierzęta przecież nie znoszą (starszy kot rezydent pochodzący z czasów sprzed Frasera chłopca głównie unikał). Mały miewał napady złości, krzyczał, był agresywny i można było sądzić, że nowy kot nie będzie w stanie go zaakceptować. A jednak… Już pierwsze spotkanie tych przyszłych przyjaciół było absolutnie magiczne, a potem Billy wykazał się tak wielką inteligencją emocjonalną, że często aż trudno było uwierzyć w to nawet matce chłopca - bezpośredniemu świadkowi tych wydarzeń. Książka opisuje relację chłopca i kota, ale mnie przede wszystkim dała możliwość empatycznego wejrzenia w problemy, z jakimi musieli i muszą mierzyć się rodzice Frasera. To, delikatnie mówiąc, nie sielanka. Jak zgasić przerażenie dziecka, gdy ściany nagle zaczynają krzyczeć? To tylko jedno z możliwych zaburzeń w tej chorobie – synestezja sprawia, że osoby dotknięte autyzmem mylą bodźce odbierane różnymi zmysłami. Wydaje im się, że słyszą to, co widzą. Jak trudne musi być to dla dotkniętej tym osoby: znaleźć się w pomieszczeniu wśród głośnego krzyku ścian! A jeśli to dodatkowo jest własny pokój…

Wielkie wrażenie robi na mnie ogrom trudu, jaki zadają sobie każdego dnia bliscy chłopca i niezwykle cieszy mnie, że ten śliczny chłopczyk wspaniale reaguje na ich pełne miłości starania wspierane przez niezwykłego pomocnika na czterech łapach. Ci dwoje rozumieją się bez słów.


Mnie nikt nie musi przekonywać, że koty są stworzeniami bardzo inteligentnymi, posiadającymi magiczne umiejętności, więc cieszę się, że historia Frasera i Billy'ego ujrzała światło dzienne. Może dzięki temu więcej ludzi spojrzy na te niezwykłe zwierzęta łaskawszym okiem.

Czy nie jest tak, że jako przyjaciela dziecka wyobrażamy sobie głównie psa? Tymczasem okazuje się, że kot w niczym mu nie ustępuje, a może nawet przewyższa w inteligencji. 

Książkę czyta się bardzo szybko. Jest napisana przez amatorkę, przez mamę, a jej największa wartość to opowieść o historii prawdziwej. Losy Frasera, Billy'ego i ich rodziny możemy nadal śledzić na FB (klik). Ach, te dzisiejsze czasy!

Stefania Bąbel Kiełbaska też jest kocim terapeutą leczącym nas każdego dnia.
Na zdjęciu zajmuje się Kasią. :) 

PODPIS

czwartek, 24 października 2013

Kenzaburō Ōe - "Sprawa osobista"

Sprawa osobista - Kenzaburō Ōe
Dawno nie było u  mnie nic o czytanych książkach. W ciągu ostatnich kilku miesięcy kilka pozycji przeczytałam, nie mam jednak czasu i zaparcia do pisania recenzji.
Na szczęście wyręcza mnie w tym mąż.

Dziś powieść japońskiego noblisty. Kontrowersyjna. Powieści nie znam, ale recenzja bardzo mi się podoba.
Zapraszam. :)


 Kenzaburō Ōe  - "Sprawa osobista"

Miała być powieść o przemianie znanej zapewne większości mężczyzn, którzy swoje pierwsze dziecko mają już odchowane. Rozprawa o emocjonalnym przejściu od początkowego lęku o bycie ojcem do realnego i świadomego bycia ojcem.

Lęk ten został przez autora podrasowany narodzinami dziecka upośledzonego wielką naroślą na czaszce (wodogłowie lub guz) i diagnozą, że dziecko umrze lub ewentualnie pozostanie przy życiu, ale jako warzywo. Bohater wpada więc w popłoch, a właściwie w panikę pomnożoną przez histerię i w związku z tym ucieka w: bijatyki, alkoholizm, wyuzdany seks z kochanką, a to wszystko raptem w ciągu kilku dni, podczas których żona i dziecko (odseparowani od siebie) spędzają czas w szpitalu. Ponadto, a nawet przede wszystkim, planuje wraz z personelem medycznym zabić własne dziecko przez zagłodzenie. Cała ta suma jego reakcji jest chorobliwie przerysowana przez autora. Jakby wykałaczka strugana siekierą.

Może dałoby się to jeszcze uratować, gdyby, w odpowiednich proporcjach do opisanej wyżej części, zaproponować wiarygodną przemianę, która zachodzi ostatecznie w świeżo upieczonym ojcu. Ta część książki powinna być jej trzonem, a paniczne reakcje jedynie wstępem do dalszych rozważań. Niestety autor tak się rozmiłował w perwersjach swojego bohatera, że zajęło mu to jakieś 99% pojemności dzieła. Młody tatuś, niczym Pomysłowy Dobromir, doznaje natychmiastowego olśnienia, którego katalizatorem jest pewien Bułgar z pobocznego, nonsensownego wątku, sprzedający mu kilka życiowych banałów rodem z hollywoodzkiego filmu. Zapala mu się ta magiczna lampka i jedzie do szpitala, aby odebrać dzieciaka zdumionemu niedoszłemu współsprawcy zbrodni, czyli rzeczonemu personelowi medycznemu. Całość tej przemiany typu Dr Jekyll and Mr Hyde zajmuje raptem kilka kartek. Zanim udręczony czytelnik doczeka jakiejś głębszej refleksji ze strony bohatera lub narratora, musi czytać napisy końcowe.

Nie pasuje mi również język książki. Jest napuszony w swoich formułach. Mam wrażenie, że autor obficie się pocił, wyciskając z siebie te różne porównania, metafory i refleksje. Duszno mi było podczas czytania. Jest to, według mnie, styl przez rozdęte "S".

Reasumując, ciekawemu pomysłowi (a są inne?) brakuje: subtelności - w miejsce topornego przerysowania; odpowiednich proporcji wątków - w miejsce ciągłej fascynacji perwersją; wiarygodności decyzji i zachowań - w miejsce błyskawicznego hokus-pokus; więcej luzu - w miejsce nadęcia przy ruchach piórem.

PODPIS

Bardzo dziękuję za udział we wczorajszej dyskusji. Wasze uwagi bardzo się przydały.


A rok temu Za Moimi Drzwiami byliśmy wszyscy u fryzjera (klik). :)

czwartek, 18 lipca 2013

Towarzyszka Panienka - Monika Jaruzelska

Źródło zdjęcia TU.
Mam przed sobą wywiad z Moniką Jaruzelską pt. „Mój ojciec generał”. Wytłuszczonymi literami widnieje w nim zdanie „Nazwisko, które noszę, zobowiązuje i nie wolno mi ani nie chcę wywlekać na światło dzienne prywatnych spraw”. To w takim razie, dlaczego twierdzi pani, że napisała autobiografię, pani Moniko? – mam ochotę zapytać.  Po co zabiera się pani za opisywanie swojego życia, skoro nie jest pani na to gotowa? Dla pieniędzy? Aha, to rozumiem. To się z pewnością uda. Wiele osób skusi się na kupienie pani książki, sądząc, że dowiedzą się czegoś wartościowego. Tymczasem „Towarzyszka Panienka” może kompletnie oczekującego więcej czytelnika rozczarować. To zbiorek krótkich notatek, bez większych przemyśleń i refleksji. Trochę faktów, które nieskomentowane giną w morzu płytkości. Czytelnikowi pozostaje wyciągać wnioski samemu, robiąc za autorkę całą psychologiczną robotę. To niebezpieczne, bo można się przecież pomylić, ale konkluzje narzucają się same. Jak wyglądało dzieciństwo pani Moniki? Jak czuła się mała dziewczynka wychowana przez nieakceptującą jej, a w szczególności jej płci i wyglądu, apodyktyczną matkę i sztywnego, nieumiejącego okazywać uczuć, smutnego, podporządkowanego żonie i nieobecnego w domu ojca?  
Mocno wstrząsnął mną fragment o sadystycznym, pozbawionym empatii sposobie tresowania, jakiemu poddawany był generał Jaruzelski w dzieciństwie. Otóż był on niejadkiem, jedzenie puchło mu w ustach (co już samo w sobie może być oznaką poważnego problemu psychologicznego), a nie mógł wstać od stołu, jeśli wszystkiego nie zjadł. Często zdarzało się tak, że rodzina siadała już do obiadu, podczas gdy mały Wojtuś nadal tkwił nad śniadaniem. Dla mnie już ten jeden fakt tłumaczy całą sztywność, dyscyplinarność, służalczość i brak elastyczności dorosłego już Wojciecha. Co charakterystyczne, opowiadając o tym swojej córce Monice, zawsze podkreślał on, że jest to przykład dobrego wychowania i trzymania dyscypliny (przekonanie właściwe wszystkim dyktatorom). Czy człowiek, który nigdy, nawet jako już dojrzały, nie potrafił stanąć w swojej obronie, dostrzec ogromnej krzywdy, jaką mu zrobiono, mógł wesprzeć swoją córkę? Nie zrobił tego, tak jak i nie robi tego w stosunku do wnuka, syna Moniki, mimo że w przypadku relacji dziadków z wnukami zazwyczaj jest dużo łatwiej niż w stosunku do własnych dzieci, łatwiej kochać i akceptować. To wstrząsające, że mały Gustaw w wieku pięciu lat (!!!) potrafi powiedzieć „mamo, czy dziadek zawsze musi mnie tak upokarzać?”, lub do dziadka „tobie to się nigdy nic nie podoba, zawsze wszystko musisz krytykować”. Czy te słowa nie powinny paść z ust jego matki, która musiała bardzo cierpieć z powodu tego samego upokarzania i krytykowania? Czy opisywana przez nią „przyjaźń z chłopcami z ochrony” i niemal tylko z nimi nie jest świadectwem dojmującej samotności wieku szkolnego, która nawet w wieku dojrzałym objawia się umiłowaniem odizolowania się od innych ludzi zarówno w radości, jak i w smutku? 
Z jaką siłą oddziaływały na nią dwa określenia używane przez rodziców: matki - „takie to zdechłe” i ojca - „Guciu”? Czy, jeśli dodać do tego fakt, że oboje rodzice pragnęli mieć chłopca, powyższe „nazwania” nie mają dramatycznego wydźwięku? Czy żyjąca w specyficznych, uprzywilejowanych warunkach dziewczynka,  zmuszana z racji zajmowanej przez ojca wysokiej pozycji w państwie do ciągłych występów na szkolnych akademiach, których nienawidziła, pozbawiona jakiegokolwiek wsparcia w domu, pozbawiona akceptacji i miłości nie musiała otoczyć się ochronnym murem, aby przetrwać? Mam wrażenie, że tak i że ten mur nadal wokół niej jest. Dopiero wyjrzenie zza niego, uwolnienie się, przyznanie prawa głosu tamtej małej Monice w sobie dałoby lekturę ciekawą, autentyczną i mądrą. Ja czuję, jakbym dostała ochłapy faktów, bez emocji, ugładzone, grzeczne i puste. 
Dla mnie to książka o ślepym przywiązaniu do ojca, o ciągłym zabieganiu o jego miłość, o przemożnej potrzebie chronienia go, o nadziei, że któregoś dnia pochwali, zaakceptuje. To dramatyczne i poruszające, ale nie dla autorki. Ona zdaje się tego nie dostrzegać. Nie budzi jej zastanowienia, dlaczego nazwała syna imieniem, którym sama była przez ojca nazywana - męskim imieniem. Gustaw wziął się od Gucia, Guciu powstał od pyzatych policzków małej Moniki.  Jak czuła się dziewczynka tak nazywana, jeśli dodatkowo wiedziała, że oboje rodzice, ale szczególnie matka, wymarzyli sobie chłopca? Czy danie synowi tego imienia nie jest darem dla rodziców, odpokutowaniem swojej "niewłaściwej" płci z nadzieją, że „wina” zostanie zmazana, a ojciec, ten zatwardziały pesymista, zawsze znajdujący powód, aby coś skrytykować, pokocha? Bardzo ciekawie byłoby przeczytać rzetelną, szczerą, a przede wszystkim odważną odpowiedź autorki. Spodziewałam się jej, bo przecież, jak czytamy w tej biografii, pasją pani Moniki jest psychologia (zarzucona dla intratnej posady w Kruku). Brak mi w tej książce związków przyczynowo-skutkowych, a przecież na tym polega obrachunek z własnym życiem. Dlaczego jestem, jaka jestem? Skąd się taka wzięłam? Co bolało mnie w dzieciństwie, co boli teraz? Co zrozumiałam w swoim życiu? Z czym się pogodziłam, z czym nie? Co mnie ukształtowało? Tego, po przeczytaniu Towarzyszki Panienki, wciąż nie wiem.
Nie podoba mi się krytyka Danuty Wałęsy, która odważyła się na ujawnienie swoich uczuć i przeciwstawienie się sławnemu mężowi, nie podoba mi się plotkarska wstawka o Oli Kwaśniewskiej, nie podoba mi się infantylne potraktowanie relacji z licznych zagranicznych wizyt, gdzie autorka jeździła wraz z ojcem kąpać się w splendorze, nie podoba mi się dystans do czytelnika i dysonans pomiędzy tezami, do których próbuje nas przekonać, a faktami znanymi z historii. Tę ostatnią, rozrachunek z systemem, który ją wypieścił, z uczynkami ojca, z tym, jak jego nazwisko pomogło jej w życiu i otworzyło wiele drzwi, te kwestie jako będące poza moimi zainteresowaniami pominę milczeniem, choć stawianie w jednym rzędzie katów i ich ofiar budzi moje oburzenie. 
Mogę się tylko domyślać, dlaczego autorka zrobiła ze swoich relacji z matką temat tabu. Moim zdaniem pisanie autobiografii zobowiązuje do większej wnikliwości i nie mam tu na myśli publicznego obnażania się, a pokazanie siebie jako osoby z krwi i kości, czującej i rozumiejącej siebie. Umiejącej obronić się w razie krytyki, a nie pozostającej za swoim wybudowanym we wczesnych latach życia bezpiecznym murem. Z chęcią poczytałabym więcej szczerych opisów jej dnia codziennego, które przecież musiało różnić się od mojego, choć wychowywałyśmy się w jednym okresie. Chociażby, jak żyła wtedy elita partyjna. Znowu brak odwagi, aby o tym napisać więcej niż kilka ogólników?
Mam wrażenie, że bardziej dojrzały jest kilkuletni syn pani Moniki. 

Po jednej z wizyt u dziadków spytałam go, dlaczego tak źle się zachowuje.
 A on na to „Bo bardziej kochasz dziadka niż mnie. 
A jak dziadek jest w telewizji, to jesteś smutna i nie można się do ciebie odezwać”. 
Wtedy zrozumiałam, że kolejny krok muszę wykonać ja sama – to znaczy 
bardziej stać się matką, niż byłam córką do tej pory. 

To jeden z cenniejszych i mocniejszych tekstów w książce. Kiedy pani wykona ten krok, pani Moniko, a także kiedy pani pochyli się nad sobą samą z pani trudnego dzieciństwa spędzonego na pustyni uczuciowej, kiedy będzie pani gotowa wykonać analizę psychiczną swoich uczuć i motywów postępowania, proszę napisać tę książkę raz jeszcze. Ja będę na to czekać, bo mimo mojej niepochlebnej recenzji mam dla pani wiele empatii, sympatii i ciekawości.

PODPIS

wtorek, 29 stycznia 2013

"Dobre dziecko" Roma Ligocka

Przeczytałam nową książkę Romy Ligockiej pt. Dobre dziecko. Jestem pod jej wielkim wrażeniem. Pierwsze słowo, jakie mi się nasuwa, to: szacunek. Czuję wielki szacunek za zmierzenie się z tak trudnym tematem, jakim jest powrót do swojego dzieciństwa. Za zrobienie tego bez lukru, bez usprawiedliwiających znieczuleń. Za opisanie rzeczywistości swojego okresu dorastania, za powrót do swoich trudnych i bolesnych emocji. 

„Umiem tylko kochać. Nie umiem być kochana” - pisze o sobie autorka. Czy po przeczytaniu jej wspomnień łatwiej mi to zrozumieć? Oczywiście. Mocno przeżyłam historie z życia Pani Romy i domyślam się, jak one na nią wpłynęły. Książkę czyta się szybko. Napisana jest prostym językiem, który wzbudził we mnie całą gamę uczuć. Wielokrotnie musiałam lekturę odkładać na bok, poruszona siłą jej emocjonalnego przekazu. Choć od tamtych wydarzeń minęło już ponad pół wieku, to nadal mają porażającą siłę. 

Wyobcowanie, samotność tej dziewczynki, która czuła się często zawalidrogą w życiu mamy, przeszkodą na jej drodze do szczęścia odkopała we mnie pokłady współczucia. Można śmiało nazwać to piekłem dorastania, podczas gdy, wydawałoby się, to prawdziwe piekło w postaci wojny i getta jest już za nią. Nierozumiejąca tego, co dzieje się z jej mamą, narażona na spadające znienacka nieprzyjemności za sprawą romansu matki z żonatym mężczyzną, czuła się przez nią odepchnięta. Co najtrudniejsze, próby samobójcze podejmowane przez mamę uczyniły z Romy jej strażniczkę. Jakie to trudne zadanie dla dziecka! Pilnować własnej matki, aby nie odebrała sobie życia! Jak bardzo Roma czuła się pominięta i dla niej nieważna, skoro ta chciała ją osierocić i zostawić na pastwę losu. Oczywiste jest dla mnie, że mając 10 lat, nie była w stanie nazwać swoich uczuć i zaakceptować ich. Tym bardziej cierpiała. 

Czy może dziwić, że w takiej sytuacji dziewczyna radziła sobie, jak umiała, czyli np. odmawiając jedzenia i wpadając w anoreksję? Wyobrażam sobie, jak można nie chcieć czuć tych wszystkich niezrozumiałych dla dziecka emocji. Łatwiej zagłuszyć je głodem. Łatwiej wydaje się nawet umrzeć z głodu, niż być na wakacjach z panią Heleną. To znamienne, że takie najtrudniejsze przeżycia mogą przypomnieć nam się po wielu latach. Tak było w przypadku tego wakacyjnego wyjazdu z p. Heleną, gdzie Roma została w swoim rozumieniu zesłana, aby matka "też sobie pożyła", bo przecież "też była człowiekiem". Wizja i uczucia z tamtych dni wróciły do autorki podczas pisania tej książki. Po 50 latach...  Wróciła trauma tamtego potraktowania jej przez osobę skostniałą, kompletnie nieempatyczną, a także wyznawczynię tzw. czarnej pedagogiki, wg której należy dziecko upokarzać, okłamywać i traktować jak przedmiot, aby wychować je na wartościowego człowieka. Mocno przeżyłam ten fragment książki.


Istnieją też miłe momenty w życiu małej Romy. Takie są dla niej wspomnienia wspólnych chwil przy radiu, które spędziła razem z matką. To takie nieczęste chwile wzajemnej bliskości. Roma pamięta, jak siadały obie przy drewnianym odbiorniku obitym żółtym materiałem i czekały na transmisję z zawodów jazdy figurowej na lodzie.  Potem uruchamiały wyobraźnię: "Ty sobie wyobraź jak oni skaczą! Ty sobie wyobraź..."
Może dzięki takim chwilom dziewczynka posiadła umiejętność przenoszenia się w ulubiony świat wyobraźni, w świat książek i rysunku. Również lektura pamiętnika jej babci Anny Abrahamerowej, który jest pamiątką pięknego, czystego i bogatego przedwojennego życia żydowskiej rodziny jej taty, jest dla Romy ucieczką od rzeczywistości, próbą radzenia sobie z trudnymi uczuciami.

To mądra i odważna lektura. Książka, która wyrasta z osobistych przeżyć. Porywa za serce. Ilustruje, że nie da się od siebie uciec. Pokazuje, że traumy i nienazwane uczucia z naszych najwcześniejszych lat mają wpływ na całe nasze życie. Pani Roma Ligocka pokazała to w sposób finezyjny, jednocześnie patrząc na swoje życie z dystansu. Nie oceniając, nie atakując, zajmując się tylko i wyłącznie swoimi uczuciami. Dając sobie do nich prawo. To niełatwe. To obnażenie przed innymi najbardziej intymnej strefy swojego życia. Jestem pewna, że napisanie tej książki to oczyszczający i ważny krok w życiu autorki i jeśli będę miała okazję, to na jakimś spotkaniu autorskim osobiście ją o to zapytam.


Na deser Wisia i Amisia:
 





PODPIS

czwartek, 15 listopada 2012

"Przypadek Adolfa H." - Eric-Emmanuel Schmitt

Witajcie!

Nie ulega wątpliwości, że mam ze swoim mężem dobrze! Nie dość, że uwielbia czytać książki i lubi mi o tym, co czyta, opowiadać, to jeszcze pisze z nich recenzje i pozwala mi umieszczać je na blogu, który dzięki temu bardzo zyskuje na wartości. Przeczytałam tę recenzję jednym tchem. Chciałabym umieć tak pisać! 
Miłej lektury!

*************************************************************
"Przypadek Adolfa H." - Eric-Emmanuel Schmitt
Dwie wiodące tezy książki.

Teza pierwsza: Hitler miał szansę zostać zdrowym i pogodnym człowiekiem, gdyby los się do niego uśmiechnął w chwili, kiedy ogłaszano wynik egzaminów wstępnych na Akademię Sztuk Pięknych w Wiedniu w 1908 roku.
Teza druga: świat i historia XX w. byłyby inne, gdyby spełniła się teza pierwsza.

Obie fałszywe.

W dniu ogłaszania wyników egzaminu Adolf miał dziewiętnaście lat. Proces kształtowania jego osobowości był zakończony. Ojciec, który katował go przez całe dzieciństwo, odcisnął na jego psychice niezatarte piętno. Zmarł, kiedy chłopak miał trzynaście lat, ale zdążył wyhodować w nim olbrzymie poczucie krzywdy i związanej z tym wściekłości. Osierocony wcześnie Adolf pozostał bez szansy odreagowania krzywdy w relacji z ojcem. Wieko frustracji zostało na długo zamknięte. Jestem przekonany, że osobowości typu Hitlera, Mansona czy Breivika nie mogąc znieść skumulowanych w nich negatywnych emocji, wcześniej czy później muszą znaleźć lub wypracować sobie sytuację pozwalającą im na odreagowanie. Założenie, że jeden zdany egzamin zmieni ten stan ducha, jest naiwnością. Jeszcze większą śmieszność Schmitt popełnia, uzdrawiając "równoległego" Hitlera w gabinecie Zygmunta Freuda w trakcie trzech zaledwie sesji! Zahukanego, obciążonego olbrzymim kompleksem niższości, mdlejącego na widok nagiej modelki frustrata, który w swoim oryginalnym wydaniu żył w celibacie, godnym Jana Ewangelisty, przepoczwarza doktor Freud na swojej kozetce w pożeracza damskich serc i ciał. Trzy sesje na jednego Adolfa Hitlera! Śmiechu warte!

Hitler nie jest twórcą historii, ale to historia, jako wypadkowa niezliczonych okoliczności, powołała Hitlera do dzieła. Jestem pewien, że olbrzymia liczba hitleropodobnych krążyła zawsze i wciąż krąży wśród ludzi, czekając na właściwą chwilę, na ten płodny moment, w którym jeden z nich, niczym zwycięski plemnik, przeniknie przez błonę historii, aby odcisnąć w niej znak swojej choroby. Dopiero w sprzyjających warunkach może dojrzeć do swojej, właściwej w danym czasie i miejscu, roli. Do tego, żeby niedoszły malarz mógł stać się Hitlerem, trzeba było zantagonizowanej, podatnej na nacjonalizmy Europy, całej gwardii goebbelsów, himmlerów, goeringów, a także nieprzebranych mas Niemców, wychowanych w paternalistycznej atmosferze, pełnej czarnej pedagogiki (Alice Miller - "Zniewolone dzieciństwo"), którzy byli gotowi uwierzyć, że są narodem wybranym Europy, rasą panów, nastawioną na absolutne, ślepe posłuszeństwo wobec własnego państwa (Stieg Daggerman - "Niemiecka jesień"). Gdyby, jak fantazjuje Schmitt, Adolfa przyjęto do ASP, inny führer poniósłby sztandar nazizmu i wymordował pół Europy. To w jakiś sposób musiało nastąpić.

W sprawiedliwych, choć wirtualnych Niemczech, w których Goebbels jest skrajnie prawicowym marginesem, popieranym przez nie więcej niż jeden procent wyborców, gdzie Żydom żyje się dobrze i bezpiecznie jak nigdzie indziej w Europie, a Adolf Hitler jest szczęśliwym mężem Sary Rubinstein, bynajmniej niearyjskiego pochodzenia, Schmitt urządza jednak wojnę. Demiurg uznał, że nawet pozbawionym przywództwa Hitlera Niemcom potrzebna była jakaś rewizja traktatu wersalskiego, mająca uleczyć narodowe kompleksy przegranych. Każe więc napaść im na Polskę w celu odzyskania korytarza gdańskiego. Sprawa jest szybka i trwa kilka tygodni. Najwyraźniej cała Europa, włączając Polskę, godzi się z tym, ponieważ po blitzkriegu zapada błogi pokój. W notatkach kończących książkę autor pomaga czytelnikowi zrozumieć ten wojenno-pokojowy fenomen, pisząc, że "...reszta - okupacja Austrii, Czechosłowacji i Francji - wypływa z psychiki hitlerowskiej, nie z psychiki niemieckiej. Nie wspominając o elementach patologicznych, rdzennie hitlerowskich: nienawiści do Żydów, Cyganów, kalek i chrześcijan. Holokaust ... jest wyłącznie dziełem Hitlera..." (str. 471). Okazuje się również, że nawet w tych gorszych, autentycznych i zmanipulowanych Niemczech Hitler w wersji "potwór" miał duży problem ze swoimi obywatelami - "...opór pochodził ze strony Niemców. Niemcy chcieli pokoju..." (str. 372). Nie jestem w stanie zaakceptować naiwnej i historycznie fałszywej wizji Niemców jako stada niewinnych owieczek prowadzonych ku zgubie przez jednego szaleńca. Żadna jednostka nie jest w stanie dokonać takiej hekatomby bez absolutnego oddania całych mas. Każde ziarno wymaga żyznej gleby, szczególnie ziarno czystego, szaleńczego zła. Hitler i Niemcy mieli swój płodny związek.

Ponieważ pomysł rozszczepienia historii nie jest nowy, za to z pewnością banalny, z napięciem oczekiwałem na jakieś fantastyczne splecenie losów obu Hitlerów. Liczyłem, że wyobraźnia pisarza, teoretycznie niczym nieograniczona, doprowadzi do kolizji brzemiennej w refleksje o naturze i współistnieniu dobra i zła, do zderzenia o emocjonalnej sile, jaką wyzwala połączenie materii (Hitler realny) z antymaterią (Hitler wirtualny). Chciałem, żeby się zagotowało w jakimś fantasmagorycznym, dwubiegunowym układzie. Rozczarowałem się. Schmitt sprzedaje odrębne dwa w jednym: dwie niezależne opowieści o dwóch różnych postaciach, których losy rozeszły się w "minucie, która zmieniła bieg świata". Im bliżej końca, tym więcej nudy.

W swoich epilogowych dumaniach autor pisze: "Co znaczy, że książka jest "udana" albo "nieudana"? Jedynie autor to wie, bo może skonfrontować swój zamiar z końcowym rezultatem." a jednocześnie, tuż obok: "Zdaję sobie sprawę, że zwracam się do wymagającego czytelnika, który będzie chciał w moim towarzystwie podjąć refleksję czasem krępującą" (str. 475). Tak więc z jednej strony odrzuca czytelnika wraz z jego opinią, a z drugiej przez afirmację próbuje podnieść poziom swego dzieła, flirtując jedynie z "wymagającymi". No to ja, nędzny czytelniczy robal pytam: która to refleksja w Pańskiej książce jest krępująca? Ta może, że w każdym z nas jest dobro i zło? Raczej banalna. Że ślepy los kieruje proporcjami tego dobra i zła? Raczej naiwna. Że to, czy podążamy drogą dobra, czy zła, zależy od magików (bo tak Pan ich przedstawił) jak Forster (wybór zła) (str. 226) czy Freud (wybór dobra)? Raczej żenująca.

Chciałbym to jeszcze raz wyrazić: jest to książka kłamliwa i szkodliwa. Ale nie dlatego, że doszukuje się w Hitlerze pierwiastka ludzkiego. To oczywiste, że był, jak my wszyscy, skomplikowanym układem dobra i zła. Zgadzam się też z epilogową notatką Schmitta, że cząstka Hitlera jest w każdym z nas. Mam zresztą wrażenie, że to również brzmi banalnie. Fundamentalny fałsz tej książki polega na przerzuceniu niemal całej odpowiedzialności za największe szaleństwo ludzkości na tę jedną żałosną postać. Brakuje mi w "Przypadku Adolfa H." oskarżenia tamtej Europy galopujących nacjonalizmów, patriotyzmów mających krew "innych" na flagach i w hymnach, pełnej pogardy dla odmienności wewnętrznej i zewnętrznej, a jednocześnie aroganckiej w wyrażaniu własnej wyższości; Europy, w której słowa "państwo", "naród", "patriotyzm" nabyły siły śmiercionośnego oręża. Schmitt nie chce zauważyć, że niechlubnym liderem tego paranoicznego wyścigu stało się całe społeczeństwo niemieckie. Hitler był jedynie ikoną, której Niemcy mogli patrzeć na usta i spijać z nich słowa szaleństwa, na które czekali. Gdy wygrywali - był bogiem, kiedy przegrali - stał się wymówką. Chcę wierzyć, że tamtych Niemców, tamtych Niemiec już dawno nie ma. Ale może demony tylko zasnęły? Może nacjonalistyczne zjawiska, które pojawiają się w Polsce (np. 11 listopada), Holandii, Francji jako skutki coraz dłuższego kryzysu są zbliżającym się kolejnym płodnym okresem totalitaryzmu?

********************************************************************************

Wspaniałego dnia! Jak to dobrze, że żyjemy w czasach pokoju.

PODPIS
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...