Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sterylizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sterylizacja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 października 2015

Dzień dobry - nowe zdjęcia. :)

Dodałam zdjęcia do poprzedniego posta, ale kto tam wróci...
Przeklejam je tu. Chciałyście Hokiego - macie Hokiego. Lubię Was uszczęśliwiać. :)

Przypomnienie z wczoraj dla ciągłości wątku:

A w kocim pokoju na termoforku grzeje się taka mała bida z kocim katarem. 
Dobrze, że Kamila ją wypatrzyła, bo byłoby po niej. Bardzo charczy i ropa z oczu się leje. 
Na zdjęciu ma już oczka zakropione. Wyleczymy cię, malutka!
 Domek ci znajdziemy. Ty też śpij dobrze i zdrowiej, kruszyneczko. 


*************
A to już z dzisiaj:

Maluszek to chyba jednak chłopczyk. Jako swój wkład do domu tymczasowego, 
jak rozumiem, żeby pomóc mi w wyprowadzeniu go na lu... zdrowego koteła, 
 wniósł ze sobą posag w postaci: kleszczy, pcheł i robali w wydętym w brzuszku. 
Hojny chłopaczek, i co ja zrobię z tymi darami! :)

Na szczęście maluszek został wypatrzony przez Kamilę z Przygarnij Kota, 
bo za parę dni mogło być z nim dużo gorzej. 
Koci katar już mu zaflegmił nosek i oskrzela, biedaczek jak oddycha, to charczy.
Byliśmy oczywiście u weta, mały węgielek dostał leki
i teraz z każdym dniem będzie lepiej. Musi!


******************

Bardzo ciekawe, choć w sumie przykre, jest to, jak Fika zareagowała na maluszka.
Niesamowicie się ucieszyła, zaczęła piszczeć, skakać na klatkę, chciała się z nim witać,
ale za chwilę zobaczyła, że to nowy kotek, że to nie jej ukochane Światełka...
Na dodatek mały na nią prychnął, więc biedna poszła się zwinąć w kłębek na swoim posłanku...
A ja myślałam, że ona nie tęskni... 

***********************

Dobrze, że ma do kogo się przytulać. Wczoraj do Amisi 
(i w tej chwili też śpią razem obok mnie),
a dziś do Hokusa, którego tak Wam wczoraj brakowało.
Dzisiejsze zdjęcia:










Dobranoc po raz drugi. :)

PODPIS

:)))))))))))))))))))))

niedziela, 2 marca 2014

Kicia i Kika - akcja działka

Dawno nie było kocich postów. Czas to nadrobić. Wciąż Za Moimi Drzwiami dzieje się coś ciekawego w tym temacie, mimo że ostatnimi czasy króluje tu sztuka. :) Sztuka amatorska i intuicyjna. Od niedawna jestem jej fanką. Dziś, w niedzielę, jesteśmy na ostatniej części warsztatu Vedic Art i moje twory będę Wam jeszcze pewnie pokazywać, bo fajnie jest mi się tu nimi dzielić. Jeśli będzie czym, oczywiście!

Wracając do kotów, to co dociekliwsze osoby mogły zauważyć, że w POKOJU PRZEMIAN pojawiły się dwie kolejne kotki: Kicia i Kika. Czas opowiedzieć ich historię. Wspominałam już o tym, że na działkach, gdzie już grasowałyśmy z Kasią, zostało ostatnie stado, które wymagało naszej pracy. Starsza pani, Zosia, opiekuje się tam z oddaniem od lat kotkami i w chwili zaczęcia naszej akcji było ich tam osiem sztuk. Dwie kotki i sześć kocurków. Oczywiście wszystkie niesterylizowane i niewykastrowane. Kotki rodziły przeciętnie 3 razy do roku, a kociaki pani Zosia... Ech, wolę tu o tym nie pisać...
W końcu dowiedziała się o nas od innej pani z działek i poprosiła o pomoc.


Wszystkie koty pani Zosi są grubiutkie, upasione i mają tam nieźle, choć oczywiście są zarobaczone i zapchlone. Jest wśród kocurków taka wyjątkowa para. Ach, jak one się kochają! Cały czas są razem, miziają się, całują, ocierają. Takie uczuciowe chłopaki z nich! Wyjątkowe, takie mieć w domu to marzenie... Zobaczcie!









Mistrzyni świata w kocim łapactwie podczas pierwszej łapanki ustanowiła nowy rekord i w ciągu niecałych 15 minut złapała w klatkę-łapkę trzy dzikie koty! Jedną kotę i dwa kocurki. 






Kocury pojechały od razu do weta na odjajecznienie, a koteczka  Kicia trafiła do mnie na noc, by następnego dnia wylądować na zabiegu. 

Jeden cwaniak jak tylko nas widział z daleka, od razu zwiewał. :)

I tu na scenie pojawia się kolejna osoba, która pomaga kotom we Wrocławiu. Nasza blogowa koleżanka Basia z Mozaiki Życia. Basik przechowuje u siebie kotki po zabiegach, opiekuje się nimi, dopóki nie dojdą do formy.
(Gdyby ktoś nie pamiętał, to od Basi trafiła do mnie Malusia.)


Basia wzięła do siebie kotkę Kicię zaraz po zabiegu i zaopiekowała się nią wspaniale, a miała z nią mnóstwo zmartwienia i kłopotu, bo koteczka nazwana przez nią Czarną Pięknością ze stresu nie jadła, nie piła i nie załatwiała się... Basia musiała miksować jej pokarm, gotować jej kaszę mannę (to właśnie kota lubi najbardziej na działce) i podawać jej to do pyszczka strzykawką. A ta kotka to całkowity dzikus, więc nie było to proste. Musiała też jeździć z nią do lekarza m.in. na wysikanie. Jestem Basi bardzo wdzięczna za pomoc.



Najważniejsze, że akcja się udała, po tygodniu kocica wróciła na swoje miejsce i czuje się bardzo dobrze. Przy okazji została oczywiście odrobaczona i odpchlona, a lekarz zrobił jej porządek w paszczy, czyli usunął kilka zepsutych zębów. To niesamowite, jak wszystkie te dzikie, "wolne i szczęśliwe" kotki tracą zęby - już w wieku 4-5 lat...


Piękna jest, prawda?


Za tydzień przyszła kolej na jej współmieszkankę Kikę. Tę koteczkę łatwiej było złapać, bo to jedyna koteczka, która daje się pani Zofii brać na ręce. Tego dnia został też złapany kolejny kocurek.


Kika spędziła okres rekonwalescencji u mnie i zniosła wszystko wspaniale, bo to kochana, spokojna koteczka. Kiedy jednak wróciła na swoją działkę, radości nie było końca: tarzała się w piasku na ścieżce, witała z Kicią i widać było, że bardzo się cieszy. Dla Kiki też zrobiłam, co można - odpchliłam, odrobaczyłam, poprosiłam o sprawdzenie uzębienia (większość tylnych zębów trzeba było usunąć).


Jeden z odłowionych kocurków okazał się młodziutki i bardzo, bardzo chory, więc zamiast pojechać na zabieg, znalazł się w innym DT, gdzie wciąż jest leczony. To bardzo sympatyczny szaraczek, którego ktoś podrzucił na działki do pani Zosi. Kiedy tam się znalazł, był tak słaby i chudy, że nie mógł nawet chodzić...
On już tam nie wróci. Będzie szukał domu. Nazywa się teraz Tymon.


Akcja działka nie jest zakończona, bo czekają na zabieg jeszcze dwa kocury, jednak trudno będzie je złapać. To stare wygi i niezłe cwaniaki. :)

Miłego dnia, lecę malować!


PODPIS

czwartek, 5 września 2013

O matce, co nie chciała domu...

Pewnie ciekawi jesteście, co z kotką-matką niezwykłych kociąt piwnicznych.


Martwiłyśmy się z Kasią, że ona biedna została sama, a przecież pewnie jeszcze karmiła i może mieć zapalenie sutków z powodu zalegania mleka. Ja utyskiwałam, a Kasia zaczęła działać. Zawzięła się, żeby ją odłowić. Codziennie rano już była na miejscu akcji. Wabiła kotkę, kusiła jedzonkiem, zakładała pułapki. Rozmawiała też z ludźmi, i to różnymi, takimi, którzy sprzyjali akcji i takimi, którzy ją potępiali, bo "przecież to szkoda, bo ta kotka taka płodna...".

Odwiedziły ją trójkowicze, kiedy jeszcze były tu ze  mną.
Na trzeci dzień - sukces - kotka złapała się do zostawionej w piwnicy klapki łapki i wylądowała u mnie. Najpierw dostawała hormony na wyciszenie laktacji, ale miała już jej reszteczki. Kiedy ta się skończyła, kotka pojechała na sterylizację. Dziś jest już dzień po zabiegu.

Na poduszce wytrzymała tylko chwilkę, zaraz zsunęła się na parapet i tam siedziała, nie ruszając się cały dzień...

Takiej kotki jeszcze nie miałam. Ciężki przypadek. Na moje oko i serce, to ona nie życzy sobie kontaktów z człowiekiem. Jest niezwykle potulna, ale na zasadzie przymusu znoszenia tego zła, jakim jest zamknięcie jej w domu i dotyk ręki. Nie przełamała się na krok. Siedzi w jednym miejscu osowiała i przestraszona. W depresji. Przykro na to patrzeć. Na dziś uważam, że nie ma co uszczęśliwiać jej na siłę, tylko trzeba ją wypuścić na jej teren, gdzie ma swoje podwórko z ludźmi, którzy ją karmią. Wiem, że centrum miasta to nie jest miejsce dla kota, ale ona przeżyła tam 5 lat (sądząc po miotach, o których opowiedzieli ludzie).
Nie mam innego pomysłu. Zostało jej u mnie jeszcze 8 dni. Zobaczymy.


Nie robię jej wielu zdjęć, bo nie chcę jej stresować. Te są zrobione komórką. To piękna kotka, ma śliczną, czarną jak smoła sierść (a nie czekoladową jak Goplanka), puszysty ogon i już wiem, po kim taka włochata jest jej córka Gapcia.

Kasiu, dziękuję Ci, że ją złapałaś. Odciążyłaś moje sumienie, bo męczyłoby mnie to, co się z nią dzieje.

******************************************************************************
I jeszcze - jakże miły - nasz obowiązek. Nasz wspólny, bo ja wpisuję, a Wy witacie. 


Nasza Tupajka znalazła czas, aby zapisać swoje niezwykłe zwierzaki do naszej rodziny. To miło! Kiedy będziemy świętować jakąś okrągłą liczbę czy rocznicę, Tupaja będzie imprezować z nami, no i będzie miała szansę na tradycyjne niespodzianki od Anki Wrocławianki. :)

121.Tupaja z bloga http://ostojatupai.blogspot.com/ zapisuje do zwierzolubów swoją czwóreczkę. Ponieważ jest bardziej psiarą, zaczynamy od psów:

Ruda, obecnie 7-letnia suczka ze schroniska w Legnicy, wulkan energii, pies maksymalnie empatyczny, pełen miłości - przejawiający swe uwielbienie człowieka, liżąc, skacząc i wydając różne dźwięki. Ruda to pies zmieszany z ras najlepszych na świecie. Ma w sobie krew wodołaza (błony pławne), za resztę ras nie ręczę - podobna jest nieco do goldena, ale i do hovawarta. 

Garip - w połowie kangal, w połowie anatolian. Pierwsze to rasa typowo turecka, nieuznana na razie przez FCI. Drugie (po matce) - anatolian, rasa sztucznie stworzona przez kraje zachodnie z psów pochodzących z Turcji, gł. z Anatolii, gdzie pasą owce i strzegą domostw.
Nasz chłopak jest całkowitym przeciwieństwem Rudej. Domaga się pieszczot poprzez opieranie się, ale nie jest nachalny. Duży, obecnie 70-kg. samiec ma czasem ochotę zawojować cały świat, niestety od roku walczymy z jego chorobą, toczniem, która napawa nas smutkiem, bo nie wiemy, jak się skończy.
Nasze koty to buraska Jagoda, którą przywieźliśmy z sobą z miasta na wieś, a która była już z nami ok. 2 lat. Przez pomyłkę złapana przez nas (szukaliśmy wtedy naszego Iwanka, a że był podobny i Domowy pomylił...), a że bezdomna - została. Kot nachalny, głośny, ale zdecydowanie towarzyski i bardziej domowy. Wściekam się czasem na nią, ale nie wyobrażam sobie domu bez niej. Czarna Kicia - miała być Lilith, ale nie polubiła. Właściwie w domu śpi tylko zimą. Pozostałą część roku przesypia w budynkach gospodarczych. Półdzika. Tak jak jej matka. Pochodzi też z miasta, ale dotarła do nas później, po tragicznej śmierci naszej drugiej kotki (która przybyła z nami na wieś) - Asani (Assasini), żeby uzupełnić armie tępicielek myszy. 

Oto Ruda, Garip, Jagoda i Kicia:



Witajcie, zwierzaczki. :)

*****************************************************************************

Jutrzejszy post nosi tytuł: Odgrzewane kotlety po raz pierwszy i to powinno dać Wam do zrozumienia, że nowego komiksu nie będzie. :(
No dobrze, zdradzę, z jakiego powodu nie zdążyłam nic nowego przygotować. Czy to zdjęcie poniżej wszystko tłumaczy? :)

(To nie jest Gapcia, córeczka czarnej kotki ze zdjęć powyżej.)

A to nie wszystko... 



PODPIS

sobota, 27 kwietnia 2013

Jak nie zostałam znanym fotografem ptaków drapieżnych

Całe to moje tytułowe nieszczęście życiowe zdarzyło się przez prymitywny,
mały aparat firmy Pentax, model OptioW80. 
Podaję te dane, bo to najgorsze dziadostwo, jakie można kupić. 
Strzeżcie się! 
Mój NIKON, któremu wiele zawdzięczam 
(nową pasję, multum możliwości, założenie bloga), 
pojechał do naprawy. 
Coś zepsuło się w stacji na kartę pamięci. 
Do szpitala MójCiOn przywiózł mi więc tego naszego małego "prymitywa".


 Zaczaiłam się z nim przed kasztanowcem i bingo! Jest! Przyleciała pustułka.


Wydaje mi się, że coś trzyma w łapie. Pstrykam, pstrykam z przejęciem!


Próbuję przybliżyć...


Dostrzegam gołym okiem, że pustułka bierze coś do dzioba... Napięcie sięga zenitu...


Rany, co to będą za zdjęcia! 


Przecież ona wyraźnie ma w dziobie szczura!

Po wywołaniu zdjęć - załamka. :(((
I tak oto moja niedoszła fotograficzna kariera legła w gruzach przez beznadziejny sprzęt.
Miałam ochotę ciepnąć ten złom od razu do kosza!
MójCiOn mówi jednak, że on może jest zepsuty, więc zaniesiemy go do naprawy
i potem w zależności od jej wyniku - kubeł lub druga szansa. :)
Już kiedyś przeżyłam podobną przygodę związaną z fotografowaniem ptaków. :)
Chyba kariera ptasiego fotografa nie jest mi pisana...

*********************************************************************************

Jestem w domu. 
Nie powiem, żebym czuła się jak młody bóg. 
Oby do... hmm... wiosna już jest, więc oby było lepiej.

*********************************************************************************

Zaczął się sezon na kocie maluchy.
Sezon obfitujący corocznie w tragiczne ofiary ludzkiej bezmyślności i beztroski. Nieodpowiedzialności za swoje zwierzę.
 "Mniej więcej rok temu gdzieś, gdzie, nie wiemy, urodził się Wojtuś."
- tak zaczyna się nowa notka w KOCIOKWIKU
Dobrze i mądrze napisana. Czytajcie i udostępniajcie
Jeśli wpłynie to na zmianę myślenia choć jednej osoby, to osiągnie ona swój cel. 
Z góry dziękuję.

PODPIS
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...