wtorek, 28 kwietnia 2015

Seoraksan National Park - wpis dedykowany

Dedykowany Krzychowi ze Świata od podszewki, który w komentarzu pod jednym z ostatnich postów napisał: 

Nam w górach w całej Korei ZAWSZE trafiają się dzikie tłumy. W niektórych miejscach trzeba czekać na swoją kolej jak, nie przymierzając, na Trzy Korony czy Giewont. Może dlatego, że kiedy Małżonka ma wolne,  cały kraj ma wolne, a oni lubią wędrówki.

Otóż, drogi kolego blogerze z małżonką ;), zobaczcie sobie choć na zdjęciach, jak wyglądają góry w Korei, w popularnym przecież, jak dobrze wiecie, obszarze Parku Narodowego Seoraksan, w dzień roboczy, dokładnie 28 kwietnia 2015 roku. Zobaczcie i zazdrośćcie, bo przez WIĘKSZOŚĆ czasu byliśmy na szlakach sami! Szwendaliśmy się dziś wprawdzie po terenach dolnych, nie wjeżdżaliśmy kolejką na górę (to mamy w planie jutro), odwiedziliśmy tylko świątynię buddyjską, przeszliśmy ścieżkę medytacyjną (taka pętla przy oczkach wodnych, które miały być, a ich nie było - susza) i zobaczyliśmy wodospady. Było bosko! Ach, jak tu cudownie! 

Mała retrospekcja. Wczorajszy dzień raczej nas przygnębił i rozczarował z kilku powodów. Najpierw, gdy znaleźliśmy nasze nowe lokum, okazało się, że jest to z wyglądu sympatyczny domek (z "papierowymi" ścianami), ale w jego najbliższym otoczeniu sąsiedzi trzymają psy na łańcuchach. Serce pęka z powodu tych biedaków całymi dniami przykutych do bud, nie mówiąc już o tym, że one przez większość nocy szczekają. Też bym szczekała, a nawet wyła... 
Potem poszliśmy nad morze, do portu i mieliśmy problem ze zjedzeniem kolacji - chyba z powodu małego ruchu większość lokali była zamknięta, reszta przerażająco pusta i kiedy w końcu trafiliśmy na knajpkę, gdzie stołowali się jacyś miejscowi, byliśmy już nieźle wyczerpani. 

Za to dziś - bajka! Żadne zdjęcia tego nie oddadzą, ale może choć trochę przybliżą.
Wyczerpujące opisy, rzetelne sprawozdania i wykazywanie się wiedzą zostawiam MójCiOnemu, który znów nadaje. Hura!

Pogodę mamy przecudowną! Nie za gorąco, nie za zimno. 20 stopni, lekki wietrzyk.
Tylko chodzić i zwiedzać. :)
Takie zdjęcia robiłam z myślą o Krzychu. Pusto!
Pięknie. Czas kwitnienia czegoś różowego trwa.
I najaktualniejsza aktualizacja: po licznych konsultacjach, w tym społecznych,
wyszło, że to jednak wiśnia, i to piłkowana. A dociekliwa Ninka zostaje nominowana
do tytułu Nadwornego Cherloka Szolmsa. :)
Wielki Budda nie ma nawet nad kim panować. Tylko jedna pani bije mu pokłony...

Żaba, która łyka każdą monetę, przyjęła też moją: 100 wonów = 34 gorsze.
Wypowiedziałam przy tym proste życzenia (zakładając, że tak to działa):
obyśmy cali i zdrowi wrócili do domu, gdzie będą czekać na nas nasi bliscy cali i zdrowi.
- I obyśmy nie mieli sraczki - dopowiedział MCO, mając w pamięci stan swojego żołądka po wczorajszej kolacji. :)
Z żabą próbują też negocjacji kolejni turyści. 

Nawet na malowniczych mostkach tłumu nie ma. 
Trzeba uważać, żeby nie przestraszyć niedźwiedzi!
Istna bajka! Woda jak kryształ. 



Zbliżamy się do świątyni buddyjskiej. 
Ten cudowny budyneczek na terenie przyświątynnym to... toaleta! 
Mieliśmy szczęście, bowiem w świątyni odbywał się właśnie jakiś rytuał buddyjski.
Wprawne oko dojrzy wśród tych kolorów ptaszka. Wije sobie gniazdko pod belkami.
Powodzenia, kruszynko! :) 
Kilku małych chłopców zostało pozbawionych swoich czupryn, ubranych w mnisie szaty
i w asyście mnichów oraz przejętych rodziców, 
tudzież grona paparazzich, opuściło budynek świątyni. 
Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie...






I przemarsz alejkami parku. 
Chłopcy byli bardzo przejęci tym, co ich spotyka. :) Wcale się nie dziwię. 
Ciekawi mnie, co za zioła zbierają te kobiety przy rzece...
Można powiedzieć, że od tego momentu zaczęliśmy swoją niemal samotną wycieczkę
w kierunku pobliskich wodospadów. 


Kolejką pojedziemy jutro. 
O! Właśnie takie zielone zbierały tamte kobiety!
Urocze spotkanie z przyrodą ożywioną. 
I nieożywioną. Pstryknęłam dla sowolubnej Joli i Damykier. 
Strumyk płynie z wolna, rozsiewa zioła... kwiecień.
Żałuję, że nie mogę pokazać ciszy i uroku tego miejsca. 
Wspinaliśmy się i wspinali w prześlicznych okolicznościach przyrody. 

Aż dotarliśmy 
na słynny wiszący most. 
Most fajnie bujał się przy każdym kroku.
W drodze powrotnej na chwilę położyłam się na nim i zamknęłam oczy. Mmm...
Endorfiny! Szczęście!  
Byliśmy sami. No dobra, przeszły może z trzy osoby. :)
Ostatnie 0,4 km MCO przebył sam. Wymiękłam na kolejnych schodach. :(
I zejście; ostatni rzut oka na góry,
kolacja na ławce przy porcie 
 i powrót do domu przy słynnej kociej balustradzie, którą zauważyłam dzięki Waszym uważnym oczom. :)
Jak widać, w góry w Korei należy jechać w dni powszednie. Jest naprawdę pięknie i nietłoczno. Czy Świat od podszewki widzi? Wierzy? Nawet autobus, który wiózł nas do domu, był niemal pusty. Żyć - nie umierać, a podróżować po Sokcho!

Padam z nóg! Czas iść spać, bo jutro znów będzie się działo. Pozdrowienia dla wszystkich miłych czytaczy. Fajnie, że jesteście. Dobranoc. :)

PODPIS

Na Instagramie można śledzić nas na bieżąco. LINK.





poniedziałek, 27 kwietnia 2015

W trasie

Dzień dobry, szanowna wycieczko!

Co się dzieje, gdy niemal wprost zza biurka idzie się na otaczające Seul wzgórza w towarzystwie dwóch mężczyzn w tzw. sile wieku?  Na drugi dzień się cierpi! Nie dość bowiem, że daje o sobie znać jet-lag, który przypomina, że zmieniło się strefę czasową o 7 godzin, to jeszcze boli człowieka cały... człowiek, a w szczególności: prawa kostka, lewe kolano, obie łydki, kręgosłup, ramiona i głowa, a wszystko to w oparach senności. W naszym trzecim dniu pobytu w Seulu skandalicznie się snułam, ledwo powłócząc nogami, aż nastała ósma rano w Polsce, czyli tutaj piętnasta. Wtedy dopiero z lekka się ożywiłam. Ech...  

Po trzech dniach spędzonych w Seulu, które, nie mam wątpliwości, nawet w niewielkim ułamku nie pozwoliły nam liznąć kolorytu tego miasta, realizujemy kolejny punkt podróży tak szczegółowo opracowany przez MójCiOnego. Jest nim pięknie położona nad brzegiem Morza Japońskiego i w otoczeniu malowniczych gór miejscowość Sokcho. Samo miasto na pierwszy rzut oka nie powala niczym szczególnie pięknym, ot, azjatycki bałagan architektoniczny, ale na pewno ma wiele walorów (malownicze porty, żółtopiaszczyste plaże, niesamowity park narodowy Seoraksan), które będziemy starali się eksplorować w ciągu najbliższych trzech dni. Potem sprytny plan mojego osobistego stratega przewiduje, że kiedy seulczycy ruszą tłumnie na majówkę do... Sokcho, my zrobimy ich w balona i wrócimy do pustego Seulu, żeby dalej cieszyć się z odkrywania go dla siebie.  

Dzisiejszy dzień minął nam w trasie i na oswajaniu nowego lokum wraz z jego okolicą. 
Jak wyglądała podróż i pierwsze zwiedzanie miasta, pokazują zdjęcia. Dużo zdjęć. 

Autobus zapełniony tylko w części - pokazują to czerwone miejsca na planie.

Najpierw zostaliśmy poinstruowani, jak należy się zachowywać podczas podróży,
a potem już mogliśmy spokojnie oglądać Koreę z okien autobusu.













Tu już chyba skończył się Seul i zaczęła prowincja. 





Po godzinie jazdy kierowca zarządził piętnastominutową przerwę w podróży.

Na siusiu i na amciu. 






Wydaje się, że cała Korea to niewielkie wzgórza porośnięte niskim lasem iglastym.



Na ekranie pokładowego TV - taka ładna para. :)



I już dotarliśmy do Sokcho.














Musimy odnaleźć nasz domek.

Jest wysoko pod górkę.


O, już go widać! To ten brązowy. 
I wieczorny rekonesans przed snem.
Miasto blokowisk. 


Uwaga! Nazwa tej ulicy może być na klasówce! :P
W porcie i na plaży ślicznie za sprawą zachodzącego słońca. 




Powtórka - dla tych, co jeszcze nie umiejo. :)
















Gorąco pozdrawiamy; szkoda, że nie zdążę już nic więcej opowiedzieć. Spać iść trzeba, by siłę mieć jutro. :)
Trzymajcie kciuki za moją kondycję - w planie góry! Oesu!

PODPIS
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...