Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 września 2012

Belgijskie koty

Dzień dobry!
Kiedy byliśmy w Belgii, nie widziałam ani jednego kota! 
Oczy miałam szeroko otwarte i koci radar włączony, ale po prostu ich tam nie było. 
Pewnie to dobrze, bo co miałyby robić w centrum miasta. 
Znalazłam natomiast wiele innych kotów. 
Serdecznie zapraszam do oglądania. :)
Ja nie umiem zrobić mało zdjęć, z góry proszę o wyrozumiałość!

Koty ceramiczne.

Koty koronkowe - moje ulubione (mogłam jeszcze naciągnąć MójCiOnego na taką zakładkę, buuu).

Kot  jako bohater obrazu olejnego, koty kilimowe i jako nadruk na koszulkach.

Koty gadżety.

Koty szklane i naszybne. :).

Kocie figurki.

Koci breloczek, koci pomnik, urocza kocia miseczka, kocisko garażowe. :)

Koty z czekolady i kot jako część kazalnicy w kościele.

Kotki wystawowe. :)



Jak to dobrze, że przed nami wciąż ostatnie dni lata! 
Nie ma jednak co narzekać na zapas.
Wrzesień też potrafi być przepiękny. 
Jaki będzie ten? Po wczorajszym dniu już go lubię. 
Miłej niedzieli dla Was. :)




czwartek, 16 sierpnia 2012

Dzień drugi - prezent od świata

Tak właśnie nazywam nasze belgijskie odkrycie, miasteczko, gdzie spędziłam dzień moich urodzin. MójCiOn wynalazł je w starym przewodniku, który nie wiadomo skąd znalazł się w naszym domu, a ma ze 20 lat. Autor tego przewodnika ma specyficzny, krytyczny styl i potrafi używać dosadnych określeń. Np Charleroi wg niego śmierdzi. I tyle. Tu jednak nawet on musiał być łaskawszy i przyznał, że to miasteczko to prawdziwe cudo. 
Czytając o nim w sieci, trafiłam na określenie, że to połączenie Wenecji z Paryżem. Zaintrygowało mnie to!
To co? Jedziemy? My jesteśmy gotowi do drogi!

Pojedziemy pociągiem. Lubimy w obcych krajach poruszać się komunikacją masową. 
Można poobserwować ludzi, bezstresowo odbyć podróż, gapiąc się przez okno. No to kupujemy bilety i w drogę! Dobrze, że MójCiOn jest taki zaradny, że mogę sobie stać i pstrykać zdjęcia i nie przejmuję się, czy trafimy, czy kupimy dobry bilet, czy wszystko się uda. Z nim nie zginę. :) Z tego właśnie powodu często bywam nazywana "arabska żoną". :)


Cel już w końcu mogę Wam zdradzić: Brugia
To doskonale zachowane średniowieczne miasteczko. Co ciekawe, historyczne centrum Brugii znajduje się od 2000 roku na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Prawdziwa perełka. Miasto jak z bajki. Cudne, czyściutkie, z ceglanymi lub kamiennymi murami i ulicznym brukiem, który opowiada historię.
Już zaraz po wyjściu z dworca otwierają się przed nami klimatyczne widoki, zaułki, zakątki, uliczki, budyneczki, kamieniczki, wieżyczki, restauracje

 i kawiarenki.

A jak kawiarenki, to wiadomo co? Wiadomo! Lody. :) I kawa. Z pianką.


Porównanie do Wenecji jest trafne, choć oczywiście to nie ta skala. Miasto przecinają kanały, nad którymi wznoszą się urokliwe mosty i mostki. Mieliśmy w planie zrobić sobie wycieczkę łódką, jednak widok ludzi upakowanych jak śledzie w beczce zniechęcił nas do tego zamiaru skutecznie. 


Z brzegu też dobrze widać, że trafiliśmy wprost do bajki. 
Miałam ochotę zrobić zdjęcie każdemu napotkanemu domowi! 
Każdej okiennicy, klamce, szybce, każdym drzwiom, numerom domów, kołatkom...
Sami zobaczcie, jakie klimaty.


Zabytki są w mniejszej skali i ilości niż w Paryżu, więc to porównanie jakoś mnie nie przekonuje. Dla mnie jednak to super, bo po pierwsze, nie lubię Paryża, w którym zawsze pada (gdy w nim jestem), a po drugie, wolę takie zaciszniejsze, mniej ludne miejsca. 



W rynku, który nasz przewodnik określił jako nieciekawy (co jest paranoją, zważywszy na ilość przepięknych kamienic, stary ratusz, wieżę z XVIII wieku), panuje niesamowity tłok, ale wystarczy dosłownie zboczyć na chwilę z tras turystycznych, aby rozkoszować się widokami bardziej kameralnie. Wenecja jak nic!


Oczywiście, jak to w Belgii, muszą być sklepiki z czekoladą. Och, niejednego cukierka lizałam przez szybę!


Musiałam jednak zostawić sobie miejsce na inne pyszności, bo kawiarnie i restauracje kusiły co chwilę, a ja miałam w tym dniu wewnętrzne przyzwolenie na dopieszczanie się kulinarnie do woli!


Jak oprzeć się posiłkowi w tak ślicznym miejscu? A jednak udało nam się i poszliśmy dalej. Czy ta uliczka nie jest urocza?



Takich widoków jak ten parkowy, to nie ma nawet Wenecja!



Niemalże puste ulice, z dala od tłoczących się turystów to dla mnie najpiękniejsza część tej wycieczki. Z namaszczeniem i wdzięcznością dotykałam tych starych cegieł. 



Jak tam? Zgłodnieliście? Ja już nóg nie czuję i marzę o drobnej przekąseczce. Łatwo jednak powiedzieć, trudniej zrealizować, więc jak przyszło co do czego, to drobna przekąseczka zamieniła się w dwa dania: zupę rybną dla każdego, carpaccio z wołowiny dla mnie i sałatkę z grillowanym kurczakiem dla MójCiOnego. Carpaccio było świetne!




I kolejne piękne miejsca do obejrzenia (to ten niby nieciekawy rynek). Tu też mają autobusy turystyczne.




Ja już padłam, dosłownie ostatkiem sił dowlokłam się do tej ławki i mam w nosie, co o mnie ktoś pomyśli. Muszę odpocząć!




W drodze na dworzec trafiliśmy na kolejne warte uwiecznienia miejsca, mimo że już miałam nie robić zdjęć. Cudowna kwiaciarnia i uroczy zakątek, chyba kościelny. Można by tam zwiedzać jeszcze przez wiele dni i wciąż odkrywać coś nowego. 




Żeby nie było nudno, nie może zabraknąć wystawy sklepowej i zakupów w wyobraźni. Który strój oddaje Waszą osobowość? To pytanie oczywiście do pań, ale jeśli jakiś pan chce się wypowiedzieć, to niech nam zdradzi, który strój najbardziej mu się podoba. Ja bym chciała być jak ta po lewej, ale serce mi się wyrywa do tej pośrodku, Wciąż te księżniczkowe klimaty, ech! Jednak zostanę dzidzią-pienik.... Taka karma!





Po przyjeździe do Brukseli jeszcze raz lody! Lody dla wszystkich! A co! Częstujcie się. :)

Zamówiliśmy taką porcję, że po raz pierwszy w życiu nie dałam im rady. Zostawiłam pół porcji lodów, a z tej czekolady na gorąco byłam w stanie upić tylko łyk! O rety, rety! Toż to najlepszy znak, że się starzeję! Nie zjadłam lodów! Szok!



Aż się boję spytać, czy się Wam w Brugii podobało? Chyba wzorem Klarki zacznę przyznawać nagrody za przeczytanie moich postów do końca. Jeśli jednak komuś mało zdjęć, to wujek Google ma ich dużo TU. Warto rzucić na nie okiem i warto poczytać o samym mieście, ja nie miałam już odwagi zamieszczać tu informacji o zabytkach.


Jeszcze jedna ciekawostka. W Brugii dzieje się akcja tego filmu KLIK. Film jest świetny, rewelacyjnie zagrany, z doskonałymi dialogami. Dawno nie widziałam tak dobrego filmu, a poza tym ponieważ wczoraj go obejrzałam, mogłam sobie popatrzeć na miejsca, w których dopiero co byłam. 



Gdybym miała wymarzyć sobie mój urodzinowy dzień, to byłby właśnie taki, jak był, spędzony w pięknym miejscu, o istnieniu którego nie miałam wcześniej pojęcia, z ukochanym człowiekiem, spokojnie, miło, ciekawie, smacznie. Taki prezent od życia i świata. 


wtorek, 14 sierpnia 2012

Dzień pierwszy: Bruksela

Dzień dobry!
Gotowi na wycieczkę? Jest nas spora gromada i wciąż dołączają kolejne osoby! Pojedzie z nami, oprócz osób wczoraj wymienionych, ich rodzin, dzieci i zwierząt jeszcze Gdusia.wp i Ewa z moichtworówprzetworówi, Agata z Lengerich, Giga oraz jeszcze jeden mężczyzna: Zbyszek. :) 


Zapraszam kolejne osoby, składanie życzeń nie jest żadnym wymogiem, a wręcz czas już o tym zapomnieć!



Zaczynamy przygodę, proszę wsiadać do samolotu i lecim!



Lotnisko we Wrocławiu jest na najwyższym poziomie, można być dumnym. 

Lądowanie w Charleroi (tylko po półtorej godzinie) pokazało, że inne miasta nie mają powodów do takiej dumy (nadzwyczaj było twarde to lądowanie, szczerze mówiąc, to pilot nieźle walnął kołami w ziemię, aż mi okulary spadły! Odruchowo złapałam oczywiście MójCiOnego za ramię, a on złapał fotel przed nim - widać, kto ma w kim oparcie). 
Cieszmy się więc, że udało się nam wylądować. :) Fanfary! Brawo!




Z lotniska jedziemy do Brukseli autobusem - godzinkę. 

Czas zameldować się w hotelu, pokój mały, dość ciemny, ale przecież będziemy tam tylko nocować. Ciekawe, czy zmieścimy się wszyscy... Jakieś 150 osób + niewiadoma liczba sierściuchów. Hm...
Śniadanko znośne. Ja lubię jogurt z płatkami i owocami, MójCiOn preferuje jajeczniczkę z boczkiem. :) A Wy?




Pierwsza okazja do śmiechu to hotelowy barek. Na drzwiach lodówki dumny napis informuje, że w trosce o drogiego klienta hotel przygotował wyjątkową, bezpłatną butelkę wody... A po otwarciu drzwi: faktycznie! Jest!  :)





Jak zacząć zwiedzanie? Jak prawdziwi turyści: autobusem turystycznym. :) Od jakiegoś czasu lubię tę formę, bo daje ona możliwość przyglądania się życiu miasta z wygodnej perspektywy piętrowego autobusu, który jeździ od jednego ciekawego miejsca do drugiego,  można na każdym przystanku wysiąść i w ramach tego samego biletu z powrotem wsiąść, kiedy już się zobaczyło wszystko, co się w danym miejscu chciało popodziwiać.  




Lubię być turystką w wielkim mieście. Mieszkańcy gdzieś się śpieszą, idą do pracy, na zakupy, myślą, co by tu ugotować na obiad, a ja beztroska, bez żadnych obowiązków, no chyba że weźmiemy pod uwagę, że trzeba pić pyszną kawkę i jeść lody! :)





Bruksela jest pięknym miastem, z mnóstwem zabytków, zachwycającym, aż kapiącym od bogactwa rynkiem, oraz z dzielnicami, gdzie króluje nowoczesność. Bywa jednak, że oba te style mieszają się ze sobą i tak jest np w okolicach Europarlamentu. Nie miałam ochoty na zwiedzanie tego miejsca, które kojarzy mi się ze wstydem za zachowanie pewnych posłów, ale skoro już tam się znaleźliśmy, skorzystaliśmy z okazji. Trzeba przyznać, że nasi europarlamentarzyści mają nieźle. Budynki są nowoczesne, czyste, piękne i jest tego całe miasteczko. W kawiarni obok piliśmy colę i mieliśmy niestety okazję słyszeć popisy jednego takiego kogucika z przypiętą na piersi tabliczką. Mówił bardzo głośno i jego jedynym tematem było "JA". "Ja to, ja owo, ja, ja, ja, ja, ja... kiedy ja byłem New York...".  On nie był w Nowym Jorku, ON był w "Niu Jork" i ta nazwa wypowiadana była z amerykańskim akcentem, musicie sobie to wyobrazić, żeby zobaczyć groteskę tego zachowania! Przesiedliśmy się, żeby go nie słyszeć. Kolejnym zgrzytem była naklejka, którą ktoś nakleił na tabliczce z nazwą ulicy "Solidarność", a brzmiała ona "ratuj Polskę". Sam se ratuj, baranie jeden! Najlepiej innych od swojej osoby uratuj. 





O wiele ciekawszy był pochód chłopców, którzy popisywali się rzucaniem chorągwi, łapaniem ich w powietrzu, podczas gdy przechodnie bili brawo. :)







Zgłodnieliście? Czas coś przekąsić! Mogą być żeberka z grilla lub steki? Smacznego!




Mam nadzieję, że nabraliście sił, bo przed nami jeszcze pełno wrażeń. Zwiedzanie nie byłoby pełne, gdyby nie odwiedzić katedry św. Michała Archanioła i św. Goduli słynącej z przepięknych witraży oraz posągów. 







Sama katedra też jest imponująca, gdyby chcieć obejrzeć wszystko dokładnie, można by tam spędzić cały dzień! Co ciekaw,e ściągnęli ode mnie pomysł robienia komiksów! A to łobuzy!





Po takiej dawce historii i zadumy zasłużyliśmy na coś lżejszego. Idziemy na zakupy? Kupmy sobie czekoladki w jednym z tych słynnych sklepów z belgijską czekoladą, gdzie sprzedawcy podają towar w białych rękawiczkach, gdzie można kupić prawdziwe czekoladowe cuda, wszystko z czekolady! Piękne są te sklepy. 

A może któraś z pań skusi się na torebeczkę? Modna - czerwona, jedyne 3800 euro. 
Albo buty, 200-300 euro? 




A może te torebki? Są trochę tańsze, tak ok 1500 euro... W tym sklepie nie widziałam ani jednej klientki, mimo że przechodziliśmy tamtędy wiele razy.




No i proszę! Robiąc zakupy (to nic, że tylko w wyobraźni), znaleźliśmy przypadkiem najsłynniejszego siusiającego chłopca na świecie. Czy wiecie, że ta figurka posiada swoje kosztowne stroje podarowane jej przez najmożniejszych tego świata i ubierane na specjalne okazje? Dzikie tłumy robią jej setki zdjęć na minutę. Zrobiłam i ja. :)





Kolejne sklepy i kolejne dylematy...hmmm, czy kupić którąś z tych koszul jako nagrodę w następnym konkursie? Pasowałaby do pewnego Trolla, a raczej do kubków, które dostał... Ech, nie mogłam się zdecydować, która ładniejsza. :)





Zwiedzanie jest tak wyczerpujące, że teraz właśnie należy napić się kawy mrożonej. :) Pychota!





Kolejna rzecz, z której słynie Belgia, to rękodzieło. Można tu kupić przepiękne gobeliny, hafty i koronki. Nie mogłam się oprzeć temu fartuszkowi i MójCiOn kupił mi go jako kolejny urodzinowy prezent! Jest tak delikatny i klimatyczny, że chyba go nie założę :) Kupił mi jeszcze coś! Zobaczycie na końcu. :)





Słońce zaczyna zachodzić - to fajny pretekst, żeby przysiąść w kawiarni i obserwując ludzi, zajadać ze smakiem lody. Ech, żyć nie umierać! Uwielbiam lody!





Knajpki się zaludniają. Na ulicy Rzeźniczej panuje niesamowity tłok, mimo że restauracje są tu jedna przy drugiej i zajmują całe chodniki, czasem trudno o miejsce. Na rynku gra świetny zespół młodych chłopaków. Porywają swoją dynamiczną, skoczną muzyką publiczność do podrygiwania, tańczenia i wrzucanie im groszy do kapelusza.




A na kolację muszle. MójCiOn się zajada, ja nie mogę na to patrzeć. :(




I spacerkiem przez ciemny już rynek do hotelu...




Młodzi nie potrzebują miejsca w knajpie. Szkoda kasy.




I przed snem ostatnie podziwianie, cieszenie się z mojego zakupu: ta oto koronkowa parasoleczka będzie mi przypominała Brukselę. Pasuje do mojego pokoju! Ach, jaka śliczna!





Do czwartku, o ile ktoś jeszcze raz narazi się na tak długi post. :)))

Na środę nie dam rady przygotować ciągu dalszego (a będzie o wyjątkowym miejscu w Belgii), będzie więc przerywnik kulinarny - bardzo smaczny!
Dziękuję za wytrzymałość. Bycie turystą to ciężki kawałek chleba!



Miłego, wesołego dnia. :)



PS. Amisia wciąż prosi o głosy! Można głosować raz dziennie (do piątku) z każdego IP, z pracy, z domu... jawnie i po kryjomu, hi hi  TU Nr 14.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...