czwartek, 23 sierpnia 2012

Przyszła kryska na... Ruficzka!

Ruficzek, zwany przez nas z włoska Rufiacci [Rufiaczczi] jest wielkim psem, nawet jak na goldena. Nie ma drugiego takiego w naszej okolicy, w której roi się od psów tej rasy. Dodatkowo, nie oszukujmy się, jest utuczony. Trudno było przypuszczać, że tak się stanie, bo wydawałoby się, że on je niewiele. Ot, miseczkę dziennie, rano 1/3 i po południu resztę. Żadnych resztek ze stołu, nic poza paroma łyżkami mokrego pokarmu, który domieszywałam mu do suchej karmy, żeby było smaczniejsze. Kiedy nastały upały, okazało się, że Rufi jest w gorszej kondycji, niż przypuszczaliśmy. Kiedy MójCiOn brał go na swoje poranne przebieżki, pies potem wyglądał, jakby miał wyzionąć ducha, mimo że dystans był krótki. Kiedy podobnie zaczął się zachowywać po zwykłym dłuższym spacerze, postanowiliśmy go przebadać. MójCiOn wziął go do kliniki na USG serca (wszystko OK) i na badanie krwi, jednak były one niewystarczające i musieliśmy pojechać jeszcze raz, tym razem do naszej wet.


Rufi w samochodzie to jedna wielka kupa nieszczęścia! 



Przerażony wzrok, sztywna pozycja, dyszenie, ślinienie się to jego normalne zachowanie. 


Od małego trzeba było go niemal siłą wsadzać do samochodu, teraz też udaje, że nie jest w stanie wejść i trzeba mu podsadzać tyłek. Nie cierpi jeździć. Są takie psy. 



U wet jest to samo. Jest grzeczny, ale przestraszony jak mały szczeniak. Nie rozumie biedak, co mu robią! A robili mu "kłuj kłuj" z łapki. Próby wątrobowe wyszły dobre, za to ma podwyższony cholesterol.


Skrócę tę opowieść i przejdę od razu do sedna, bo sama jestem zaskoczona i zła na siebie, ale okazało się, że karma, którą dostaje Rufi jest tak zbilansowana, że na psa tej wielkości przynależy się 40 dkg dziennie, a ja od zawsze daję mu... pół kilo... 100 gramów za dużo podawanych latami spowodowało, że Rufi ma 8 kg nadwagi! I to lekko licząc! 


Przyszła więc kryska na naszego matyska i zaczynamy odchudzanie! Dla jego dobra. Do niego dołączy Amisia, która jest już tak żarłoczna, że zjada dosłownie wszystko, nawet gotowanego kalafiora potrafiła poobgryzać! 


Szczęśliwy Rufi zakończył wizytę, a za drzwiami czekał już następny przerażony delikwent. :)


U mojej wetki wisi taki plakat, który zawsze robi na mnie wrażenie: 
"Twój kot może w ciągu roku spłodzić ponad 100 kociąt. Wychowasz je wszystkie?"

Z tym pytaniem zostawiam Was i życzę miłego dnia. :)

środa, 22 sierpnia 2012

Udusić Amisię!

Od razu zaznaczam, że gołąb na zdjęciach nie jest tym z pierwszej części mojej relacji. 
O nim będzie na koniec.


Kto ma koty, ten wie, z czym to się wiąże. Te kochane, ugniatające mruczki, ocierające nam się o nogi, kiedy tylko mają możliwość, zamieniają się w bezwzględnych myśliwych. To właśnie stało się w niedzielę rano i była to jedna z tych chwil, kiedy miałam ochotę udusić Amisię własnymi rękami!
Moja słodka kociczka przytachała do domu gołębia. Oczywiście gołąb żył, wyrywał się i walczył, a ona przeciągnęła go przez klapkę w drzwiach między piwnicą a ogrodem, przez piwniczny korytarz, po schodach na parter i do salonu. Sama jest taka gruba i wielka, że ledwo się w tej kociej klapce mieści, nie mam pojęcia, jak poradziła sobie z tak dużym ptakiem. Oczywiście, że była cała dumna i blada, że dołożyła się do domowego budżetu i że nie jest darmozjadem. Czytałam, że polowanie jest u kotów silnie motywowane przez cechy wrodzone i nabyte. U dzikich kotów jest tak, że matka przynosi kociętom żywą zdobycz i uczy je, jak ją zabijać. Często bulwersuje mnie fakt, że kot zamiast zabić, "bawi się" zdobyczą, zamęczając ją okrutnymi torturami. Nie wiedziałam, że tak postępują zazwyczaj koty, które nie nauczyły się w dzieciństwie od matki zabijać. To wiele tłumaczy. To natura drapieżcy każe kotu rzucić się w pogoń za ofiarą i zatopić w niej zęby. To instynkt każe im łapać to, co ucieka, rusza się, wydaje dźwięki, jednak często nasze udomowione mruczki nie mają potrzebnych umiejętności, by zabić. Dorosłe koty mogą się nauczyć polować i szybko uśmiercać swoje ofiary, potrzeba im jednak do tego czasu i doświadczenia. Kota nie można tego oduczyć - to instynkt silniejszy od niego.

Kiedy więc Amisia przytachała tego biedaka, natychmiast rzuciliśmy się na nią z MójCiJem, żeby ją odgonić. Gołąbek żył, a ja zawinęłam go w szmatkę tak, że wystawała mu tylko główka i natychmiast zadzwoniłam do lekarza. Jest we Wrocławiu pani doktor Anna Opyrchał, która leczy ptaki i inne małe, często egzotyczne, zwierzęta (oprócz kotów i psów). Dobrze, że przypomniałam sobie o niej. Mimo że była niedziela, zgodziła się nas przyjąć. Jestem jej wdzięczna, bo jak bym sobie poradziła? Pojechaliśmy razem z MójCiJem. Gołąbek miał ranę na grzbiecie niewyglądającą na groźną i niestety ranę na skrzydle, na wysokości barku. Wydawał się być w dobrej kondycji. Po przemyciu i odkażeniu ran dostał antybiotyk i zaopatrzeni w leki, zalecenia i pokarm, zabraliśmy go do domu. Ogromnie było nam go żal, to był młody ptaszek. Był, ponieważ nie przeżył nocy. Smutne. 


To już drugi gołąb w krótkim czasie, którego nie udało się uratować. Ten ze zdjęcia został przeze mnie znaleziony w parku. Nie uciekał, widać było, że coś mu jest, więc wzięłam go do domu i próbowałam kurować. Zachowywał się jednak bardzo dziwnie, nie umiał jeść. Wyglądało, jakby nie mógł trafić dziobem w ziarno. Też wylądowaliśmy u tej samej pani doktor. Gołąb miał kręćka - taką chorobę gołębi - zdecydowałyśmy się go uśpić, bo nie miał szans na przeżycie. Też to mocno przeżyłam. Był wyjątkowej urody. Miał takie mądre spojrzenie. Selavi...
Tym gołębiom na moim osiedlu ktoś wynosi wodę w garnkach, żeby mogły w te upały zaspokoić pragnienie.
 Są dobrzy ludzie na świecie!
Z ostatniej chwili: Amisia też ma coś do powiedzenia w tej sprawie TU

wtorek, 21 sierpnia 2012

W.G. Sebald - Poławiacz historii.

Dzień dobry. :)

Z przyjemnością prezentuję Wam kolejną recenzję, którą napisał MójCiOn (namawiam go do założenia bloga literackiego, na razie bez skutku). Wiem, że to mój mąż i może nie powinnam tego tu pisać, ale uważam, że jego recenzje są świetne. Słowa płyną wartko jak woda w rzece, a ja daję im się bez trudu porwać i na koniec żałuję, że się skończyły. 
Dziś recenzja dotyczy autora, a nie pojedynczej książki.


W. G. Sebald - Poławiacz historii. 

W czasach, kiedy w siedzibach ludzkich nie było jeszcze telewizorów ani radia, ba, zamiast komfortowego, elektrycznego światła była kopcąca i mrugająca słabowicie świeca lub ogień w piecu, rzucający rozedrgane cienie na przydymione ściany, kiedy czytanie książek było ekskluzywną rozrywką ze względu na ich niedostępność i powszechność analfabetyzmu, w tych czasach słowo mówione, przekazywane z ust do ust, z pokolenia na pokolenie było warunkiem ciągłego istnienia każdej historii. Żeby istnieć w czasie, historie musiały też przemieszczać się w przestrzeni. Z chałupy do chałupy, ze wsi do wsi, z miasta do miasta. Wyobrażam sobie, że w jakimś ciemnym pomieszczeniu, gdy gawęda właśnie miała się rozpocząć, w przydymionym towarzystwie ognia zapadała cisza, oczy szeroko błyszczały w oczekiwaniu na pierwsze słowo, a usta pozostawały w nieruchomym rozwarciu, jakby to one, a nie uszy miały chłonąć to, co zaraz wybrzmi w gęstym powietrzu. Widzę postać centralną w tym wydarzeniu - tego, który w Polsce nosił miano bajarza lub gawędziarza, we Francji zwał się conteur, w Anglii - storyteller, a w Niemczech - Erzähler, a na którego zwrócone były wszystkie spragnione ciekawostek spojrzenia i który właśnie nabierał głęboko powietrza, aby rozpocząć pierwszy akapit pierwszej historii...

Czemu przedstawiam ten obraz? Ponieważ z ciekawskim pożądaniem małego dziecka, z rozdziawioną buzią, błyszczcącymi oczami i wypiekami na policzkach spotykam się każdorazowo, do tej pory trzykrotnie, z moim ulubionym gawędziarzem - Niemcem z pochodzenia i Anglikiem z wyboru - W.G. Sebaldem. Ze względu na rozproszony na wiele niezależnych wątków sposób narracji jest on właśnie dla mnie współczesnym bajarzem. Niczym detektyw ludzkich losów przemieszcza się po, wydawałoby się, przeciętnych i banalnych europejskich przestrzeniach, które w dzisiejszych zagonionych czasach, oglądane pośpiesznie z okien samochodu czy pociągu, są często dla nas jedynie punktami pośrednimi w służbowych podróżach, nawet jeśli ciekawymi architektonicznie czy krajobrazowo, to anonimowymi i obcymi, i odczarowuje te miejsca dla nas, opisując ich własne historie, które je kształtowały i zmieniały, wydobywając z minionych czasów wydarzenia i postacie, których obecność wpisała się w nie na przeróżne sposoby. Wśród miast, do których Sebald (osobiście bądź za pośrednictwem jego bohaterów) zabiera czytelników, znajdują się Antwerpia, Bruksela czy Willebroek w Belgii, Austerlitz na Morawach, Praga, Pilzno lub Terezin w Czechach, a poza tym: Dublin, Londyn, Lucerna, Amsterdam, Norfolk, ale także, swojsko brzmiące, Kazimierówka, Warszawa czy Lublin. Lista odwiedzanych z nim miejsc wydaje się nie mieć końca. Ani też początku. Ta podróż, ta opowieść, tkana jest z tak mnogich wątków, że szybko na jej kartach traci się poczucie chronologii i nie wiadomo, co było początkiem i dlaczego jest się tu, gdzie zastało czytającego zaskoczenie chwili. W tym swoistym fotoplastikonie wszystko jest ważne, zadziwiające, interesujące. Każdy detal może zwrócić uwagę Sebalda i pochłonąć bez reszty uwagę czytelnika. Może to być fragment architektury, atmosfera prowincjonalnego miasteczka, stara fotografia, nadmorski pejzaż czy jakaś drugoplanowa postać, która efemerycznie przemknie przez kilka akapitów, zostawiając jednak w czytającym nostalgiczną zadumę albo ponadczasową refleksję. I mimo że każda z przeczytanych przeze mnie książek Sebalda posiada swoją narracyjną oś, której nie będę zdradzał czytelnikom niniejszej notatki, kanwę będącą zasadniczym szlakiem podróży, to jednak właśnie te fragmenty jak małe szybki w doskonałym witrażu stanowią o niezwykłym uroku jego opowieści. Każdy z tych wersetów, choćby obejmował jedynie kilka linijek tekstu, a tak u Sebalda z miniaturyzacją bywa, przekazany jest z sercem i wrażliwością, a także wnikliwością będącą szczególnym darem tego poławiacza historii.

Sebald operuje również wyjątkowym warsztatem literackim. Jego słownik jest przebogaty, jego myśli są klarowne, a narracja precyzyjna. Mimo bez wątpienia wkładanego w każdy akapit serca emocje są wyciszone, a logika wyostrzona do granic satysfakcji czytającego. Argumentacja Sebalda jest tego typu, że po przeczytaniu dowolnego fragmentu czytelnik przyznaje, że lepiej by tego nigdy nie wyraził. Czysta przyjemność obcowania z tekstem! Radość z uczciwej mocy słowa! Czytając Sebalda, tak jak kiedyś, wyobrażam sobie, słuchano bajarzy, wpadałem w zachwyt połączony z naiwną nadzieją, że to piękne opowiadanie świata nigdy się nie skończy. Niestety mój mentor zmarł w 2001 roku, na długo zanim go poznałem. Zostawił po sobie krótką, liczącą zaledwie kilka sztuk, listę książek. Trzy z nich, z których wrażenia tu opisuję, to "Pierścienie Saturna", "Austerlitz" (ostatnia, wydana w roku śmierci autora) oraz "Wojna powietrzna i literatura". Przede mną jeszcze zaledwie dwie: "Czuję. Zawrót głowy" oraz "Wyjechali". Obiecuję sobie, że będę je smakował powolutku jak niedawno pitą w Brukseli kawę mojego życia z utopioną w niej gałką lodów waniliowych, małymi łyczkami, ale z jakim zachwytem! Potem wszystkie te historie staną na najważniejszej półce mojej biblioteki, na optymalnie dostępnej wysokości, aby po wielokroć, już przy jakiejś innej kawie, do nich wracać, i wracać, i wracać...

Na deser jeszcze jeden szczegół jego opowieści, wcale albo bardzo rzadko spotykany w dorosłej literaturze: wszystkie jego teksty są ozdabiane wykonanymi lub opracowanymi osobiście przez autora fotografiami. I, jak w bogatym kalejdoskopie, mogą to być miejsca, pejzaże, obiekty, wnętrza, postacie, a nawet mapy. Czy to dzięki tym obrazom, czy też dzięki nostalgicznej, wiele mówiącej o przemijaniu, często wzruszającej narracji czułem się jak przeniesiony w dzieciństwo, wpatrzony w bajarza, świadek niezwykłej podróży.


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Oddawać moje dwa koty i psa

... bowiem się odkochałam! 
Poszłam zobaczyć moją "miłość", dla której niedawno straciłam głowę i ona dalej wisiała na wieszaku. Popatrzyłam nowym okiem. I co? I pstro! Wyszło szydło z worka! Opadły łuski z oczu i zobaczyłam jej wady w całej okazałości! Z czym do ludzi?? Z tym czarnym kolorem? Z tą wełną, do której wszystko będzie się czepiać? No i to wcięcie w pasie! Buachacha! Koń by się uśmiał! Ten płaszcz się dla mnie nie nadaje! Jak mogłam tak myśleć, stara, a głupia!
Trenu z tyłu ci się zachciało, próżna kobieto? Zaszewek, kapturów, pomarszczeń? Chcesz zdobyć szlify dzidzi-piernik? Żałosna jesteś!


I podczas gdy przemawiałam do siebie tymi miłymi, wspierającymi słowami, mój wzrok padł na brązowe cudo, bez żadnych kapturów i pomarszczeń. Na manekinie wyglądało zaje...iście! Metka mówiła też, że jest dwa razy tańsze!


O rany! To najpiękniejszy płaszcz na świecie! Styl sportowa elegancja! Styl miłośniczki koni! Mój styl! To nic, że dopiero od tej chwili, ale przecież żyłam dla tego płaszcza! To już na pewno będzie strzał w dziesiątkę - pomyślałam i…


kupiłam!

I to byłby koniec tej historii, ale pokazałam płaszcz jednej koleżance:
"Hmm, nooo faaajny, ale ten kolor!"
Pokazałam go drugiej:
"Wyglądasz jak własna matka! Może załóż niebieską apaszkę, albo czerwoną?"
Wzięłam do pracy i pokazałam trzeciej:
"Fajny, dobrze leży na tobie, ale ten brąz mi się nie podoba, taki sraczkowaty jest..."

W tym momencie wiedziałam już, że nie będę lubić tego płaszcza, więc pojechałam do sklepu i ... oddałam go. W tym roku koniec z płaszczami. Tak postanowiłam, szczególnie po przejrzeniu szafy i przypomnieniu sobie, że mam bardzo fajną czarną kurtkę, do której nie czepiają się kłaki.

Miłego tygodnia :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...