Pokazywanie postów oznaczonych etykietą japoński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą japoński. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lutego 2015

Krótki post z peesikiem

Dziś skrótowo. Nikt nie będzie miał powodu narzekać na taaaki dłuuuugi post, że czytać się tego nie da! Istnieje też szansa, że zostanie przeczytany w całości. :)

W sobotę pod naszą opiekę trafiły dwie nieśmiałe dziewczynki - dziczki. Bez szans w schronisku na adopcję. Oto one:

ZULA (klik)

PSOTKA (klik)

No cóż, Zula jeszcze nie hula, Psotka nie psoci, ale naprawimy to! Bez obawy!
Jutro szczegółowa relacja z zamieszkania u nas dziewczynek. Na razie są jednym wielkim strachem.
Koniec posta!

PODPIS

A teraz malutki peesik. :)
Ponieważ reklama jest dźwignią handlu, ale nie tylko dlatego, chcę Wam polecić coś naprawdę niespotykanego, co pojawiło się na naszym Skarpetowym bazarku (klik). Coś dla wielbiciela kultury i sztuki japońskiej, coś na niezwykle elegancki prezent dla osoby zafascynowanej Japonią, bądź oczywiście dla siebie. Oryginalna i niebanalna ozdoba ściany. 
Prosto z Japonii, obrazy, oryginały, z podpisem autorki!

Zdjęcia nie oddają ich urody i delikatności.  (Są to dwa niezależne obrazki. )

Są to malunki wykonane mało znaną w Europie techniką sumi-e.


Wykonane specjalnym tuszem, który wyrabia się, ścierając na specjalnym kamieniu sztyft suchego tuszu i mieszając go z wodą bezpośrednio przed malowaniem.
Maluje się specjalnym pędzlem wykonanym ze zwierzęcego włosia. Cena takiego pędzla dochodzi do kilkuset dolarów!
Tym samym pędzlem maluje się szerokie linie, ale również cienkie jak włos. Rysunek jest na specjalnym, ręcznie robionym japońskim papierze, strukturą przypominającym ryps.
Oba obrazki były malowane specjalnie dla Agi z Czech - darczyni, która była świadkiem ich powstawania, tym samym daje gwarancję ich autentyczności!
Pani artystka nazywa się Ryu Hatakayama i mieszka w tokijskiej dzielnicy Tokaido. Jest już starszą panią, która kiedyś sztuki sumi uczyła się od prawdziwego mistrza, a potem doskonaliła swój kunszt całe życie. Nauczyciel rysunku - wspomniany mistrz, był sublokatorem jej rodziców i przypadkiem odkrył, że dziewczynka ma talent! Francuska telewizja nakręciła nawet film o jej twórczości, mimo to w Wikipedii nie znajdziecie jej nazwiska. 

Obrazy te mają już ponad 10 lat, są cenniejsze o tyle, że stan zdrowia artystki nie pozwala jej już na malowanie. Maluje się bowiem, klęcząc w siadzie japońskim na podłodze, a papier, na którym się to robi, leży również na podłodze przed malarzem. Ten maluje, pochylając się nad papierem i trzyma pędzel w wyciągniętej ręce, która musi być "uwolniona" w stawie barkowym. No i właśnie ten staw barkowy pani wysiadł, a że jest dosyć wiekowa, to nie rokuje nadziei na poprawę zdrowia. Również źle widzi, nawet już nie udziela lekcji swoim uczniom. 
Wielkość malunku: 47 x 35 cm.
Brzegi są miejscami trochę pogniecione, ale to się chowa pod ramą obrazu. Oprawia się bowiem, dając passe partout na tyle wysokie (ok. 3-5 mm), aby szyba nie dotykała papieru. Ewentualny nabywca dowie się od Agi szczegółowo, jak powinno się oprawić takie dzieło sztuki.
Cena 99 zł bez kosztów przesyłki, kontakt: fiatfiatfiat@seznam.cz
Myślę, że można negocjować cenę z Agnieszką. 

Znalazłam w sieci całe mnóstwo filmów, jak wygląda artysta przy pracy i jest to fascynujące, ale mnie urzekły... wróbelki! I to pewnie jest jakaś odmiana sumi-e. Przewińcie sobie film do 5. minuty – tam już je widać. :)


Mam nadzieję, że Was zaciekawiłam. To kunsztowna technika. Jestem pełna podziwu! Jednym pędzelkiem takie cuda!



Chyba nikt nie może narzekać na to, że dzisiejszy post był długi. :D

Aha! Na FB publikuję wciąż nowe wieści o Balbince i innych kotkach, które u mnie gościły. :)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Minął kolejny miesiąc...

Ci, którzy śledzą dzieje wyprawy marzeń Roberta na Oswajaniu Drogi, wiedzą, że dobiegł końca kolejny etap jego podróży. Znów nie wiadomo, kiedy minął miesiąc. Nie do wiary! Kiedy to się stało? Przecież dopiero trzęsłam portkami przed wyjazdem, przed chwilką dopiero wróciłam stamtąd sama, a tu już przed moim mężem ostatni samotny miesiąc w Kraju Kwitnącej Wiśni. 
Kiedy przypomnę sobie swoje wczesne reakcje na jego plany, to robi mi się wstyd. Po pierwsze, pomyślałam, że to jakieś fanaberie, po drugie, że to zbyt ryzykowne, po trzecie, że na tak długo to już stanowczo przesada, że ja rozumiem dwa tygodnie, ale trzy miesiące?? Po co? I co on tam będzie robił sam przez dwa miesiące?? Ja tu będę chodzić do pracy, a on… Myślałam też, przyznaję to z zażenowaniem własną ograniczonością, że właściwie mogłabym nie jechać, że to tylko jego marzenie, nie moje. Mnożyły się przede mną wątpliwości i trudności, jak mi się wydawało nie do pokonania. Co z pracą? Co z domem? Ze zwierzakami? Jak ja zniosę taką długą podróż? Jak zniosę tęsknotę? Prawdziwe i wyimaginowane przeszkody mnożyły się przede mną jak grzyby po deszczu. Na szczęście MCO się uparł i przekonałam się, że ograniczenia były tylko w mojej głowie. Wszystko dało się załatwić i zorganizować, a miesiąc poza domem minął mi szybciej niż błyskawica. Pisałam to już wielokrotnie, że jestem oczarowana tą wyprawą, że pobyt w Japonii wzbogacił mnie wewnętrznie i zapisał się na zawsze w mojej pamięci i sercu, a nawet mogę powiedzieć, że złapałam już japońskiego bakcyla i wszystko, co jest związane z tym krajem, fascynuje mnie ogromnie. Przeciwnie do mojego męża, który poświęcił cały rok na przygotowania, na czytanie książek japońskich i o Japonii, oglądanie filmów dokumentalnych i fabularnych i na dokształcanie się przed wyprawą, mnie wzięło dopiero teraz i czytam, chłonę, cieszę się każdą nową informacją. Jestem oczarowana nawet językiem japońskim, który w moim wyobrażeniu był twardy i szorstki, a okazał się śpiewny i miły w odbiorze. Doceniam teraz niesamowicie, że Robertowi chciało się tego języka uczyć. To, jak to się przydało, jest nie do przecenienia. Jasne, że moglibyśmy sobie radzić i bez niego, a jednak to on niesamowicie nam pomógł w dziesiątkach sytuacji. Z angielskim jest tam naprawdę kiepsko, a to, że mój mąż trochę mówi, a przede wszystkim, że ma odwagę mówić to, czego się nauczył, bardzo ułatwiło nam życie. Czasem wystarczyły tylko pojedyncze słowa czy proste zdania, ale czasem to były całe dialogi. Padłam na kolana z podziwu w niejednej sytuacji, ale była taka szczególna, że mój podziw wzleciał do nieba. W ryokanie - japońskim hotelu, kiedy zeszliśmy do holu skorzystać z internetu, podszedł do nas mężczyzna z obsługi. Nie dość, że chyba sobie trochę wypił, nie dość, że był zakatarzony i nosił maskę, która mu zasłaniała całą twarz aż do oczu, to jeszcze z natury mówił niewyraźnie, nawet bez maski nie można go było zrozumieć. Teraz zaczął pogawędkę z MCO, mamrotał tam pod nosem, po japońsku, oczywiście, że patrzyłam ze współczuciem na Roberta. On jednak wyłapał jedno słowo z tego bełkotu, potem drugie i panowie przeprowadzili rozmowę o naszych planach na dzień następny i o... hodowli słynnych byków z Kobe! O tym, że się masuje, poi piwem, że pasą się na wspaniałych pastwiskach. Wszystko to oczywiście po japońsku! Siedziałam z opadniętą z podziwu szczęką.

Na dworcu kolejowym w Tokio.

W informacji na lotnisku.

W pociągu. 

Na stacji metra na Tateishi.

W metrze.
Co robi chłopczyk? Wyjaśnia to filmik poniżej.




W sklepie.
W kawiarni.
Przed restauracją.
Przed świątynią. 
W Skytree w Tokio.
Na parkingu rowerowym.
Wszystkie napisy i cyfry były w krzakach, i weź i zapłać za parking...
W sklepie sportowym. 
Poszukiwanie słynnej rinko bukuro (torby na rower).
W tym sklepie została kupiona
 z możliwością zwrotu - ustalone po japońsku!
Czasem trzeba się dogadać...
inaczej.
Pan chciał nam przekazać, że z powodu wypadku jest zablokowana droga
i pociąg spóźni się, i żeby wybrać inny.

Dla tej wyprawy Robert sporo zmienił w swoim życiu i sporo poświęcił. Postawił wiele na tę kartę i teraz wygrywa! Ja w każdym razie jestem mu bardzo, ogromnie wdzięczna, że mnie zabrał, bardzo mu kibicuję i podziwiam, jak to sobie obmyślił i realizuje. W kontekście tego, co napisał o mnie u siebie na blogu, niepokoi mnie tylko jedno: że ze mnie taka muza jak wiadomo co z wiadomo czego. Ale nie mówcie mu, może się nie zorientuje... :)

PODPIS


środa, 25 czerwca 2014

Ogłaszam uroczyście :)

Dzień do-bry, klasówkowicze!

Czas na ogłoszenie wyników. 
Na pewno denerwujecie się okrutnie, co też znajdzie się na Waszym świadectwie. :)

Najpierw poznajmy prawidłowe odpowiedzi.

Pytanie nr 1.
Poziom trudności: żenująco łatwe.
1. Jakie kolory czapki z daszkiem nosiliśmy podczas pobytu w Japonii ja i MCO?




Kwestia białości czapki jest dyskusyjna, więc nie będą drobiazgowa.

Pytanie nr 2.
Poziom trudności: prościzna.
2. Podaj jedno, dowolne słowo japońskie, jakie znasz. Pisownia bez znaczenia. (Jeśli chcesz zabłysnąć, napisz słowo, które padało tam najczęściej. Może być po polsku.)

Okazuje się, i samą mnie to kiedyś zdziwiło, że sporo japońskich słów jest w powszechnym użyciu i doskonale znamy ich znaczenie. Z niczego, czyli z głowy napisałam te:

Judo, karate, aikido, sumo, kendo, sushi, hai, sayonara, bento, shogun, futon, gaijin,  ikebana, laka, origami, bonzai, gejsza, katana, samuraj, seppuku, kamikadze, In-Yang, sakura, manga, anime, karaoke, zen, haiku, pachinko.

Kto coś doda do tej listy?  Jola dodała: sake. Ewa: harakiri i sumdoku. Echo: sudoku i kimono. Ktoś jeszcze? :)

Najczęściej słyszanym przez nas słowem podczas naszego pobytu jest oczywiście zwrot "dziękuję bardzo" - użyty w formie oficjalnej, czyli arigato gozajmasu, wymawiane jak już wiemy (prawda, drodzy moi słuchacze?), śpiewnie arigato gozajmaaaaaass. :)

A tak z ciekawostek - nauczyłam się jeszcze jednego zwrotu, a skoro ja mogłam, to znaczy, że każdy może, bo nauka języków jest moją piętą achillesową. Jest to zwrot:
Daijōbu - w porządku. Wymawia się to swojsko: daj dziobu, a z końcówką "ka" tworzy pytanie, czyli Daijōbu desu ka? - daj dziobu deska? - czy jest w porządku?

To już umiecie? Jak chcecie się zapytać kogoś, czy jest u niego OK, to prosicie deskę, aby dała Wam dziobu, a jak chcecie powiedzieć, że u Was jest w porządku, to mówicie jej (tej desce) "daj dziobu des" - w porządku jest!

Salon pachinko.

Pytanie nr 3.
Poziom trudności: normalny.
3. Czym była wypełniona poduszka w japońskim hotelu - ryokanie? 

To już każde dziecko nawet wie, że oczywiście plastikowymi rurkami. Okropność, nie wiem, jak można na tym spać... Dobrze, że miałam ze sobą swój jasiek z Polski. :)


Pytanie nr 4.
Poziom trudności: wysoki.
4. Jakie zwierzątko dba o nasz szczęśliwy powrót do domu? (O mój już zadbało, a teraz wspiera MójCiOnego.)

Chodziło oczywiście o żabkę Kaeru, której historię opisał MCO tutaj (klik) i tutaj (klik).


Pytanie nr 5.
Poziom trudności: ekspercki.
5. Co należało zjeść w Siarkowej Dolinie, aby przedłużyć sobie życie o 7 lat?

Jasne, że JAJO! Czarne jajo - kuro tamago.  Pisałam o tym tutaj (klik). To była niezapomniana przygoda. Wiatr tak dął, że aż nie można było iść! Mam gdzieś filmik, może kiedyś...


Pytanie nr 6.
Poziom trudności: kładące.
6. Co jest moim najbardziej traumatycznym wspomnieniem z podróży? Miejsce, w którym nie wysiedziałam, tylko musiałam uciec z powodu straszszszsznych dźwięków? Nie trzeba używać japońskiej nazwy, wystarczy rodzaj.

I to pytanie okazało się łatwe. Miałam na myśli teatr noh w Kioto zjechany przeze mnie tutaj (klik).

Na instagramie można posłuchać króciutko, o jakich dźwiękach pisałam: tutaj (klik) i zobaczyć kilka zdjęć, np. oryginalnego planu widowni tutaj (klik), no i jeszcze te: tu, tu i tu (klik).

Pytanie nr 7.
Poziom trudności: nieobowiązkowe.
7. Napisz krótko, co z opowieści japońskich zrobiło na Tobie największe wrażenie. Jeśli coś takiego istnieje, rzecz jasna. Wystarczy słowo, zdanie, nie trzeba pisać wypracowań, ale jeśli ktoś lubi, to przecież mu nie zabraniam, c'nie?

Odpowiedź na to pytanie to była dla mnie wisienka na torcie. Miło mi było poczytać. :)

1. Ninka - dziękuję, pilna uczennico, za tak wyczerpującą odpowiedź. :)
Hmmm... Dużo było takich rzeczy; architektura - świątynie, pawiloniki, rośliny - palma porośnięta paprotkami, ludzie - te wszystkie różnice kulturowe, ale opowieść - chyba o jeleniach w Narze; miałam bardzo mieszane uczucia: z jednej strony urocze zwierzątka, które można głaskać, z drugiej dzikie zwierzęta niejako zdegradowane do pozycji istot, które dadzą wszystko za krakersa. Nie wiem jednak, czy to nie jest skutek ostatnich dyskusji.
Ale jest jedna rzecz, którą mam natychmiast przed oczami, kiedy tylko pomyślę: Japonia! Nie muszę nawet przymykać oczu, a widzę stawek z wysepką i pawilonikiem - miejsce, które bardzo mi przypadło do serca.
No i masz! Miałam nie pisać wypracowania. :)



2. Aga - jejku, jak fajnie, że to napisałaś, Aga, dzięki temu wiem, że nie jestem wyjątkowa w tym oczarowaniu Tokio!
Oczywiście TOKYO, czytając Ciebie czułam, jakbym tam była. Też kocham Tokyo. Przy następnej Twojej wizycie w Tokyo (bo, że będzie, to nie wątpie, Japonia to taka choroba, jak raz złapiesz bakcyla, to Cię nie puści) proponuje późnonocną wizytę w Kabuki-cho. Będziesz mogła porównać te sama dzielnice w dzień i w nocy. Myślę o tym jak czystość ulic, bezdomnych, pijaczków itp. Strasznie, ale bezpiecznie! Naprawdę!



3. Hana - dzięki, i ja zapamiętam te naczynia na zawsze.
Wszystko, mrowie ludzi wszędzie i lśniące metro, świątynie, krajobrazy i NACZYNIA.


4. Lidia - pewnie, że i tam są ciemne strony, nie mam wątpliwości i mam nadzieję, że nie mnie miałaś na myśli, pisząc, że "się usiłuje wmówić". :)
Uprzejmość, czystość i dbałość o cudzą przestrzeń nawet w tak wielkim mieście jak Tokio. A może tym bardziej w takim mieście. Piękne pociągi, mnóstwo osób zatrudnionych, by służyć pomocą podróżnym, to, że pociąg zatrzymuje się zawsze w tym samym miejscu. Poza tym informacja, że z angielskim w japońskim narodzie nie jest tak pięknie, jak to się usiłuje nam wmówić.



5. Echo - kłębowiska drutowych węży to jest coś niesamowitego! Dzięki, uśmiałam się, czytając Twoją "pracę". :)))
Język, architektura budowlana, ozdoby nadumiczne (kłębowiska węży drutowych) i... stare, wielgachne drzewa.



6. Hersylia - jejku, jak mi miło się zrobiło!
Wszystko zrobiło na mnie wrażenie, zachwyciła porcelana, cisza i czystość w pociągach, grzeczność i takt Japończyków; w całym długim życiu nigdy, znikąd nie przyswoiłam więcej wiedzy na temat Japonii niż z tych relacji na blogu.



7. Konwalie w kuchni - Dzięki! :)))
 Jelonki, co to muszą w tym tłumie żyć i krakersy jakieś jeść, biedne, malutkie...


8. Iwona A. - Iwono, wyjdź za mnie! :)
Pytanie nieobowiązkowe. I niemożliwe do odpowiedzenia. Wszystkie Twoje opowieści japońskie są niesamowite, bo opowiedziane tak zupełnie szczerze, obiektywnie, pozytywnie. Widać że nie oceniasz, nie krytykujesz, a przecież wszystko jest tak zupełnie odmienne od kultury, z której my pochodzimy. Bierzesz wszystko, co spotykasz na swojej drodze pełnymi garściami, i to jest piękne, Gosiu. Z tego powodu czuję się Twoją podróżniczą siostrą bliźniaczką. :-)


9. Jacek z Legnicy - Dzięki, Jacku. Fajnie, że jesteś.
Toalety i instrukcje obsługi.

Dopiero w Japonii nauczyłam się, jadąc metrem, przekładać plecak do przodu.
10. Ewa - Mam jeszcze inne koteczki, ale chwilowo nie mogę ich znaleźć. Dzięki, Ewo! :)
WSZYŚCIUSIEŃKO !!! Z Japonii to, że tam tak czysto, że życzliwie, że wszystko dostosowane dla ułatwienia życia każdemu człowiekowi. I KIBLE!
Zachwycona jestem również przekazem Twoim, i Jolkowym, który sprawił, że poczułam się tak, jakbym tam z Wami była. Nawet na tym nieszczęsnym spektaklu w teatrze noh miałam wrażenie, że mię uszy bolą. Ale nie jestem za bardzo zdziwiona, bo azjatyckie głosowe działania artystyczne powodują u mnie natychmiast ból obuch uszów naraz!
Jedyne, czego mi brakło z Japonii, to kotecków. Pokazałaś tylko jednego. :)




11. 3xl - jaka wspaniała analiza, dzięki Ci!
W Japonii urzekły mnie nie tylko miejsca, ale również sami Japończycy i ich stosunek do innych. Nikt nikomu się nie narzuca, szanuje drugą osobę i jest pomocny aż do bólu. Druga rzecz to koleje i rytuał żegnania odjeżdżającego pociągu oraz czystość w wagonach. Brakowało mi przydomowych ogródków, ale w takim zagęszczeniu mieszkaniowym to nie dziwota. A na koniec oznaczenia - ich kolor i symbolika.


 12. dorKotka - dziękuję, miła pani. :)
Najbardziej to spodobał mi się ten ład i porządek, te kolejki do pociągu na stacjach, no i fajne też są te plastikowe atrapy jedzenia na wystawach.


13. Ewa2 - dzięki, Ewo.
Zdjęcia i umiejętność uchwycenia niuansów, szczegółów, scenek z życia codziennego. I konduktor w pustym wagonie.


14. Opakowana - kłaniam się nisko za tę analizę. :)
Nie mogę się zdecydować pomiędzy lasami z leśnymi świątyniami (choć mam nadzieję, że tu mi się nie miesza z Oswajaniem Drogi, rhehrehre) a atrapami jedzenia, a rysunkowymi instrukcjami wszystkiego, a ceramiką Waszych posiłków w klasztorze... Chyba ceramika wygra. :) No i fakt jedzenia obowiązkowo w szlafroku, czyli zgrabnym kimonie. To, że jednak trzeba jeść niejako z ziemi. :))))


15. Elaja - słusznie, jest różnica. Dzięki za wszystko, Elu. 
Niebo a ziemia, czyli różnica naszych kultur.


16. Orka - mnie też się to podobało. :))
Podobało mi się wszystko - krajobrazy i kultura mieszkańców.


17. Maria Nowicka - drzewa powalały na kolana!
Na mnie wrażenie robiły wszystkie pokazane drzewa, nie tylko sekwoje.



18. Wilddzik - proszę: jeszcze kilka! 
Z Twojej podróży, Gosiu, najbardziej zapamiętałam słodkie sarenki niebojące się w ogóle ludzi. :-)


19. Agnieszka z Żyrardowa - dziękuję, Agnieszko. :)
Swobodny wypas narnego daniela.


20. Agaja - cieszę się, że kibicujesz Robertowi. :)
Tu mam zgryz. Chyba powinnam napisać, że Twoje zdjęcia i celne pod nimi podpisy (plus te geometryczne, nieskazitelne w kompozycji potrawy). Ale też ogromne wrażenie robią na mnie wpisy TCO na "Oswajaniu Drogi". Może dlatego między innymi, że pokazują Japonię bardziej od kuchni?


21. Olga Jawor - cieszę się, że znalazłaś czas na zabawę. :)
Co zrobiło największe wrażenie z japońskich opowieści - toalety japońskie, uprzejmość Japończyków, potrawy jak dzieła sztuki.


22. Alucha - Hai! :)
Uprzejmość i czystość!

Stanowisko do poprawiania makijażu w toa na dworcu w Kioto.
***

Teraz najważniejsze. W klasówce z Japonii wzięły udział aż 22 osoby! Naprawdę nie spodziewałam się takiej frekwencji! Na klasówkę z Irlandii odważyło się tylko 9 osób. Cieszę się, że macie poczucie humoru i dystans do siebie, w końcu słowo "klasówka" jest przerażające, a może i dla niektórych uwłaczające...

Lista absolwentów wraz z wynikami:

 1. Ninka                     7/7
 2. Aga                       7/7
 3. Hana                      7/7
 4. Lidia                     6/7
 5. Echo                      7/7  Co za inwencja, Szalona Babko! ;)
 6. Hersylia                  7/7
 7. Konwalie w kuchni         6/7 (Konwalio, tłumacz się z tych pierożków, o co kaman?)
 8. Iwona A                   6/7 (Żabkę zaliczam, po znajomości.)
 9. Jacek z Legnicy           7/7
10. Ewa                       7/7
11. 3xl                       6/7
12. dorKotka                  6/7
13. Ewa2                      7/7
14. Opakowana                 7/7
15. Elaja                     7/7
16. Orka                      6/7
17. Maria Nowicka             6/7
18. Wilddzik                  2/7 (Aniu, rozumiem, że nie miałaś głowy po tym co się stało.)
19. Agnieszka z Żyrardowa     6/7
20. Agaja                     7/7
21. Olga Jawor                7/7
22. Alucha                    7/7

Oczywiście każda* z osób biorących udział w zabawie dostanie ode mnie pamiątkową drobnostkę, najdrobniejszą z drobnych, a jest nią - tadadam (!!!) wspaniały, rewelacyjny, atrakcyjny zestaw:

landrynka o smaku zielonej herbaty sztuk jedna (hi, hi, hi) + długopis z moim ślicznym logo.

Landrynka jest japońska, prosto z Tokio!


*Każda  - za wyjątkiem tych, które wylosują nagrody główniejsze, większe, lepsiejsze, ale o tym już jutro, bowiem muszę wymyślić jakiś klucz do losowania. W losowaniu tych lepsiejszych, z których trzy są najfajniejsze, a reszta to trochę większe pierdółki jak te landrynki, wezmą udział moi kochani czytacze, który zaliczyli co najmniej połowę dobrych odpowiedzi. :)

Daijōbu desu ka?

Już dziś stawiam wszystkim mrożoną machę i lody. Proszszsz:





To do jutra, pa, pa! :)



PODPIS


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...