Dziś niespodziAnka-zgadywAnka pt. Buszująca Za Moimi Drzwiami.
Lesia w lesie.
Na początku lipca minął rok od dnia, w którym pierwszy raz zobaczyłam Leśną przy drodze. Nie mieliśmy zamiaru jakoś specjalnie hucznie obchodzić tej rocznicy, gdyż bardziej odpowiedni do świętowania wydaje mi się dzień przywiezienia jej do domu po dwóch miesiącach oswajania, a więc we wrześniu. Tymczasem jednak sama Lesia uznała widać za stosowne podkreślenie wagi tego lipcowego czasu i postanowiła uczcić to po swojemu.
Wczesnym popołudniem w przedostatni piątek tego upalnego miesiąca udała się na obchód posesji - zapewne z zamiarem sprawdzenia, czy czasem jakiś koci intruz nie zamierza się na nią wedrzeć. A przecież jeśli tak, to sobie sunia zwyczajowo zagoni delikwenta na drzewo i nie odstąpi od niego, dopóki się jej stamtąd wołami nie odciągnie.
Tego dnia jednak scenariusz wydarzeń okazał się nieco inny. Bo, owszem, obszczekiwanie nastąpiło, ale intruz na drzewo nie zwiał. Okazał się nim malutki kotek - być może zbyt wystraszony, żeby zareagować bardziej racjonalnie. Odkrył go Igor, który usłyszawszy natrętne szczekanie, udał się w krzaczorki, żeby sprawdzić w czym rzecz. Zabrał do domu Leśkę, żeby już nie straszyła dziecięcia, a następnie zaniósł do domu także malucha. Po czym zadzwonił do matki pracującej i poinformował ją, że w łazience rezyduje mały kotek. Cóż było robić; dostał instrukcję, jak zorganizować mu prowizoryczną kuwetkę, a matka ledwo wysiedziała w pracy do jakże okrutnej siedemnastej, a potem już tylko 50 km i znalazła się w zasiedlonej tymczasowo łazience, która zawierała następującego, przykurzonego osobnika:
Majtka pierwsze godziny w naszej łazience.
W domu oczywiście poruszenie, Leśka niucha pod drzwiami łazienki. Koty prychają, posykują, Mietek to wręcz nawiał z chałupy, ale nie od dziś wiadomo, że to tchórz wybitny. Cóż, przynajmniej nie stresował małego. Chociaż, czy on był zestresowany? Hm. Gdy teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że zaaklimatyzował się nadzwyczaj dobrze. Już po paru dniach właściwie rządził wśród kotów.
Leśnej też się nie boi. Dochodzi między nimi czasem do spięć podczas jedzenia, którego Leśka jest zażartą (nomen omen) strażniczką, nawet gdy niespecjalnie ma ochotę jeść. To pewnie wciąż syndrom psa, który głodował. Mały, gdy słyszy, że nasypuję jedzenie kotom, biegnie do ich misek, zupełnie nie respektując prawa własności, a te moje kochane sierście ustępują mu z drogi, jakby doskonale wiedziały, na czym polega prawdziwa gościnność. ;)
Zwierzęta jak zwierzęta, ale niepokoiła mnie jeszcze perspektywa powrotu Pana Męża z pracy i jego opinii o kolejnym rezydencie. Właściwie to pierwotny zamiar był taki, że powiesimy we wsi ogłoszenie, ale po dwóch dniach zrezygnowałam z tego. Od ludzi z sąsiedztwa usłyszałam dość informacji, by uzyskać pewność, że nikt Majtka nie szuka. A, właśnie, bo czy mogłam go inaczej nazwać? Z takimi galotami na zadowiu? :)
Tydzień później.
Czy nie wygląda na zintegrowanego z otoczeniem? :)
Tak więc uznając, że Majtek jest prezentem rocznicowym Lesi, który sobie zresztą wspaniałomyślnie sama zorganizowała (niezanadto zaprzątając zapracowanych łysych), postanowiliśmy chłopaka zaadoptować. To znaczy… ja postanowiłam.
Wydaje się też, że jest dość wyluzowany...
No i te czarne paluszki, które swego czasu tak mnie uwiodły u PaniEnki Wisienki. :)
Z charakteru małomówny Pan Mąż tak do końca to się nie wypowiedział, ale że i nie dopomina się (hm, może także z powodu małomówności) eksmisji Majtucha, uznaliśmy z Igorem, że zatwierdził naszą (cokolwiek zaoczną) decyzję. Trzymajcie kciuki! :)
JolkaM
(dopisek AnkiW: kto nie zna historii Leśnej, gorąco zachęcam do zapoznania się z nią, bo to jedna z tych historii, które zapadają na zawsze w serce. Pokazał to odzew na ten post: Klapniętouche Leśne Znalezisko.