Przywiozła je pani Agata (to ona uratowała psią rodzinkę ze wsi) wraz z panią Kasią (która dała pieskom gościnę, mimo małego metrażu mieszkania, dwójki dzieci i staruszka - ślepego psa rezydenta). Tak to wszystko, co dobre, dzieje się: dzięki niezwykłym ludziom. Pani Agata patrzyła na niedolę suni od dwóch lat i pomagała jej, jak mogła, głównie ją dokarmiając. Właściciel przykuł znajdę do budy, gdy miała kilka miesięcy. Trzymał ją tam bez jedzenia, wody i pod gołym niebem. Na noc spuszczał i wtedy suczka musiała się wykarmić. Czasem jadła nawet suche zboże... Leciała na wieś plądrować śmietniki, a w ostatnim okresie musiała przecież wykarmić swoje dzieci, aż piątkę! Nie znam oczywiście całej historii, więc to tylko taki zarys.
Teraz (myślę, że mogę to powiedzieć wprost) na szczęście ten człowiek zmarł i to dało możliwość pani Agacie, by zabrać stamtąd suczkę z dziećmi.
Pod swój dach we Wrocławiu przyjęła ją pani Kasia, a ona, jak pisałam wyżej, nie ma do tego warunków. To nie jest przeszkoda dla człowieka z sercem, ale z powodu tych warunków cała szóstka nie mogła u niej zostać. Znalazły się dwie osoby chętne na szczeniaki. Jedna nawet przyjechała z Warszawy i w ten sposób dwie maleńkie suczki pojechały już do nowych domów. Za wcześnie, ale cóż, lepsze to niż schronisko, gdzie groził pobyt wszystkim pieskom.
A gdzie tu ja? W największym skrócie: Pies we Wrocławiu w porozumieniu z Psem w swetrze podrzuciły mi jakiś czas temu zdjęcia tych psinek. Wtedy się nie zdecydowałam, bałam się, ale kiedy wczoraj je zobaczyłam, to serce mi strasznie do nich zabiło. No i są!
Co już wiem?
Mama, którą nazwałam Śliweczką, to miła, wdzięczna suczka. Jest przeraźliwie chuda, głaszcze się ją po kościach - nieprzyjemne uczucie. Pyszczek na śliczny, kolor sierści oryginalny, budowę proporcjonalną. Wierne, mądre oczy, długie uszka cocker spaniela. Ma wielką potrzebę ruchu, cieszy się, chodząc na smyczy, zaczęła nawet bawić się piłeczką! Przy tej okazji zawarczała na swojego synka, bo on za bardzo się zbliżył do piłki. Śliweczka jest wiecznie głodna, pożera wszystko, jakby nie jadła rok, a nawet odgania od amciu własne dzieci. Piersi ma wypełnione mlekiem, jednak karmi niechętnie, trzeba ją do tego troszkę przymusić. Dziś udało nam się już dwa razy, a zaraz idę to robić trzeci! Najpierw najadła się Śliweczka pysznym kurczakiem z ryżem, potem dzieci popijały z cyca, no i trzeba je było wynieść do ogrodu. Tam wszystkie piesy, ta duża i te maleńkie, robią na komendę siusiu. :)
Obawiam się, że może być kłopot z zapoznaniem Śliweczki z FikąMiką. Mogą być konflikty. Ech, jakoś trzeba będzie to rozpracować i ułożyć. Kciuki potrzebne.
Co jeszcze wiem?
Maluszki to najsłodsze, najcudniejsze, najmilsze pieski na świecie! :) Nie zdziwicie się, gdy powiem, że je kocham? :)
Śliweczka ma teraz trzech synków. Jak ich nazwiemy? Może jesiennymi imionami? Myślcie, moi drodzy blogowianie! :)
Śliweczka ma teraz trzech synków. Jak ich nazwiemy? Może jesiennymi imionami? Myślcie, moi drodzy blogowianie! :)
Na razie zdjęcia jakie są, takie są. Będzie więcej. Zapraszam!
Przy okazji bardzo dziękuję Fundacji Węgielek za wsparcie karmą dla piesków, no i pani Agacie i Kasi za podkłady i puchy dla piesów.
Na razie jedzą ugotowane przeze mnie mięsko z ryżem. Pałaszują, aż miło. :)
To ja idę do nich, a Wy czytajcie i pytajcie, no i imiona proponujcie, pliiiss!
To ja idę do nich, a Wy czytajcie i pytajcie, no i imiona proponujcie, pliiiss!





















