piątek, 16 maja 2014

Po trzech dniach odnalezieni

Są! I podróżnicy, i wieści. :)


Oczywiście mogliśmy się tego domyślać, bo kto śledzi ruch na Instagramie, ten widzi, że się nie zaszyli w żadnej japońskiej willi (czyt. dziupli), tylko zasuwają dalej. I to zasuwają dosłownie. Na ten przykład 500 km w 3 godziny! To rozumiem! Gdyby takie połączenia były osiągalne w naszej ojczyźnie, odwiedzałabym Kajtusia, Ami i Hokiego oraz ich psa Rufiego (a przy okazji personel ludzki) co najmniej dwa razy w miesiącu. ;)


Często jadą tu dwa połączone ze sobą pociągi.

To tyle tytułem wstępu. Oddaję pole blogowe naszym w terenie. :)

Piątek, 2014-05-16 01:48 (tuż przed dziewiątą czasu ichniego)

Jolu, i stało się! Jestem odcięta od sieci. :) No, może nie tak zupełnie, bo miasto Kioto zapewnia turystom trzy godziny darmowego internetu w czasie ich pobytu. Jednak żeby z niego skorzystać, trzeba wędrować z komputerem do jednego z punktów WiFi. Nie mamy daleko, więc raz dziennie czy raz na dwa dni powinnam wysłać Ci moje notatki. Wiem, że wiele osób, w tym rodzina, czeka na wieści. Miło mi! Fajnie jest, jak niedawno  pisała Mika, dzielić się. Wrażeniami z podróży także. :)

Już zaczynam się gubić w tym wszystkim. To, że nie nadążam z codziennym kronikowaniem naszych dni, sprawia, że mam zamęt w głowie. Co było wczoraj? A co jeszcze wcześniej?  Gdzie ja w ogóle jestem?? Wrażeń jest tak dużo, tyle myśli przebiega przez głowę, tyle emocji się czuje, że można dostać pomieszania!

To, jak mylą mi się wszystkie nazwy i plącze język, też zasługuje na wzmiankę. Nikko to dla mnie Kiotto – nieistniejące miasto, Kioto to też Kiotto, shinkansen nieustannie myli mi się z onsenem, że o nazwach różnych stacji nie wspomnę. MCO ma ubaw po pachy! 


Widać te grzeczne kolejki?
Czekając na shinkansen.

Z ciekawostek spisanych 14 maja w pociągu do Kioto, czyli dotyczą one jeszcze Tokio oraz doliny Owakudani (tej z siarką):

- ciężko dostać tutaj zieloną gorącą herbatę! Zaskoczenie! Ile razy prosiliśmy o nią w barach, dostaliśmy szklankę zimnej.

- fajne jest to, że automaty z napojami są na każdym kroku, nie ma potrzeby dźwigania ze sobą wody, która w automacie kosztuje jakieś 110 jenów (podzielić przez 100 i razy 3).

- w mieście i na stacjach metra w Tokio jest bardzo mało koszy na odpadki. Każdy papierek czy butelkę trzeba ze sobą nosić, aż trafi się miejsce do jego wyrzucenia. Denerwujące. A jednocześnie zadziwiające i budujące jest, że mimo to wszędzie jest czyściutko. Każdy jest nauczony swoje śmieci zabierać ze sobą. W tym momencie myślę o polskiej rzeczywistości i wywalaniu odpadów do lasu. Chętnie bym się zamieniła z Japończykami na geny…

- architektura poza Tokio, ta, którą do tej pory widzieliśmy, to niskie miasta zapchane domkami położnymi blisko siebie. Coś takiego jak szeregówka tu nie istnieje. Pewnie ze względu na trzęsienia ziemi musi być zachowany odstęp między domami, choć kilkadziesiąt centymetrów. Śmiesznie i dość dziwnie jak dla nas wyglądają takie „wille” z własnymi „działkami” po kilkadziesiąt cm wokół domu.


Uliczka w Nikko.



Widoki z okien shinkansena.

- właśnie! Zapomniałabym! Wczoraj przeżyliśmy maleńkie trzęsionko ziemi! Jedliśmy właśnie śniadanko w naszym mieszkanku w Tateishi, gdy poczuliśmy, że dom zadrżał w posadach. Miałam wrażenie, że to jakiś silny podmuch wiatru wprawił go w drżenie, ale za oknem nie drgnął nawet listek. To było maleńkie trzęsienie, jak napisała mi na Instagramie Anna Ikeda: pierdnięcie, przed którym nawet nie było oficjalnego ostrzeżenia. Jak dla mnie - wystarczy. Atrakcja pt. Zaliczyć trzęsienie ziemi odhaczona! :)

- w dolinie Owakudani, przy tych siarkowych rejonach, też jest nieszczególnie, i to nawet nie chodzi o zapach zgniłych jaj, jaki wydzielają kratery z siarką (ojej, jak się bałam, że przesiąknę tym uroczym zapachem! A ciuchów wzięłam jak na lekarstwo.). Nasze polskie uzdrowiskowe miasta przy nich to perełki. Zaskoczyło mnie, że jest tam byle jak, nieładnie po prostu. Zdaje się, że współcześni Japończycy nie przykładają wagi do upiększania swojego otoczenia. Beton rządzi. Nie dziwię się więc, że kiedy przyjeżdżają do Europy, są oczarowani architekturą Włoch, Francji, a nawet Polski. Siedzę teraz w pociągu i patrzę na widoki za oknem. Trasa Tokio – Kioto. Tu jest zwyczajnie brzydko… No dobrze, było kilka ładnych miejsc. :)

Nikko, widok na dworzec i główną ulicę.

Jeden z nielicznych miłych widoków z pociągu.

- tam też (w okolicy Owakudani) po raz pierwszy w Japonii byłam w toalecie publicznej gdzie… nie pachniało. No cóż, nigdzie nie jest doskonale. Pocieszające? :)

- znów widziałam panią z pieskiem niesionym w chuście jak dziecko. O ile jestem w stanie zrozumieć mieszkańców Tokio, że noszą tak lub wożą w wózeczkach swoje pieski, bo prowadzenie zwierzaka po makabrycznie zaludnionej ulicy byłoby dla niego i niewygodne, i niebezpieczne, to dlaczego odbywa się to w rejonie turystycznym, wśród zielonych terenów, na niemal pustej ulicy? Może taka moda.



- w Tokio na stacjach metra można usłyszeć… śpiewające ptaszki! Czasem jest to kukułka, czasem jakiś drozd czy inny gwizdacz. To na szczęście (dla ptaszków) tylko nagranie, które jest emitowane, by naprowadzić niewidomych na wyjścia i wejścia, ale przy okazji wprowadza miłą, relaksującą atmosferę.

- w Nikko spotkaliśmy grupę Polaków, pracowników jednego z banków, którzy dostali tę wycieczkę jako nagrodę za dobrą pracę. Również byli oczarowani zachowaniem Japończyków. Te grzeczne kolejki do metra, ta uprzejmość! I ja dobrze się w tym czuję. To luksus, idąc do metra czy na pociąg, wiedzieć, że nie będzie żadnych wyścigów, przepychanek czy wcinania się bez kolejki. Uświadomiłam sobie teraz, że tak było i na lotnisku w Monachium, gdy wchodziliśmy do samolotu wiozącego nas do Tokio. Żadnego stresu.  Już tam zadziałała japońska magia.

- nieustannie obserwujemy ludzi. Robimy to dyskretnie, ale jest to proceder ułatwiony tym, że oni zachowują się z dystansem, nie wgapiając się w drugiego człowieka, zajmują się swoimi sprawami, a kiedy kontakt wzrokowy zostanie jednak nawiązany, po chwili Japończyk odwraca wzrok. A my (często zza ciemnych okularów) dyskretnie patrzymy, chłoniemy, rejestrujemy każde zachowanie, które jest jakoś dla nas inne, nowe, ciekawe.


Nikko.

- mam w sobie moralny sprzeciw wobec fotografowania ludzi, jednak taka okazja, taka podróż życia nie trafia się często i postanowiłam to przełamać. Mam nadzieję, że tu, w dalekiej Japonii, nikogo to nie dotknie.

- ja wymyśliłam sobie jeszcze inną zabawę. Wpadłam na nią, gdy naprzeciwko mnie szedł pewien chłopak. Wyglądał jak mój kuzyn Krzysiek. No wypisz wymaluj, to on w wersji azjatyckiej! Trochę bardziej skośne oczy, bardziej płaski nos, ale założę się, że Krzysztof tak by wyglądał, gdyby urodził się w Japonii. Zaczęłam wypatrywać innych znajomych i krewnych. I poleciało. Już tego samego dnia pojawiła się japońska wersja mojej sąsiadki, naprawdę niemal identyczna, tylko te oczy, włosy, ale zupełnie jak ona. W Tokio żyje też azjatycki klon mojej koleżanki z pracy. Ten sam uśmiech, ta sama fryzurka - w wersji azjatyckiej wygląda nawet lepiej! Najbardziej ucieszyłam się za to, kiedy zobaczyłam japońską Krysię Opakowaną! Oczy miała zrobione na czarno i z rudymi pasmami na włosach maszerowała bardzo dziarskim krokiem przed siebie Była tak podobna, że oczu nie mogłam oderwać! I miała chyba podobny temperament. Ciebie, Jolu, nie znalazłam na razie, choć takich chudzinek jest tu sporo. :)

- na stacji Tokyo, przy bramkach wejściowych do jednej z podstacji, przy takim rzędzie bramek (powiedzmy dwudziestu), gdzie panuje wielki ruch, ludzie wchodzą i wychodzą, latają jak z pieprzem w obie strony, stała dziewczyna z obsługi i wypatrywała, czy ktoś nie zapomniał odebrać swojego biletu (przy wejściu do bramki wtyka się go w specjalne miejsce, by po trzech krokach, przy wyjściu, go odebrać). Byłam świadkiem, gdy to się właśnie zdarzyło. Dziewczyna zauważyła, że mężczyzna w garniturze nie odebrał swojego biletu. Bez niego nie mógłby się „wymeldować” ze stacji. Dziewczyna jak pantera, sprintem rzuciła się po bilet i pognała za tym mężczyzną. Podała mu go, a on, jakby to było mu należne, wziął go, nie zwalniając kroku i wydawało mi się, że tylko lekko skłonił głowę. A może nie zrobił nawet tego. To dla nich oczywiste.

- dziewczyna w masce siedząca naprzeciwko w metrze odsunęła maskę, wyjęła chusteczkę i wytarła nos. Wytarła, a nie wysmarkała, co podobno u nich jest bardzo niegrzecznym zachowaniem. I obrzydliwym. Poczułam do niej wdzięczność za to, że będąc chorą, zakłada maskę, aby nie zarażać innych. 

Poza tym jaka to praktyczna sprawa! Nie chce ci się malować? Masz wielkie zimno na ustach? Zakładasz maskę i załatwione. :)

***
Dziś (14.05.2014) przyjechaliśmy do Kioto. Odległość ponad 500 km pokonaliśmy w 3 godziny. Na dworcu w Kioto – szok! Takich tłumów podróżnych to nawet w Tokio nie widziałam! Cały olbrzymi dworzec zawalony Japończykami, gaijinami, wycieczkami młodzieży szkolnej. A ja goopia myślałam, że tu będzie spokojniej! Za to mieszkanko mamy w dzielnicy willowej, choć jakże innej niż u nas. Nie ma chodników na ulicach, jest bardzo mało zieleni, straszą wszechobecne kable naziemne, domy stoją tuż przy sobie i są nieciekawe. Nasze mieszkanko jest malusieńkie, ciężko zmieścić futony i nasze walizki. Najgorsze, że klopik jest taki zwykły, niepodgrzewany, bez wodotrysków, zupełnie niejapoński. Phi!

Na razie największe wrażenie zrobiła na mnie sytuacja, która wydarzyła się w autobusie miejskim. Na jednym z przystanków czekało dziecko niepełnosprawne w wózku wraz z opiekunką. Kierowca wyskoczył z autobusu, pobiegł do środkowego wejścia, wyciągnął specjalną platformę, zamontował ją, złapał za uchwyty wózka i kłaniając się opiekunce, wprowadził dziewczynkę do środka. Umocował wózek na specjalnych zaczepach i pobiegł na swoje miejsce kierowcy. Pojazd ruszył. Kilka przystanków dalej cała akcja powtórzyła się w drugą stronę. Kiedy piszę „pobiegł”, musisz sobie wyobrazić, że dokładnie to zrobił. Pobiegł najszybszym sprintem możliwym w tej sytuacji! Gnał! Robota paliła mu się w rękach! Coś takiego jest u nas niewyobrażalne, a tutaj tak się właśnie pracuje. W naszych oczach - do przesady. Widzieliśmy, jak dziewczyna sprzedająca słodycze zachwala swój towar i zaprasza do zakupów, mimo że w jej otoczeniu nie ma ani jednej osoby. Nikogo nie było, a ona wciąż z miłym i uprzejmym uśmiechem na twarzy powtarzała swoją kwestię…

Tu też obrazki oglądane z pociągu.


   



Nikko,  w drodze do toshogu.

Nikko, święty most.

Nikko, pięciopiętrowa pagoda.

To tyle! Muszę lecieć, buziaki. Pozdrowienia dla wszystkich zaglądających Za Moje Drzwi!

Dla Ciebie podziękowania za bycie wzorcową gospodynią NASZEGO bloga. Chyba trzeba zmienić jego nazwę! :)

PS. Z ostatniej chwili: widziałam japońską Aluszkę! Fajna dziewczyna z niej była. :)

***
Ale nam oberżyświaty zadały, co? I kto to zdzierży! ;)

To zlepiłam ja, JolkaM. I zaznaczam lojalnie, że nie bierę (nie poprawiać!) odpowiedzialności za omdlenia z przepra... ten, no... z przeczytania). ;)

czwartek, 15 maja 2014

Wsi spokojna - z dedykacjami

Jako że utraciłam (chwilowo - mam nadzieję) kontakt z globtrotuarami, to dziś pooddychamy powietrzem wiejskim - bez domieszki siarki. A i jajka wystąpią o jaśniejszej karnacji. :)
Przy okazji donoszę uprzejmie, że Gosia (dość lakonicznie, więc chyba ostatkiem mocy sieciowej) zameldowała ichnie przybycie do Kioto. Zatem jak kto śledzi naszych na mapie, może sobie to miejsce zapunktować serduszkiem, gwiazdeczką czy innym krzaczkiem. 

Tymczasem szanownych czytających uprasza się o zapięcie pasów, gdyż w tej oto chwili, całkowicie wyimaginowanym shinkansenem, a więc błyskawicznie i po japońsku, przemieszczamy się na północ, i to kraju naszego powszedniego. :)

Czas akcji przeważnie bliżej lub dalej określony.
Kolejność zdjęć przypadkowa.

No to jedźmy, nikt nie woła...

Oto drzewo.

A to coś jakby paproć.

To jest Majtek.

Za Majtkiem jest Leśna - to ta kupka czarnych kłaków. :)

Dla Olgi są pąki, bo zawierają tajemnicę. :)

A tak Mietek witał absolutnie niespodziewaną dostawę kuro-jajek z drugiego krańca Polski.

To Bazyl.

A tu od oka strony. :)

I, uwaga,  punkt kulminacyjny: drzewo z rozszerzonymi źrenicami. Dla Hany. :)





Dla porządku dodam tylko, że powyższe drzewo nie zamieszkuje wsi spokojnej, ale kto mi zabroni je pokazać pod tym tytułem? :)

Dobrego dnia!

JolkaM

Uwaga! Wskazówka dla zagubionych owieczek, które poszukują Instagramu. :)



środa, 14 maja 2014

Dzień, w którym ujrzałam Fuji-san i przedłużyłam sobie życie o 14 lat!

Wiem, że kto spodziewał się w tytule znów mojego ulubionego liczebnika dwa, może poczuć się rozczarowany. Jednak obiecałam Gosi, że dziś ona ma prawa autorskie do tytułu. No to niech ma. Wygnana na obczyznę, przeganiana przez JCO, sponiewierana przemierzanymi kilometrami, przytłoczona tokijskim tłumem, chwilowo bez maleńkiego, choć gościnnego lokum, i może nawet pozbawiona na kilka dni znośnego połączenia z netem - niech ma coś na osłodę. ;)

Wtorek 2014-05-13 02:48 
Naszego czasu oczywiście. Pewnie się właśnie bardzo delikatnie obracałam na drugą stronę kota albo i dwóch (kto ma, zrozumie, w czym rzecz), gdy tymczasem niestrudzona Gosia pisała tak:

Dzień dobry!


To nasza ostatnia doba w Tateishi, ostatnia w Tokio w tej turze, bo jeszcze przy powrocie spędzimy tu trzy nerwowe dni, bo przed moim odlotem.
Od jutra raczej nie będę miała internetu. Tu mamy taki mobilny - małe pudełko, które nosimy ze sobą. Musimy je jednak zostawić jako wyposażenie mieszkania dla kolejnych wynajmujących. Nie martw się więc, Jolu, jeśli nie będę się odzywać. Będę gromadzić sobie te materiały na Instagramie, bo to bardzo proste i błyskawiczne: ot, zrobić telefonem zdjęcie czy nakręcić kilkunastosekundowy film, dodać hashtagi, wykorzystać chwilę połączenia z siecią, żeby "puścić" przygotowane materiały i już gotowe. To trwa kilka sekund, a w całości składa się na świetną moim zdaniem relację z dnia.


Z wczoraj chciałabym zapamiętać i odnotować jedną rzecz (na więcej na razie nie mam czasu). Wracając ze słynnych onsenowych rejonów doliny Owakudani, wylądowaliśmy w Tokio na stacji głównej przesiadkowej, która nazywa się po prostu Tokyo. Jest to olbrzymi obszar w sercu miasta (a właściwie w jednym z serc miasta, bo Tokio to jak 100 miast w jednym), gdzie krzyżują się najróżniejsze pociągowe, metrowe, shinkansenowe połączenia. Wielka podziemna i nadziemna infrastruktura kolejowa oraz niezliczone korytarze, olbrzymie hole, schody ruchome, nieruchome, sklepy, bary, kioski i sama nie wiem co jeszcze.

Byliśmy tam ok 20. Uderzyło mnie to, że w tej nieprzerwanej rzece ludzi, która tamtędy się porusza, nie ma kolizji. Ja wciąż stałam komuś na drodze, ciągle musiałam uskakiwać, a oni przemieszczali się gładko, mimo że ścieżki wszystkich krzyżowały się w najróżniejszych kombinacjach. Ludzie jak mrówki, pilnie jak one pracujący nad powrotem do domu. Ludzie ci wyjątkowi. Mężczyźni w pięknych, czarnych garniturach, kruczowłosi, szczupli, eleganccy, kobiety w makijażach, garsonkach, zadbane, śliczne. To największe miasto na ziemi, a tam jego szczyt. To oni trzęsą światem? :)
W metrze znów zrobiło się czarno. Tokio niedzielne jest kolorowe, powszednie - czarno-szare.


Widok po wyjściu ze stacji Tokyo.





Reszta później, bo zaraz jedziemy do Nikko.

***

Wtorek 2014-05-13 16:28


Jechaliśmy wczoraj siedmioma środkami komunikacji.


To dziś jeszcze parę słów o Tokio. Wbrew filmikowi, który zrobiłam trochę dla żartu, uważam to miasto za bardzo przyjazne ludziom. Mimo olbrzymiej powierzchni nie do ogarnięcia rozumem, mimo ponad 13 milionów ludzi, wszystko wydaje się dopięte na ostatni guzik. Pewnie sprawia to zdyscyplinowanie i takt Japończyków, ich podejście do pracy, o jakim nawet nam się nie śniło, a także niesamowita organizacja wszystkiego, co może życie ludziom ułatwić i sprawić, aby było bezpieczne (to najbezpieczniejsze miasto świata!).
Ja oczywiście piszę tylko o swoich wrażeniach, staram się nie ferować żadnych wyroków, opisuję głównie subiektywne odczucia, które wciąż, po kolejnym dniu tutaj, albo potwierdzają się, albo zmieniają. Zdaję sobie sprawę, że trzeba tu żyć, aby naprawdę poznać tutejszych ludzi, obyczajowość i specyfikę miejsca. Po kilku dniach, które tu spędziliśmy, nasuwa się refleksja, że nigdy jeszcze nie było mi dane przebywać wśród tak nieagresywnych, niezagrażających, przyjaznych i taktownych ludzi. Nie zmieniam zdania nawet po tym, kiedy miałam pecha, bowiem siedziałam dziś w shinkansenie podczas powrotu z Nikko obok wyjątkowo odstającego od reszty osobnika, który zachowywał się niegrzecznie, głośno jadł, kruszył dookoła, rozpychał się, trącał mnie łokciem. Cóż, wyjątek jak zwykle potwierdza regułę.

Sposób organizacji można podziwiać wszędzie. W najmarniejszym sklepiku, w każdej knajpce jest tyle personelu, aby klient nie musiał czekać ani minuty. Każda ekspedientka, każda kelnerka obsługuje człowieka z miłym uśmiechem. Ilość "arigato gozaimas", którą słyszy się w ciągu dnia jest przytłaczająca. Dziękują ci za wszystko, za to, że przechodzisz obok, za to, że skorzystałaś ze schodów ruchomych, za to, że wchodzisz i wychodzisz z kawiarni, itp, itd. Wszędzie ta uderzająca grzeczność. Można o tym pisać elaboraty, co może kiedyś uczynię. :)

Kolejny przykład to np. doskonale zorganizowane słynne metro tokijskie - najrozleglejsze na ziemi, w godzinach szczytu tworzące największe potoki ludzkie na świecie (liczbę dojeżdżających codziennie do 23 dzielnic szacuje się na 2,5 mln osób). Ja się wciąż w nim gubię, ale to dlatego, że MCO radzi sobie idealnie, więc wystarczy, że się nie zawieruszę i tylko (jak „arabska żona”) nie tracę go z oczu. Wszystko jest jednak tak opisane, tak poprowadzone, że połapią się nawet nowicjusze. Nawet drobny fakt, że będąc w Tokio, nie trzeba się martwić o to, gdzie skorzystać z toalety (bo one są dostępne bardzo powszechnie), sprawia, że można czuć się tu dobrze. :)




Właśnie, wspomniałam o shinkansenie. Kolejne plany zostały wprowadzone w życie i wczoraj po raz pierwszy jechaliśmy tym najszybszym na świecie pociągiem. Moim zdaniem jeździ on za szybko, bo zanim dobrze się usadowiłam, już trzeba było wysiadać i wędrować na dalsze zwiedzanie, a nogi chciałyby jeszcze tkwić nieruchomo…  :)




Oczywiście jeździ się komfortowo, choć nawet w Japonii zdarzają się spóźnienia i dziś pociąg, którym jechaliśmy do Nikko, spóźnił się aż 15 minut!

Najważniejsze wydarzenie z shinkansenu to fakt, że po raz pierwszy widzieliśmy przez jego okno górę Fudżi! To było coś! Naprawdę wiele emocji, i to nawet wśród niektórych japońskich pasażerów.


Zdjęcia muszą wystarczyć za opis. 
Było fajnie, choć takich chmur zakrywających Fudżi nie zamawialiśmy.

Ponieważ dziś znowu daliśmy sobie nieźle w kość, ograniczę się do bardzo skrótowej relacji z wczoraj, kiedy to już wcale nie miałam czasu ani siły pisać). Bardzo mi jednak zależy, aby tych wrażeń i odczuć nie zgubić; tyle się dzieje, że nowe przeżycia szybko przykrywają te stare kurzem zapomnienia. To, że mogę pisać do Ciebie, Jolu, a Ty to porządkujesz i umieszczasz na NASZYM blogu (mam nadzieję, że to Ci zostanie i kiedy wrócę, będziemy obie postować), sprawia, że tworzy się tu swoista kronika. Jak wrócę, poczytam sobie i zobaczę wtedy na spokojnie, jak nam tu było. :)


Wczoraj zaliczyliśmy liźnięcie rejonu Owakudani wraz ze słynną siarkową doliną. 





Jedną z atrakcji dla osób odwiedzających to miejsce jest spożywanie kuro-tamago, czyli czarnych jaj, które mają niezwykłe właściwości, a swój czarny kolor zawdzięczają reakcji zachodzącej w procesie gotowania w gorących siarkowych źródłach. 



Zjedzenie jednego kuro-tamago przedłuża życie o 7 lat!  
Zjadłam aż dwa, więc w najgorszym wypadku mam 14 lat życia przed sobą.


Pogodę mieliśmy dość irlandzką - wiało, że mało nam głów nie urwało, ale przetrzymaliśmy.



To też region onsenów – uzdrowisk z gorącymi źródłami. Widziałam wielu staruszków, którzy się tam udawali. Może to byli ci słynni stulatkowie japońscy - nie wiem, faktem jest jednak, że to bardzo zadbani, eleganccy ludzie. Można pozazdrościć!






Dziś odwiedziliśmy Nikko, na opisywanie czegokolwiek nie mam już jednak siły. Może jutro. :)

Pozdrawiam Ciebie, Twój zwierzyniec oraz całe blogowisko, szczególnie tych, którzy nam kibicują i podążają śladem Instagrama, gdzie wrzucam zdjęcia, korzystając z chwilowego dostępu do sieci.

***
To ja proponuję jeszcze na deser lody o smaku wasabi - specjalnie od entuzjastki lodowych specjałów. :)


Oraz ładną panią i ładnego pana na tle ładnej góry - na dzień dobry. :)


PS. Chyba jednak będę miała w telefonie specjalną kartę na internet, natomiast z kompa nie będę mogła korzystać sieciowo. Zobaczymy, ale co by nie było, będzie dobrze. I tego zamierzam się trzymać. A dziś? Witaj, Kioto! 

poniedziałek, 12 maja 2014

Dwie czapki w dalekim kraju :)

Pytanie do stałych bywalców: czy ktoś jeszcze pamięta dwie czapeczki snujące się wśród wielkich drzew w Irlandii?


Otóż te same dwie czapeczki można teraz namierzyć w zupełnie innej scenerii. Oto obrazek: 


W niedzielę, czyli wczoraj, szczęśliwa posiadaczka czerwonego wdzianka na głowę donosiła z dalekiego kraju tak:

Dzisiejszy dzień tylko w wielkim skrócie, żeby nie zanudzać. A i wrażenia zaczynają blaknąć, bo nawet Tokio powszednieje… Co za życie!

Z powodu pomyłki nasze wyjście na sumo okazało się wyjściem na… kendo. Mimo to jestem pod wielkim wrażeniem. Wielka hala sportowa wypełniona pięknie ubranymi ludźmi, w większości uczniami w uniformach różnych szkół, kibicującymi licznym zawodnikom walczącym w pojedynkach na całej wielkiej arenie. Klasa, kultura, spokój, porządek, skupienie na widowisku sportowym – to było widać najbardziej. Podziwiam i zazdroszczę! Samo kendo to bardzo elegancki sport, z racji pięknych ruchów miły dla oka. Fajnie było popatrzeć, posłuchać oklasków, a także dźwięków wydawanych przez walczących. Bardzo japońskie to wszystko razem i bardzo piękne. 




Potem w ramach odpoczynku przycupnęliśmy sobie na ławce w pobliskim parku. Wiele rodzin z dziećmi wypoczywało, siedząc pod pachnącymi lipami na świeżo wystrzyżonej trawce. Czy muszę dodawać, że nie było tam ani jednego papierka? Że było cicho i nic nie zakłócało wypoczynku odpoczywających? Obserwowanie tych ludzi, jak bawią się ze swoimi ślicznymi dziećmi, jak rozmawiają, jak kłaniają się  sobie, to też była fajna wakacyjna przygoda i lekcja obyczajowa. Krótka przerwa w naszej "gonitwie". 






Stamtąd zdecydowaliśmy się pojechać do hali właściwej dla zawodów sumo, jednak pocałowaliśmy klamkę, bo z powodu naszej pomyłki i opóźnienia w dotarciu tam nie dostaliśmy już biletów. Niestety (albo stety) obok znajduje się muzeum epoki Edo. Zmasakrowaliśmy się tam jak więźniowie w kamieniołomach! Tak się wycieńczyliśmy, że naprawdę ledwo powłóczyłam nogami! (Zauważcie, co pisze Gosia: zmasakrowaliśmy się. Ale: ledwo powłóczyłam nogami. Znaczy się, JCO jeszcze trzymał fason. Zuch gaijin! :) - dop. mój, czyli JolkiM). Muzea to do siebie mają, że trzeba mieć końskie zdrowie, żeby je przeżyć. Przynajmniej ja tak mam. 

Ostatkiem sił, po kolejnej godzince w metrze, dojechaliśmy do dzielnicy Shibuya, bowiem jak wyczytałam na blogu http://japoniablizej.blogspot.jp/2014/05/cay-dzien-razem-wyniki.html, "fajne miejsce z tymi pierożkami znam właśnie w Shibuya (...). To mały bar znajdujący się na drugim piętrze w niepozornym budynku, ale trudno go nie znaleźć - wszędzie widać pierożki. :)  Gyoza jest tam pyszna i możemy ją zjeść na trzy sposoby - pierożki smażone, grillowane lub gotowane. Standardowa porcja to sześć sztuk, ale na duży głód można kupić większe zestawy na przykład z czterdziestoma pierożkami. I, oczywiście, wychodzi to taniej niż kupowanie kilku mniejszych porcji. :)".

Kiedy wysiedliśmy na stacji w Shibuya, szybko stało się jasne, że słowa „trudno go nie znaleźć - wszędzie widać pierożki” są chyba jakimś nieporozumieniem, bo trafiliśmy do miejskiego piekła! Miliony ludzi przewalających się przez to słynne miejsce, gdzie jest pomnik psa Hachiko, dzikie tłumy, tabuny! Miejski hałas plus wieżowce, plus neony, kolorowe, błyskające reklamy, muzyka, a przede wszystkim nieprzerwana rzeka ludzi to miejsce zdecydowanie z moich koszmarów sennych. Miejsce, które warto było zobaczyć, by docenić naszą wieś, a i naszą spokojną dzielnicę we Wrocku.


Potem już na ostatnich nogach doczołgaliśmy się do domku, gdzie zjedliśmy kupiony po drodze obiad, zakąszając ciasteczkiem.

A teraz już padam, bo jest prawie dwunasta w nocy!

Jutro inna, wielka przygoda, czyli wycieczka poza Tokio do Owakudani – doliny pachnącej siarką z widokiem na Fuji. Mam nadzieję na wspaniałe spotkanie z przyrodą.

Jedna ciekawostka:

Do metra wsiadła dziś gromada młodych, wyglądających na Hiszpanów, ludzi. Jak to żywiołowi południowcy, zachowywali się bardzo głośno, rozmawiali, śmiali się, klaskali. Japończycy zatrzęśli się z oburzenia. Całe metro zrobiło wielkie „ciiiiii”, a ponieważ nie podziałało, to znów za chwilę wszyscy zasyczeli „ciiiii”, nie podziałało znowu, więc ci wychowani w poszanowaniu dla innych ludzie poddali się, zerkając tylko dyskretnie na gaijinów spod oka. Co sobie pomyśleli, to ich...

Co potrafią gaijini i jak to jest tu szokujące, pokazuje zdjęcie Anny Ikedy, autorki bloga Na wsi w Japonii tu: http://www.intagme.com/twocatsinjapan/717791641739405153_1240191992/.

To tyle. Mam nadzieję, że Ty, Jolu, odpoczęłaś w weekend, a chwaściory czują się pokonane. To Ty leć do pracki, a ja na kolejną wycieczkę, hi, hi. ;) Nie ma sprawiedliwości na świecie...

Kącik samochwały:

Ważne wydarzenie - nauczyłam się już nazwy dzielnicy, w której mieszkamy. To połączenie żydowskiego TATE ze spójnikiem I oraz  wymowa angielskiego "ona", czyli SHI.
Mieszkam w TATEISHI! :-)))

Na deser film zmontowany w metrze, w którym spędzamy zdecydowanie najwięcej czasu - MCO czuje się już tam jak ryba w wodzie (w przeciwieństwie do mnie). 

Dzielnica Shibuya:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...