Pewnego sierpniowego dnia, za sprawą pana Sławka i jego żony - Asi, przybył Za Moje Drzwi on - zagubieniec rudzielec. Cóż się stało, że oswojony domowy kot pojawił się nagle na wrocławskim osiedlu Popowice? Dlaczego nikt go nie szukał? Kocurek błąkał się, prosił o jedzenie i był przez pewną panią dokarmiany, ale z powodu swojego miłego charakteru biedak miał bardzo pod górkę - to niebezpieczna kraina dla bezdomnych, miłych kotów, a kiedy zastałaby go zima na tej bezdomności, mogłoby być jeszcze gorzej...
Przyjechał więc z panem Sławkiem, po krótkim pobycie w klinice, gdzie został wstępnie przebadany (testy FIV, FeLV ujemne, uff) i gdzie stwierdzono braki w uzębieniu. Szybko okazało się, że rudzielec nie nadaje się do zakoconego kociego pokoju. Bardzo się biedak wkurzył widokiem brykającej na niego kociej młodzieży i trzeba było w te pędy przenosić go do kociego pokoju nr 2.
Wkrótce chłopak, w wyniku składania propozycji przez kocie ciotki na fejsie, otrzymał imiona Franciszek August - bardzo trafne i pasujące. No i zaczął się dla niego trudny czas. Siedzenie całą dobę w samotności nie jest tym, co ten cudny kot lubi najbardziej. On potrzebuje człowieka, tylko aby był, aby można się było otrzeć o nogi i wyśpiewać swoją mruczącą piosenkę, a potem aby wiedzieć, że ktoś jest obok.
Ach, jak on na mnie czekał!
Jak pięknie pokazywał swój charakter!
Niuniałam nad nim i użalałam się, bo okrutnie mi było go szkoda, że taki samotny biedaczek, a wyjścia nie było! Czasem pozwalałam, aby wparowało do niego kocie "muzyczne" rodzeństwo - Tango, Samba i Rumba, ale ich "tańce-hulańce" wkurzały go do czerwoności. Trochę jakby się ich bał, a trochę by im wlał. Ale rozrywkę przez jakąś chwilę miał, że tak do rytmu zakończę. :)
Franiu w nocy popłakiwał, serce mi pękało, więc szłam go wygłaskać - zaraz przestawał, dawał się wypieścić i znów był spokój.




Swoim zwyczajem bardzo się martwiłam, co z nim będzie. To przecież kot niemłody (5-7 lat), najpewniej po jakichś tam przejściach, z przeszłością, której nie znamy. Z jakiegoś powodu przecież stracił dom. Może jest w żałobie po swoim właścicielu, może ma jakieś złe doświadczenia... Takiemu trudniej dom znaleźć. No i ten dom to musi być ekstra. Taki, który będzie się opiekował tym kotem na dobre i złe, który go przyjmie z całym bagażem, bo nie do pomyślenia jest, aby znowu miało go coś złego spotkać. Ja, mimo że taki miły, widzę po Franku jego nadwyrężone zaufanie: np. zbyt przestrasza się gwałtowniejszego ruchu. Nic dziwnego, skoro jako domowy kot wylądował na ulicy... Ma prawo się bać.
A teraz w końcu przechodzę do sedna: wczoraj stał się cud. Ten cud!! Franek już domu nie szuka!
Aaaaaaaaaaaa! Co za historia!
To teraz czas, aby nowy dom Franka przedstawić!
Wszyscy znamy tutaj tę rodzinę i ponieważ mamy wieloletnie doświadczenia i przyjemność, aby obserwować ich miłość i odpowiedzialność, to daje pewność, że Franciszek August nie mógł lepiej trafić!
To ci ludzie dali w 2005 roku dom innemu takiemu biedakowi, co tu dom musiał zmienić z powodu alergii dziecka - czarnemu Bonusowi.
http://dzikakurawpastelowym.blogspot.com/2015/02/bonus-znaczy-premia.html
I obdarzyli go niesamowitą miłością, otoczyli opieką, zrobili wszystko, aby był szczęśliwy i był. A ludzie z nim.
Niestety Bonus chorował, a oni stoczyli ciężką i trudną walkę o jego życie. Przegraną kilka dni temu.
Piszę oczywiście o Lidce i Mieciu z
http://zycieiszycie.blogspot.com/ ,
a posty Lidki o Bonusiku można znaleźć np.:
TU
Domyślałam się, jak wielkim bólem była śmierć Bonusa dla jego ludzi, więc nawet przez myśl mi nie przeszło, aby proponować im innego kota. Zresztą Lidka sama pisała, że żadnego zwierzęcia mieć już nie będzie, a samo to już świadczy o wielkiej traumie... Tym bardziej oniemiałam, gdy odczytałam SMS, że ona i jej mąż myślą o Franiu, bo co to za dom bez kota...
O rany! Nie mogłam uwierzyć, to spełnienie moich snów!

Bardzo, bardzo szanuję ludzi, którzy nie zamykają się w swoim bólu, a którzy chcą, mimo niego, zrobić coś dla innego stworzenia. Rozumiem też inne postępowanie, ale jednak...
Dziś Franek spędzi ostatnią samotną noc Za Moimi Drzwiami (uff!), a jutro wieczorem znajdzie się w swoim domu - 200 km stąd. I tak to zagubieniec trafi do swojego cudnego domu. Czeka tam na niego dwoje ludzi z otwartymi, choć wciąż złamanymi sercami, mieszkanie i osiatkowany balkon, aby już nigdy nie zaginął. Wszyscy będziemy trzymać kciuki za jego aklimatyzację i ich wszystkich szczęśliwy los!
Lidko, Mieciu, dziękuję, dziękuję, DZIĘKUJĘ, i do zobaczenia jutro!
Wygląda na to, że "serce, które mnie kocha", i to razy dwa, zapisał Bonus... Frankowi.