Są! I podróżnicy, i wieści. :)
Oczywiście mogliśmy się tego domyślać, bo kto śledzi ruch na Instagramie, ten widzi, że się nie zaszyli w żadnej japońskiej willi (czyt. dziupli), tylko zasuwają dalej. I to zasuwają dosłownie. Na ten przykład 500 km w 3 godziny! To rozumiem! Gdyby takie połączenia były osiągalne w naszej ojczyźnie, odwiedzałabym Kajtusia, Ami i Hokiego oraz ich psa Rufiego (a przy okazji personel ludzki) co najmniej dwa razy w miesiącu. ;)
Często jadą tu dwa połączone ze sobą pociągi.
Piątek, 2014-05-16 01:48 (tuż przed dziewiątą czasu ichniego)
Jolu, i stało się! Jestem odcięta od sieci. :) No, może nie tak zupełnie, bo miasto Kioto zapewnia turystom trzy godziny darmowego internetu w czasie ich pobytu. Jednak żeby z niego skorzystać, trzeba wędrować z komputerem do jednego z punktów WiFi. Nie mamy daleko, więc raz dziennie czy raz na dwa dni powinnam wysłać Ci moje notatki. Wiem, że wiele osób, w tym rodzina, czeka na wieści. Miło mi! Fajnie jest, jak niedawno pisała Mika, dzielić się. Wrażeniami z podróży także. :)
Już zaczynam się gubić w tym wszystkim. To, że nie nadążam z codziennym kronikowaniem naszych dni, sprawia, że mam zamęt w głowie. Co było wczoraj? A co jeszcze wcześniej? Gdzie ja w ogóle jestem?? Wrażeń jest tak dużo, tyle myśli przebiega przez głowę, tyle emocji się czuje, że można dostać pomieszania!
To, jak mylą mi się wszystkie nazwy i plącze język, też zasługuje na wzmiankę. Nikko to dla mnie Kiotto – nieistniejące miasto, Kioto to też Kiotto, shinkansen nieustannie myli mi się z onsenem, że o nazwach różnych stacji nie wspomnę. MCO ma ubaw po pachy!
Z ciekawostek spisanych 14 maja w pociągu do Kioto, czyli dotyczą one jeszcze Tokio oraz doliny Owakudani (tej z siarką):
| Widać te grzeczne kolejki? |
Czekając na shinkansen.
Z ciekawostek spisanych 14 maja w pociągu do Kioto, czyli dotyczą one jeszcze Tokio oraz doliny Owakudani (tej z siarką):
- ciężko dostać tutaj zieloną gorącą herbatę! Zaskoczenie! Ile razy prosiliśmy o nią w barach, dostaliśmy szklankę zimnej.
- fajne jest to, że automaty z napojami są na każdym kroku, nie ma potrzeby dźwigania ze sobą wody, która w automacie kosztuje jakieś 110 jenów (podzielić przez 100 i razy 3).
- w mieście i na stacjach metra w Tokio jest bardzo mało koszy na odpadki. Każdy papierek czy butelkę trzeba ze sobą nosić, aż trafi się miejsce do jego wyrzucenia. Denerwujące. A jednocześnie zadziwiające i budujące jest, że mimo to wszędzie jest czyściutko. Każdy jest nauczony swoje śmieci zabierać ze sobą. W tym momencie myślę o polskiej rzeczywistości i wywalaniu odpadów do lasu. Chętnie bym się zamieniła z Japończykami na geny…
- architektura poza Tokio, ta, którą do tej pory widzieliśmy, to niskie miasta zapchane domkami położnymi blisko siebie. Coś takiego jak szeregówka tu nie istnieje. Pewnie ze względu na trzęsienia ziemi musi być zachowany odstęp między domami, choć kilkadziesiąt centymetrów. Śmiesznie i dość dziwnie jak dla nas wyglądają takie „wille” z własnymi „działkami” po kilkadziesiąt cm wokół domu.
| Uliczka w Nikko. |
Widoki z okien shinkansena.
- właśnie! Zapomniałabym! Wczoraj przeżyliśmy maleńkie trzęsionko ziemi! Jedliśmy właśnie śniadanko w naszym mieszkanku w Tateishi, gdy poczuliśmy, że dom zadrżał w posadach. Miałam wrażenie, że to jakiś silny podmuch wiatru wprawił go w drżenie, ale za oknem nie drgnął nawet listek. To było maleńkie trzęsienie, jak napisała mi na Instagramie Anna Ikeda: pierdnięcie, przed którym nawet nie było oficjalnego ostrzeżenia. Jak dla mnie - wystarczy. Atrakcja pt. Zaliczyć trzęsienie ziemi odhaczona! :)
- w dolinie Owakudani, przy tych siarkowych rejonach, też jest nieszczególnie, i to nawet nie chodzi o zapach zgniłych jaj, jaki wydzielają kratery z siarką (ojej, jak się bałam, że przesiąknę tym uroczym zapachem! A ciuchów wzięłam jak na lekarstwo.). Nasze polskie uzdrowiskowe miasta przy nich to perełki. Zaskoczyło mnie, że jest tam byle jak, nieładnie po prostu. Zdaje się, że współcześni Japończycy nie przykładają wagi do upiększania swojego otoczenia. Beton rządzi. Nie dziwię się więc, że kiedy przyjeżdżają do Europy, są oczarowani architekturą Włoch, Francji, a nawet Polski. Siedzę teraz w pociągu i patrzę na widoki za oknem. Trasa Tokio – Kioto. Tu jest zwyczajnie brzydko… No dobrze, było kilka ładnych miejsc. :)
- tam też (w okolicy Owakudani) po raz pierwszy w Japonii byłam w toalecie publicznej gdzie… nie pachniało. No cóż, nigdzie nie jest doskonale. Pocieszające? :)
Nikko, widok na dworzec i główną ulicę.
| Jeden z nielicznych miłych widoków z pociągu. |
- znów widziałam panią z pieskiem niesionym w chuście jak dziecko. O ile jestem w stanie zrozumieć mieszkańców Tokio, że noszą tak lub wożą w wózeczkach swoje pieski, bo prowadzenie zwierzaka po makabrycznie zaludnionej ulicy byłoby dla niego i niewygodne, i niebezpieczne, to dlaczego odbywa się to w rejonie turystycznym, wśród zielonych terenów, na niemal pustej ulicy? Może taka moda.
- w Tokio na stacjach metra można usłyszeć… śpiewające ptaszki! Czasem jest to kukułka, czasem jakiś drozd czy inny gwizdacz. To na szczęście (dla ptaszków) tylko nagranie, które jest emitowane, by naprowadzić niewidomych na wyjścia i wejścia, ale przy okazji wprowadza miłą, relaksującą atmosferę.
- w Nikko spotkaliśmy grupę Polaków, pracowników jednego z banków, którzy dostali tę wycieczkę jako nagrodę za dobrą pracę. Również byli oczarowani zachowaniem Japończyków. Te grzeczne kolejki do metra, ta uprzejmość! I ja dobrze się w tym czuję. To luksus, idąc do metra czy na pociąg, wiedzieć, że nie będzie żadnych wyścigów, przepychanek czy wcinania się bez kolejki. Uświadomiłam sobie teraz, że tak było i na lotnisku w Monachium, gdy wchodziliśmy do samolotu wiozącego nas do Tokio. Żadnego stresu. Już tam zadziałała japońska magia.
- nieustannie obserwujemy ludzi. Robimy to dyskretnie, ale jest to proceder ułatwiony tym, że oni zachowują się z dystansem, nie wgapiając się w drugiego człowieka, zajmują się swoimi sprawami, a kiedy kontakt wzrokowy zostanie jednak nawiązany, po chwili Japończyk odwraca wzrok. A my (często zza ciemnych okularów) dyskretnie patrzymy, chłoniemy, rejestrujemy każde zachowanie, które jest jakoś dla nas inne, nowe, ciekawe.
Nikko.
- mam w sobie moralny sprzeciw wobec fotografowania ludzi, jednak taka okazja, taka podróż życia nie trafia się często i postanowiłam to przełamać. Mam nadzieję, że tu, w dalekiej Japonii, nikogo to nie dotknie.
- ja wymyśliłam sobie jeszcze inną zabawę. Wpadłam na nią, gdy naprzeciwko mnie szedł pewien chłopak. Wyglądał jak mój kuzyn Krzysiek. No wypisz wymaluj, to on w wersji azjatyckiej! Trochę bardziej skośne oczy, bardziej płaski nos, ale założę się, że Krzysztof tak by wyglądał, gdyby urodził się w Japonii. Zaczęłam wypatrywać innych znajomych i krewnych. I poleciało. Już tego samego dnia pojawiła się japońska wersja mojej sąsiadki, naprawdę niemal identyczna, tylko te oczy, włosy, ale zupełnie jak ona. W Tokio żyje też azjatycki klon mojej koleżanki z pracy. Ten sam uśmiech, ta sama fryzurka - w wersji azjatyckiej wygląda nawet lepiej! Najbardziej ucieszyłam się za to, kiedy zobaczyłam japońską Krysię Opakowaną! Oczy miała zrobione na czarno i z rudymi pasmami na włosach maszerowała bardzo dziarskim krokiem przed siebie Była tak podobna, że oczu nie mogłam oderwać! I miała chyba podobny temperament. Ciebie, Jolu, nie znalazłam na razie, choć takich chudzinek jest tu sporo. :)
- na stacji Tokyo, przy bramkach wejściowych do jednej z podstacji, przy takim rzędzie bramek (powiedzmy dwudziestu), gdzie panuje wielki ruch, ludzie wchodzą i wychodzą, latają jak z pieprzem w obie strony, stała dziewczyna z obsługi i wypatrywała, czy ktoś nie zapomniał odebrać swojego biletu (przy wejściu do bramki wtyka się go w specjalne miejsce, by po trzech krokach, przy wyjściu, go odebrać). Byłam świadkiem, gdy to się właśnie zdarzyło. Dziewczyna zauważyła, że mężczyzna w garniturze nie odebrał swojego biletu. Bez niego nie mógłby się „wymeldować” ze stacji. Dziewczyna jak pantera, sprintem rzuciła się po bilet i pognała za tym mężczyzną. Podała mu go, a on, jakby to było mu należne, wziął go, nie zwalniając kroku i wydawało mi się, że tylko lekko skłonił głowę. A może nie zrobił nawet tego. To dla nich oczywiste.
- dziewczyna w masce siedząca naprzeciwko w metrze odsunęła maskę, wyjęła chusteczkę i wytarła nos. Wytarła, a nie wysmarkała, co podobno u nich jest bardzo niegrzecznym zachowaniem. I obrzydliwym. Poczułam do niej wdzięczność za to, że będąc chorą, zakłada maskę, aby nie zarażać innych.
Poza tym jaka to praktyczna sprawa! Nie chce ci się malować? Masz wielkie zimno na ustach? Zakładasz maskę i załatwione. :)
- dziewczyna w masce siedząca naprzeciwko w metrze odsunęła maskę, wyjęła chusteczkę i wytarła nos. Wytarła, a nie wysmarkała, co podobno u nich jest bardzo niegrzecznym zachowaniem. I obrzydliwym. Poczułam do niej wdzięczność za to, że będąc chorą, zakłada maskę, aby nie zarażać innych.
Poza tym jaka to praktyczna sprawa! Nie chce ci się malować? Masz wielkie zimno na ustach? Zakładasz maskę i załatwione. :)
***
Dziś (14.05.2014) przyjechaliśmy do Kioto. Odległość ponad 500 km pokonaliśmy w 3 godziny. Na dworcu w Kioto – szok! Takich tłumów podróżnych to nawet w Tokio nie widziałam! Cały olbrzymi dworzec zawalony Japończykami, gaijinami, wycieczkami młodzieży szkolnej. A ja goopia myślałam, że tu będzie spokojniej! Za to mieszkanko mamy w dzielnicy willowej, choć jakże innej niż u nas. Nie ma chodników na ulicach, jest bardzo mało zieleni, straszą wszechobecne kable naziemne, domy stoją tuż przy sobie i są nieciekawe. Nasze mieszkanko jest malusieńkie, ciężko zmieścić futony i nasze walizki. Najgorsze, że klopik jest taki zwykły, niepodgrzewany, bez wodotrysków, zupełnie niejapoński. Phi!
Na razie największe wrażenie zrobiła na mnie sytuacja, która wydarzyła się w autobusie miejskim. Na jednym z przystanków czekało dziecko niepełnosprawne w wózku wraz z opiekunką. Kierowca wyskoczył z autobusu, pobiegł do środkowego wejścia, wyciągnął specjalną platformę, zamontował ją, złapał za uchwyty wózka i kłaniając się opiekunce, wprowadził dziewczynkę do środka. Umocował wózek na specjalnych zaczepach i pobiegł na swoje miejsce kierowcy. Pojazd ruszył. Kilka przystanków dalej cała akcja powtórzyła się w drugą stronę. Kiedy piszę „pobiegł”, musisz sobie wyobrazić, że dokładnie to zrobił. Pobiegł najszybszym sprintem możliwym w tej sytuacji! Gnał! Robota paliła mu się w rękach! Coś takiego jest u nas niewyobrażalne, a tutaj tak się właśnie pracuje. W naszych oczach - do przesady. Widzieliśmy, jak dziewczyna sprzedająca słodycze zachwala swój towar i zaprasza do zakupów, mimo że w jej otoczeniu nie ma ani jednej osoby. Nikogo nie było, a ona wciąż z miłym i uprzejmym uśmiechem na twarzy powtarzała swoją kwestię…
Tu też obrazki oglądane z pociągu.
Tu też obrazki oglądane z pociągu.
Nikko, w drodze do toshogu.
Nikko, święty most.
Nikko, pięciopiętrowa pagoda.
To tyle! Muszę lecieć, buziaki. Pozdrowienia dla wszystkich zaglądających Za Moje Drzwi!
Dla Ciebie podziękowania za bycie wzorcową gospodynią NASZEGO bloga. Chyba trzeba zmienić jego nazwę! :)
PS. Z ostatniej chwili: widziałam japońską Aluszkę! Fajna dziewczyna z niej była. :)
***
Ale nam oberżyświaty zadały, co? I kto to zdzierży! ;)
To zlepiłam ja, JolkaM. I zaznaczam lojalnie, że nie bierę (nie poprawiać!) odpowiedzialności za omdlenia z przepra... ten, no... z przeczytania). ;)
***
Ale nam oberżyświaty zadały, co? I kto to zdzierży! ;)
To zlepiłam ja, JolkaM. I zaznaczam lojalnie, że nie bierę (nie poprawiać!) odpowiedzialności za omdlenia z przepra... ten, no... z przeczytania). ;)

