wtorek, 24 lipca 2018

Wpis powrotny JolkiM, czytaj: Marnotrawnej, z gwoździem, czytaj: Kamykiem

Jeju, jak zacząć, jak powrócić...

Ekhm, dajmy na to, że dawno, dawno temu, za górami i lasami, złożyłam ślubowanie, iż przy dziesiątym kocie na koncie powrócę ze swej wewnętrznej emigracji. 
I tak oto już w drugim zdaniu zawarłam intrygującą zapewne informację, która zresztą jest tytułowym gwoździem programu. Ci, którzy być może mnie jeszcze pamiętają z gościnnych występów u Gosi, a którym licznik moich kotów zatrzymał się w okolicy piątki lub szóstki, mogą się zdziwić tym postępem geometrycznym. Ale przecież mnie trochę znają, także z tej zwierzęco rozbuchanej strony, z mojego nieumiarkowania w przygarnianiu itepe, no więc czemu się tu dziwić. Wcześniej czy później musiałam dobić do dychy.
A zatem oznajmiam koniec gry wstępnej i przystępuję do dychy, to jest - do rzeczy, choć bez porządku chronologicznego. Będzie bowiem od końca, od zeszłego czwartku, od rana.

Przed dziewiątą telefon od Igora, który zasuwa na "szóstkę" do autobusu, żeby dostać się do firmy, w której ma staż. Telefon dotyczy malutkiego kotka ("Mam, on ma z dwa tygodnie!")*  miauczącego przy domu na łączniku między wsią a "szóstką". Obiecuję mu, jadąc do pracy, sprawdzić co i jak. Jadę po dwóch godzinach, nieco wcześniej, żeby zerknąć, co tam się dzieje, ale nie zabieram nawet transportera, bo cichutko liczę na to, że już tam żadnego kota nie będzie. Ale jest. :] Siedzi na sporym głazie przed ogrodzeniem posesji.

 Tu siedział i wrzaskiwał Kamyk.

 Otoczenie: w jedną stronę

 i w drugą stronę.

Niemal przy samej szosie. 
Cud, że się nie wpakował pod koła jakiegoś samochodu, zanim go spacyfikowałam

Drze się wniebogłosy, lecz gdy podchodzę, czmycha w krzaczory. Robię kilka prób, ale  to na nic, bo cwaniak ucieka przez drucianą siatkę na posesję. Idę więc do domu, w którym pytam o tego kota i proszę panią o pomoc. Ona mówi, że kotek jest tam od wczorajszego wieczora; syn go namierzył i w nocy go próbowali łapać, bo się o niego bardzo martwił, ale nie udało im się.
Przez chwilę ganiamy się w pokrzywach z kociakiem, aż udaje mi się go capnąć. 

 Tu go złapałam.

A dokładnie tu.

Niestety broniąc się, dziabnął mnie w palec - dłoń spływa mi dość obficie krwią. Pani mówi, że ma dwa koty i psa, nie chce kolejnego zwierzaka. Przynosi mi kartonik, w którym zamykam malucha i zabezpieczam go jak mogę w skrzynce plastikowej, którą mam w samochodzie. Jadę na "kociej syrenie" do miasta, zawiadamiając pracę, że się spóźnię, bo chcę zajechać jeszcze do lecznicy, żeby go ktoś obejrzał. A więc koszty - nic to. Już w mieście widzę w lusterku, że zwierzak wydostał się z kartonika i urządza sobie krzykliwe biegi i skoki po tylnych partiach samochodu . Zaparkowałam pod lecznicą i żeby było bezpiecznie, lecę i proszę o kontener - chcę go tu zostawić do wieczora, żeby następnie go odebrać po oględzinach, i po mojej pracy. Wracam z kontenerkiem, widzę malucha pod siedzeniem kierowcy, ale po chwili stamtąd znika. Szukam wszędzie siedem razy! I nie ma go. :( Już zaczynam myśleć, że mi jakoś zwiał, co było niemożliwe, bo przecież bardzo uważałam na drzwi...

Pisać dalej czy starczy tych krwawych horrorów? ;)

No dobrze, słuchajcie, czas mnie goni, bo zaraz do pracy, dodam więc tylko, że wreszcie - zdesperowana -usłyszałam jego głos. Ale skąd dochodził!  
Hm, to może mały konkurs -  bez nagród zresztą? :) 

Reszta wieczorem!

Aha, zapomniałabym - starą gwardię komentujących lub tylko odwiedzających ZMD bardzo ciepło pozdrawiam. Nowym się przedstawiam: JolkaM, autorka kilku, może kilkunastu wpisów gościnnych u Gosi, przeważnie o tematyce kociej i psiej. 


* To informacja nieprawdziwa - kociątko ma około czterech tygodni.

JolkaM

piątek, 20 lipca 2018

Rocznica Marty

Bardzo dziękuję za każdy komentarz pod poprzednim, smutnym, postem.
To naprawdę niezwykłe, że jestem otoczona ludźmi, którzy są mi tak bardzo życzliwi.
Od początku mojej działalności na rzecz zwierząt spotykam się z ogromnym wsparciem koleżanek blogowych oraz całkiem obcych osób, z których część staje się z czasem koleżankami, a niektóre wręcz przyjaciółkami.
A jednak ostatnio brakowało mi osoby z którą mogłabym dzielić niepokoje i lęki związane z tymczaskami. Czułam się bardzo samotna z tymi rozterkami, a mam ich mnóstwo przy moim charakterze i dążeniu do robienia wszystkiego (związanego z DT) najlepiej. Brakowało mi osoby, która by je ze mną dzieliła i była na tyle zorientowana w aktualnej, dynamicznie zmieniającej się sytuacji, by rozumieć i czuć. Która, po prostu, by trochę żyła tym co ja...
Skąd o tym wiem, że mi jej bardzo brakowało? Nie wiedziałam, ale potem pojawiła się Ewa!
Ewa jest jedną z osób, które adoptowały ode mnie kotka (to słynna kotka Marta, o której niżej), a potem jakoś tak krok po kroku pokazała mi, że myśli tak jak ja, że mamy ten sam system wartości i tę samą potrzebę odpowiedniego zajmowania się potrzebującymi zwierzętami. Obie nie lubimy epatować nieszczęściami, ani szokować, za to chcemy zarażać miłością do tych wszystkich wspaniałych futerek. 
Ewa jest 20 lat młodsza, ma wiele chęci do działania i kiedyś, jeśli będzie chciała, z radością przekażę jej to swoje dziecko jakim jest Za Moimi Drzwiami, by mogło żyć dalej z korzyścią dla zwierząt. :)


Rok temu kotka Marta opuściła progi Za Moimi Drzwiami. 
Z tej okazji Ewa napisała:
"Dziś mija rok, odkąd Marta stała się członkiem naszej kocio-ludzkiej rodziny. 😊 Pamiętam, jakby to było wczoraj, 8 lipca 2017 roku o godzinie 11 przekroczyliśmy próg Za Moimi Drzwiami, by odebrać Martę, wtedy pannę piwnicznkę zwaną Czeko. 😊 Kilka dni wcześniej zawitałam w progach Gosi, by przedstawić siebie, opowiedzieć o nas i naszych kotach i prosić, by powierzyła nam tę małą, sześciotygodniową puchatą istotkę.
Do adopcji kolejnego kota przymierzałam się od wielu tygodni, ponieważ wszystkie fundacje błagały o adopcje, wiadomo sezon wakacyjny charakteryzuje się ogromnym zakoceniem i zastojem w adopcjach. Chciałam małego kotka, ponieważ przy dwóch dominujących kotach bałam się wprowadzić dorosłego osobnika. Wiedziałam, że musi to być kocię z DT, ponieważ zmniejsza to ryzyko przyprowadzenia chorego kota. Zależało mi na kocie uległym, ponieważ oba starszaki są wyjątkowo dominującymi jednostkami.
Przez wiele tygodni przeglądałam strony wszystkich znanych mi wrocławskich fundacji, nie mogąc podjąć decyzji. Ciągle się wahałam, choć serce mi się rwało do ratowania choć jednej kociej duszyczki. Od strony do strony natrafiłam na Za Moimi Drzwiami. Przeczytałam posty na FB, a także Gosinego bloga i zakochałam się w tym miejscu. 😊 Wiedziałam, że jeśli kot, to tylko stąd!
I wtedy zobaczyłam JĄ! 😊 Moją Martę. Małą, czarną, puchatą kuleczkę. Wiedziałam, że to mój kot, po prostu wiedziałam. 😊 TA i żadna inna! Pokazałam zdjęcie mężowi i decyzja zapadła, skontaktuję się z Gosią.
Od razu powiedziałam, że chciałabym adoptować to małe czarne cudo, ponieważ wiem, że czarne koty nie są popularne. Razem z Gosią uważałyśmy, że Marta jest taką małą gapcią i idealne dopasuje się do dwóch dominujących kotów. W kocim pokoju było wiele słodkich kociaków, ale kiedy wzięłam małą Martę na ręce, nie miałam wątpliwości, że jesteśmy sobie pisane. Ona tak na mnie spojrzała, z taką miłością, 😊 aż się Gosi łza w oku zakręciła.
Dzień później zadzwoniłam z informacją, że jestem zdecydowana przyjechać po koteczkę.





W sobotę punktualnie o 11 stawiliśmy się z transporterkiem po nasze nowe kocie dziecko. 😊Spakowaliśmy ją i pojechaliśmy. Już w taksówce Marta pokazała, że jest wszystkim tylko nie gapcią. Jak ona krzyczała, serce mi pękało! Po drodze zajechaliśmy do lekarza na ogólne oględziny i pierwsze słowa pani doktor brzmiały: „Ależ ona jest charakterna! Będziecie się z nią mieli!” 😊
Drugiego dnia Marta została wypuszczona na salony i zapoznała się z rezydentami. 15 minut zajęło jej obejście mieszkania i przysięgam, że ten kot powiedział sobie wtedy: „Aha, to wszystko od teraz jest moje!”. Od pierwszych minut ustawiała rezydentów, decydując, czy mogą się daną zabawką bawić i czy mogą spać akurat w tym miejscu. 😉 Nie było w niej żadnego strachu. Nie miała oporów, by pacnąć w nos dużo większego Fonsa tylko za to, że odważył się podejść i ją powąchać.





Pierwsze tygodnie z Martą nie były łatwe. Nasza starsza kotka ciągle na nią syczała, nie chciała przebywać z nią w jednym pomieszczeniu, co przy 34 m2 mieszkaniu nie jest łatwe. Marta miała problemy z brzuszkiem, które - jak się okazało - były wynikiem nietolerancji pokarmowych. Problemy z jelitami powodowały bolesne wzdęcia i wymagały leczenia. Trochę nam zajęło, zanim wszystko minęło, a Marta była całkowicie zdrowa. Choć było ciężko i stres z tym związany nie pozwolił mi cieszyć się właściwie z tej adopcji, to nie żałuję, że Marta do nas dołączyła. Nie zamieniłabym jej na żadnego innego kota. 😊 Choć kocham wszystkie nasze koty, to Marta jest dla mnie wyjątkowa, bo to właśnie mnie wybrała na opiekuna. Ale Marta jest dla mnie szczególna z jeszcze jednego powodu. 😊






Wielokrotnie zastanawiałam się, dlaczego właśnie ona, spośród tak wielu kociaków, które oglądałam na zdjęciach, skradła moje serce. 😊 Kilka miesięcy temu znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. To dzięki Marcie poznałam Gosię, która dała mi szansę na współtworzenie tego cudownego miejsca, jakim jest Za Moimi Drzwiami. Jeszcze przed adopcją Marty próbowałam podjąć wolontariat we wrocławskich fundacjach, ale nie było z ich strony zainteresowania. Okazało się, że nie jest tak łatwo stać się wolontariuszem. Czułam, że wpłacanie co miesiąc pieniędzy to za mało, że mogłabym robić coś więcej. I wtedy Gosia przyjęła mnie pod swoje skrzydła i znalazła miejsce dla moich umiejętności, za co będę jej dozgonnie wdzięczna. 😊 Prócz tego zyskałam PRZYJAŹŃ, którą niezwykle sobie cenię. Gosia jest niesamowitą osobą, ciepłą, pełną życiowej mądrości. Głęboko wierzę, że los postawił JĄ na mojej drodze nie bez powodu. Cenię JĄ i szanuję za wszystko, co robi dla bezdomnych zwierząt, za mądry sposób, w jaki im pomaga. I tak oto, drodzy czytacze ZMD, Gosia podarowała mi Martę, a Marta podarowała mi Gosię. 😊"

A mnie Marta podarowała Ewę. Same korzyści z adopcji! :)

PODPIS

PS. Następny post napisze JolkaM. Obiecała! Ma o czym, ma! ;)


poniedziałek, 9 lipca 2018

Balbinko, żegnaj, kochana!

Nie ma już z nami naszej Balbinki...


Muszę przyznać, że mnie to poruszyło ponad "założenie", a ono było takie, że jestem gotowa na jej krótkie życie. Przecież od początku naszej wspólnej drogi wiadomo było, że to chory kotek, że problemy zdrowotne narastają, że białaczka zdołała wyrządzić poważne szkody.
Ha, ha, gotowa! Naprawdę śmiechu warte!
Balbinka trafiła do nas w wieku pięciu miesięcy w marcu 2017 roku, więc dane jej było żyć tylko rok i cztery miesiące. To czas i tak wydarty śmierci, bo gdyby została na swoim terenie, nie miałaby szans. Trafiła do nas już chora, z długo niedającym się wyleczyć kocim katarem. Leczenie, wzmacnianie, interferon, budowanie odporności, i udało się. Wyzdrowiała choć zawsze była taka inna, trochę opóźniona...
Bidulka odczuwała coraz dotkliwiej swoje dolegliwości, nacieki białaczkowe coraz mocniej uszkadzały jej mózg. Ślepła, głuchła, jej odruchy były z każdym tygodniem bardziej zaburzone. Serce pękało każdemu, kto widział ją koczującą w łazience, często schowaną w kąciku, na kaflach, z głową wciśniętą w ciemny kąt. Ale jakoś funkcjonowała. Miała swoje pięć minut dziennie  - czas naszej zabawy. Żyła dla tego i niechby sobie tak żyła, ile chciała, gdyby do objawów nie doszły napady padaczkowe. Nie zdawałam sobie sprawy, jak to wygląda u kota i szczerze żałuję, że było mi to dane widzieć. To coś przerażającego! Szok i koszmar zwierzęcia jest nie do opisania. Patrząc bezsilnie na taki atak, nie mogłam oprzeć się durnej myśli, że to... diabeł rzuca tym małym zwierzęciem po meblach i ścianach. A co to była za siła! Okropność. Dwa napady dziennie... O, nie. Nie. Nie!!!

To była taka kruszynka, gdy do nas trafiła. Istotka leciutka jak chmureczka. Delikatny obłoczek.
A potem... Potem nie było tak źle. Żyła, funkcjonowała, jadła, kochała mnie... Wprawdzie bała się korzystać z tarasu, z ogrodu, wcale nie schodziła nawet na parter, ale w jej oczach nie było bólu.
Obiecałam, że nie pozwolę jej cierpieć i dotrzymałam obietnicy. Zwierzęta mają ten komfort, że można im pomóc. Pod tym względem lepiej być kotem...

















Tydzień temu, w poniedziałek, podjęłam tę nieodwracalną decyzję, a moja gotowość na to okazała się tylko teoretyczna. Bardzo boli.

PODPIS

O Balbince pisałam tu:



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...