czwartek, 24 stycznia 2013

Zbrodnia w McD

MójCiOn miał ostatnio ciekawą przygodę. Poprosiłam, aby ją opisał. Miało być krótko, a jak wyszło, każdy może zobaczyć. :) Miłej lektury. :))


Czy zdarzyło Ci się, Czytelniku, paść kiedyś ofiarą biernej przemocy z użyciem funkcji, stanowiska lub pozycji?

Nie wiesz, o co chodzi?

No to może znasz scenę z filmu "Poznaj mojego tatę", w której Ben Stiller zrozpaczony i sfrustrowany niedawnym rozstaniem z narzeczoną, zmęczony fizycznie do granic wytrzymałości, staje sam jeden w wielkiej hali odlotów (jest bardzo późna godzina) przed uśmiechniętym obliczem stewardesy odprawiającej pasażerów (czyli jego jedynego) na najbliższy lot? Nie znasz? To idzie dalej tak: Nieszczęsny, zniecierpliwiony i wyczerpany Ben dowiaduje się z komunikatu wydobywającego się w syntetycznym tonie spomiędzy rozchylonych sztucznym uśmiechem warg panienki, że musi poczekać, bo aktualnie odprawiani są pasażerowie wyższej klasy, kobiety z dzieckiem na ręku itp. uprzywilejowana klientela tychże linii lotniczych. Zrozpaczony i skołowany Ben rozgląda się wokół w jakiejś naiwnej nadziei, że tuż obok wyrosła jednak kolejka tych, którzy mają niezbywalne prawo zapakować się do maszyny przed nim, co dałoby mu jakąś wiarę w sens procedury zastosowanej przez wciąż uchachaną, jakby w żadną stronę nieewoluującym uśmiechem, strażniczkę lotniskowego ładu. Niestety, żywej duszy! Ben prosi więc: Kobieto, wpuść! Tu nikogo nie ma poza sympatycznymi nami (tekst dialogu zmyślam z niczego, czyli z głowy, starając się trzymać meritum)! Uśmiech Giocondy pozostaje niewzruszony, ale w zimno-szklistych oczach pojawiają się dwa nagie sztylety. Proszę się cofnąć za żółtą linię! Obecnie odprawiamy pasażerów z prawem pierwszeństwa! (Czy muszę dodawać, że wciąż, oprócz Bena, nikt nie pali się do tego samolotu?) Ben zaciska szczęki, wprawia je w ruch posuwisto-zwrotny, docierając w ten sposób w ciągu minuty przez nabłonek, szkliwo, zębinę do komór swojego uzębienia, ale z grzecznością przyprawioną dymem wydobywającym się z uszu cofa się za rzeczoną linię. Następuje bliżej nieokreślony okres (czasu oczywiście), kiedy między bohaterami sceny zalega tzw. krępująca cisza. Jedynie od strony Bena ciszę tę subtelnie zakłóca niemal niesłyszalny zgrzyt i świst. I kiedy chwila ta zaczyna przeradzać się w wieczność, następuje kulminacja sceny. Panienka pobiera z kontuaru mikrofon i oznajmia przez liczne megafony, bardzo donośnie, całkowicie pustej hali odlotów (oczywiście nie licząc Bena, wpatrzonego wściekle w demiurga swego losu), że pozostali pasażerowie mogą przystąpić do odprawy. Odkłada mikrofon, obdarza Bena nieco szerzej rozciągniętą szczeliną swojego otworu gębowego, wydaje mu kartę pokładową i z urokiem godnym osobowości Barbie życzy mu miłego lotu.
Ta scena ma jeszcze swoje następstwa na pokładzie samolotu. Krótka znajomość stewardesy Barbie z wycieńczonym psychicznie i fizycznie Benem kończy się nieomal zabójstwem ikony plastikowego piękna z rąk naszego bohatera, metodą uduszenia, ale finał ten nie ma znaczenia dla rozwikłania zagadkowego pytania "padniętego" na wstępie.

Domyślasz się zapewne, uważny Czytelniku, że lotniskowe zajście jest dla mnie podręcznikowym casusem biernej przemocy z użyciem funkcji, stanowiska lub pozycji.

Ale dlaczego, pytasz, Czytelniku, to pytanie padło?

Otóż moja skromna osoba miała ostatnio wątpliwy zaszczyt być ofiarą aktu stawiającego mnie na równi ze wzmiankowaną wyżej sławą Hollywood.

W późnej przemierzając Wrocław porze, upewniwszy się zawczasu, że w domu nie czeka mnie żona z obiadem, a jedynie żona jako taka, zdecydowałem się zajechać do nieznanego mi wcześniej przybytku będącego elementem dużej sieci fast (właśc. "fat") foodu, który w skrócie nazwę: McD, żeby się nikt nie domyślił i mnie nie pozwał. :)
Było ciemno, zimno, mokro i cholernie głodno, więc skierowałem się na tzw. drive w celu skonsumowania na szybko, niezdrowo i byle jak tego, co tam szkodliwego serwują. Na drivie natknąłem się na obiecująco, ciepło, sycąco (Boże, jaki byłem głodny!) rozświetlone od wnętrza okienko. Tak jak niestety się spodziewałem (z niewiadomych powodów te pierwsze okienka są w całym nadwiślańskim kraju wykute w ścianie, ale i na stałe zamknięte), okienko oferowało jedynie to miłe oku i żołądkowi światło oraz karteczkę obowiązującą również w całym kraju, instruującą, aby podjechać do kolejnego okienka (czasem są trzy otwory i wtedy sprawy się zapewne komplikują). Jak kazali, tak zrobiłem. Z nadzieją godną wielodniowej uczty podjechałem do wskazanego wcześniej okienka. Jakaż była radość moja i moich ślinianek, kiedy oprócz światła nadziei ujrzałem w okienku uśmiech zlokalizowany obok mikroportu, wkomponowany w górną część sylwetki mojej potencjalnej, incydentalnej karmicielki.
W tym miejscu nadmienię, że w związku z późną porą oraz zapewne w związku ze sztormową pogodą mój samochód był jedynym pojazdem nie tylko na drivie, ale w całej okolicy "restauracji". Zresztą, o ile mogłem z poziomu mojego siedziska zlustrować surowo-kiczowato-plastikowe wnętrze przybytku, kręciło się tam wyłącznie kilka sztuk kolorowo przybranego personelu.
Okienko uchyliło się, owiewając mnie na ogół mocno krytykowanym odorem wielokrotnie używanego oleju, który jednakże w tamtej chwili był dla mnie jak zapach łąk alpejskich, wpadający w nozdrza bohaterek reklam wiadomej czekolady z charakterystycznym motywem fioletu. Walcząc ze ślinotokiem, kierowany nieokiełznaną już żądzą zatopienia siekaczy w czymkolwiek, co spłynie w następstwie do żołądka, złożyłem zamówienie na POWIĘKSZONY ZESTAW!!!
Uśmiech z mikroportem nieznacznie się powiększył, ale wydało mi się, że moje zamówienie przepłynęło przez receptory mojej karmicielki absolutnie niezarejestrowane, niczym neutrino przez skorupę ziemską w drodze z CERN do Gran Sasso w aferze nadświetlnej.
"Czy złożył pan zamówienie do mikrofonu?" - zapytał uśmiech.
"Niestety, przepraszam, nie, bo podjechałem bezpośrednio do tego pierwszego okienka, gdzie był jedynie napis, żeby podjechać tu, do pani. No więc jestem i poproszę o POWIĘKSZONY ZESTAW!" - powiedziała mniej więcej w tych słowach moja zagłodzona osoba.
"Musi pan złożyć zamówienie do mikrofonu, który znajduje się po przeciwnej stronie obiektu restauracyjnego." - zakomunikowała proceduralnie moja nadzieja na pełny żołądek.
Nieszczęśliwie dla mnie moja niezredukowana przez głód spostrzegawczość kazała mi zwrócić uwagę (tym razem świadomą) na mikroport przyczepiony do karmiącego uśmiechu oraz komputer zlokalizowany pod dłońmi, które miały mi wkrótce wydać, w co wciąż jeszcze wierzyłem, paczkę gastronomicznego zbawienia.
"Czy jeśli objadę obiekt dookoła i przemówię do mikrofonu, prosząc tym samym, co w tej chwili, głosem o ten sam POWIĘKSZONY ZESTAW, to pani odbierze to wołanie o ratunek tym genialnym wynalazkiem przymontowanym do pani szlachetnego ucha i wklepie przybyłe przez nieodgadnioną plątaninę kabli zamówienie do widocznego poniżej komputera?" - zapytała w o wiele prostszych słowach moja, co by nie powiedzieć, coraz bardziej kąśliwa osoba.
"Musi pan złożyć zamówienie do mikrofonu." Moja wybawicielka najwyraźniej się zacięła i jakby w wyraz zacięcia przerodził się również jej uśmiech. A może to brak jakichkolwiek innych klientów i spowodowana tym nuda zrodziły w niej chęć podjęcia takiej zabawy w specyficzną odmianę pomidora"? Ja jej: zamówienie/pytanie/wywód/pretensję/skowyt/rzężenie, a ona mi: "pomidor, czyli złóż zamówienie do mikrofonu"!
Mój spryt przerzucił mnie w tryb manipulacji o wyższości logicznego postępowania nad entropią:
"Czy pani nie widzi bezsensowności tej sytuacji, że zamiast przyjąć zamówienie in situ, do żywego ucha, widząc mnie, zalewającego się śliniankowym produktem trawiennym i jednocześnie nie widząc, od kiedy tu jestem, żadnego innego klienta, wrzucić to żywe słowo biegłymi palcy do oczekującej na rozkazy maszyny oraz zapakować czym prędzej tę POWIĘKSZONĄ BUŁĘ, POWIĘKSZONE FRYTY I POWIĘKSZONY PRZECZYSZCZAJACY-WSZELKI-ZARDZEWIAŁY-ZAWIAS PŁYN, że tak nazwę już moje zamówienie po imieniu, a tym samym uratować od śmierci głodowo-frustracyjnej niniejsze wywodzącego, to wysyła mnie pani dookoła wojtek, abyśmy się w tej samej materii skomunikowali z przeciwnych stron obiektu? Jaki to ma sens, proszę pani? Jaka tu i czyja potrzeba jest realizowana? Bo na pewno nie ta, która wydobywa się z pustych i burczących czeluści tu konającego!" - w o wiele krótszym i prymitywniejszym, ale niepozbawionym logiki wywodzie moja osoba zmiażdżyła słuchającą. Teraz już musiał nastąpić nieunikniony moment refleksji, przebudzenia, radości z uczestnictwa w rzeczywistości przyczynowo-skutkowej...
"Niestety, musi pan złożyć zamówienie do mikrofonu." Obok mikroportu znowu pojawił się uśmiech

Nie wiem, skąd w tak niedożywionej w tamtej chwili osobie pojawiła się tak nieokiełznana eksplozja energii. Między uchylonym oknem mojego auta i, wciąż jeszcze, uchylonym okienkiem nr 2 obiektu, przepłynęły armagedońskie fale i treści. Treści te, niemające już nic wspólnego z uporządkowanym światem przyczyny i skutku, bliższe naturze plazmy, z uzyskania której CERN dostałby Super-Nobla, nie podlegają żadnym prawom publikacyjnym w naszym obszarze kulturowym i jako takie zostaną we wstydliwej pamięci piszącego te słowa.

Dosyć na tym, że moja, niedoszła już, karmicielka, tkwiąc wyjątkowo silnie w świecie procedur, życzyła mi miłej nocy, po czym zasuwając okienko nr 2, z powiększającym się wyraźnie uśmiechem, partnerem mikroportu, odwróciła się do przyglądających się tej niewinnej scence przyjaciółek, zanurzając się w oceanie sadystycznej satysfakcji, podsyconej niewątpliwym podziwem koleżanek. Moja klęska była całkowita. Kryształowa logika, skuteczna manipulacja, gra na współczucie - to wszystko rozbiło się w puch o niewzruszoną skałę biernej przemocy z użyciem funkcji, stanowiska lub pozycji.

Jedynym pocieszeniem był zanikły głód...  

Gacek, trochę spóźniony, ale również wniósł swój wkład w spisową Orkiestrę :) 
PODPIS
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...