Bo dzień drugi i trzeci. Widzę, że muszę naparzać, gdyż normalnie nie nadążam. Nasi w Japonii wcale sobie nie odpuszczają, żadne zmiany stref czasowych im niestraszne, żadnego czasu na adaptację nie potrzebują. I jeszcze mają siedem godzin do przodu! To jak ja mam wyrabiać? Sklejam dziś piątek i sobotę, a u nich już niedziela wieczór! Mało tego - kiedy post się ukaże, będzie czas porannej poniedziałkowej kawy, gdy tymczasem u naszych globtrotuarów będzie się zbliżać pora na jakąś strasznie pikantną, gęstą zupę z tofu i makaronem. Nie wspominając o kolejnych przebytych kilometrach i dziesiątkach (jeśli nie setkach) zdjęć. ;)
A żeby jeszcze ten cały Blogger słuchał mnie bez szemrania. A to nie, coraz to staje okoniem i robi mnie w bambuko (stąd między innymi już od wczoraj wisi zapowiedź tego posta, za co uprzejmie szanowną blogosferę przepraszam). Ale już go chyba rozgryzłam (tego Bloggera), a przynajmniej nadgryzłam. :)
A teraz Gosia korespondentka. :)
9 maja, piątek:
Bardzo intensywny dzień drugi za nami. Bardzo, bardzo fajny. Już cieszę się ogromnie, że tu jestem, że będę na wakacjach tak długo. Nie musieć iść do pracy, nie martwić się o zakupy, czy co ugotować na obiad - jakie to przyjemne!
A żeby jeszcze ten cały Blogger słuchał mnie bez szemrania. A to nie, coraz to staje okoniem i robi mnie w bambuko (stąd między innymi już od wczoraj wisi zapowiedź tego posta, za co uprzejmie szanowną blogosferę przepraszam). Ale już go chyba rozgryzłam (tego Bloggera), a przynajmniej nadgryzłam. :)
A teraz Gosia korespondentka. :)
9 maja, piątek:
Bardzo intensywny dzień drugi za nami. Bardzo, bardzo fajny. Już cieszę się ogromnie, że tu jestem, że będę na wakacjach tak długo. Nie musieć iść do pracy, nie martwić się o zakupy, czy co ugotować na obiad - jakie to przyjemne!
Nasza stacja przesiadkowa
Japończycy grzecznie stoją na wyznaczonych dla wsiadających miejscach.
Dziś już podróżowaliśmy metrem i pociągami z o wiele większą wprawą. Oczywiście to dzięki Robertowi, bo ja bym raczej zginęła marnie. Kiedy o mało nie wysiadłam przez pomyłkę na jakiejś stacji sama, uśmialiśmy się, że R dokonałby przypadkiem doskonałego pozbycia się żony. Już nigdy bym się nie odnalazła, bo nie wiem nawet, gdzie mieszkamy. Nazwy dzielnicy wymówić nie potrafię, a telefon mi się wyładował z racji ciągłego umieszczania zdjęć na Instagramie! Postanowiłam nosić ze sobą adres - na wszelki wypadek. :)
A swoją drogą fajny ten Instagram, zaczynam go coraz bardziej lubić. Dostałam mejle, że miło jest iść z nami jego śladem.
Ty też idziesz tam z nami, Jolu? :)
Zaliczyliśmy zwiedzanie słynnej dzielnicy Asakusa, znanej ze ślicznych i bogatych w towary uliczek handlowych, a przede wszystkim shintoistycznego chramu Meiji.
Powłóczyliśmy się wokół świątyni, podglądając tamtejsze zwyczaje, a nawet uczestnicząc w nich - skorzystaliśmy z shintoistycznej wróżby i obojgu nam wyszła niestety zła przepowiednia. Nic to jednak! Wystarczyło karteczkę z kabałą złożyć w paseczek i zawiązać na wystawionym do tego celu wieszaku - zła wróżba już odczarowana. Bardzo wygodne. :)
Potem podziwiając prześliczne tereny zielone obok świątyni, udaliśmy się na obiad. Tym razem udało nam się zjeść naprawdę pysznie, bardzo japońsko. Podglądanie jedzących Japończyków to przyjemność. Podczas gdy my zadowalamy się dwoma-trzema półmiskami, im obsługa donosi wciąż nowe potrawy. Potrafią zamawiać wiele razy, aż dziw bierze, gdzie to mieszczą. To wszystko jest przeważnie podlane dużą ilością piwa. Już drugi raz, gdy wracamy wieczornym metrem, mamy wątpliwą przyjemność wdychania alkoholowych oparów i oglądania wielu zawianych pasażerów. To też część folkloru. :)
Kolejne spostrzeżenia:
- dziś, w samym centrum miasta, było już bardziej kolorowo, jeśli chodzi o ubrania, choć podtrzymuję główną charakterystykę tokijskiej ulicy, o której pisałam poprzednio,
- wszędzie jest bardzo czysto; doszukałam się jednego peta, jednego plastikowego kubka w metrze i tam też kilku papierków. Na ulicach, na stacjach metra można jeść z chodników! :)
- gościnność i uczynność tych ludzi jest wielka. Znów kolejny pan zainteresował się zagubionymi w sklepie z elektroniką (szukaliśmy karty sim do rozmów telefonicznych lokalnych) gaijinami i obszernie udzielił nam informacji, a potem zaprowadził do sklepu, gdzie kupiliśmy kartę telefoniczną do korzystania w budkach telefonicznych i jakby tego było mało, zaprowadził nas do budki, żeby pokazać, jak z niej korzystać (tak samo jak wszędzie, he, he). :)
Kącik samochwały:
- odbyłam dziś rozmowę z inną gaijdżinką po angielsku w... toalecie na stacji metra. :) Przy okazji wspomnę, że toaleta ta jest bardzo higieniczna, ponieważ jest w stylu arabskim: dziura w podłodze, na dodatek spłukuje się automatycznie, więc nie trzeba niemal niczego dotykać. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
Whera are you from?
I'm from Poland.
Oh! For how long are you here?
Today is my second day in Tokyo.
How do you like it here?
Many people...
Many very nice people. -:)
I'm from Poland.
Oh! For how long are you here?
Today is my second day in Tokyo.
How do you like it here?
Many people...
Many very nice people. -:)
To prawda, człowiek czuje się tu bardzo przyjaźnie i bezpiecznie.
Uch, jestem z siebie dumna, że wydukałam te trzy proste zdania. :)
Aha! I zapomniałam, że przeżyliśmy nagłą i niezapowiedzianą burzę. Naraz zagrzmiało, zaryczało i zerwał się niesamowicie porywisty wiatr. Wszyscy zaczęli uciekać i chować się pod zadaszeniami, a wielu ludziom połamało parasolki. Powiało tak mocno, że nie można było iść! Szybko przeszło, ale było strasznie. :)
I jeszcze fotka z czwartku - bo takie ładne te tablice z krzakami.
Auta też grzecznie stoją w wyznaczonych miejscach. Całkiem jak Japończycy. ;)
10 maja, sobota, 15:53 - Gosia pisze:
Cześć, Jolu!
Jest 21:30 i jesteśmy w domu. Powiedzenie, że nogi wchodzą w doopę ze zmęczenia, jest jak najbardziej życiowe i prawdziwe. Dziś czuję to wyraźnie. Kostki mam opuchnięte jak balony, bolą mnie stopy, łydki, kręgosłup i kolana. Nachodziliśmy się jak jacyś pielgrzymi! Teraz jeszcze Robert poszedł spotkać się z naszym gospodarzem, Japończykiem Koji, od którego wynajmujemy nasze mieszkanko. Musi załatwić przechowanie roweru i dużej walizki przez miesiąc. Współczuję mu, że musiał iść, bo dziś naprawdę daliśmy sobie w kość. Przemierzyliśmy chyba setki kilometrów metrem i dziesiątki piechotą, przemieszczając się między dzielnicami Tokio i ich atrakcjami.
Najważniejsze wydarzenie dnia to wizyta w teatrze kabuki. O ile samo przedstawienie to dla kogoś, kto nie rozumie ni w ząb języka, nic ciekawego, to sama organizacja przedstawienia, przyjmowania gości, począwszy od kupowania biletów, poprzez wprowadzanie ich na salę, udział w widowisku, aż po zachowanie obsługi i widzów podczas spektaklu to temat na osobną, długą i bardzo ciekawą relację (mam nadzieję, że Robert to opisze z właściwymi sobie zacięciem i wnikliwością). Z racji nieznajomości języka przedstawienie to takie "chińskie kazanie", ale i treść dość banalna. Z folderu wiemy, że opowiadało ono o rybaku, który mimo że poprzysiągł sobie nie pić, to pod wpływem osobistej tragedii upija się i robi aferę na dworze możnego pana (daimyo). Głównie dłużyzny. Teatr kabuki ma długą i ciekawą historię, więc Japończycy odbierają go na pewno inaczej. W każdym razie śmiali się czasem w głos.
Sala teatralna to kilkupiętrowa otwarta przestrzeń z mnóstwem siedzeń. My siedzieliśmy na samej górze i miałam trochę problemów z lękiem wysokości i przestrzeni. Mimo to cieszę się, że dane mi było to widzieć.
Przed teatrem natomiast, na jednej z głównych ulic miasta, bardzo dużo dziś ludzi. Tym razem widziałam całe mnóstwo pięknie ubranych kobiet i mężczyzn, niezwykle eleganckich, szykownych, w brylantach i perłach, na bogato i modnie. Wiele kobiet w kimonach. Wielka szkoda, że te piękne stroje, w których kobiety wyglądają jak barwne kwiaty, nie są ich strojem codziennym, że strój europejski wypiera tę zachwycającą tradycję. Może zresztą tak nie jest, może ona jest kultywowana, a Japonki zdają sobie sprawę z tego, jak zjawiskowo wyglądają ubrane w jedwabie, przepasane szarfami, z przyozdobionymi włosami. Co ciekawe, kobiety, które widziałam, zdawały się czuć bardzo wygodnie w opływających je miękko kimonach, co kłóci się z moim o tym stroju wyobrażeniem.
Widziałam tylko jednego mężczyznę w tradycyjnym męskim stroju, pięknym, szarym kimonie, i to też był bardzo miły dla oka widok.
Potem pojechaliśmy, metrem oczywiście (to miejsce, gdzie spędzamy zdecydowanie najwięcej czasu), na wieżę widokową do rządowych budynków Tokio Tocho, znajdujących się w dzielnicy Shinjuku, gdzie podziwialiśmy miasto z lotu ptaka - z wysokości 45. piętra. Wjazd na wieżę jest darmowy i najważniejsze, że bez kolejki. Z góry dobrze było widać, że jesteśmy w największym mieście na ziemi. Ogrom Tokio przykuwa wzrok. Miasto ciągnie się w każdą stronę aż po horyzont. Widać, jaką jest wielką, betonową dżunglą, mimo kilku zielonych plam - parków. Dla mnie to przerażające, jakoś tragiczne i przykre.
Widok na bezkresne miasto.
Myślę o tym, że praktycznie nie ma tu zwierząt, ani dzikich, typu ptaki (widzieliśmy tylko wróble i gołębie przy świątyni Senso-ji w Asakusa), ani domowych. Widziałam kilka kotów (do dziś 4 sztuki) i kilka psów. Jak na wielomilionowe miasto to niewiele, przyznasz sama. Z góry i od razu żal mi tych zwierzaków. Koty muszą przemykać pomiędzy budynkami w ciasnych uliczkach, a psy to jakieś ofiary ludzkiej próżności: żywe zabawki. Wystrojone w ubrania, wożone w wózkach, z kokardami na głowach. Dla mnie to kolejny przygnębiający widok i powód do nieoptymistycznych refleksji.
O ile ludzie są tu wyluzowani, spokojni, nieprawdopodobnie zdyscyplinowani i przyjaźni (kolejny Tokijczyk podszedł dziś do nas i pomógł nam, widząc nas zagubionych), o tyle wydaje mi się, że nie ma miejsca dla zwierząt w tym betonowym świecie. To, co tak męczy, to, co czuję teraz w głowie, to to mrowie ludzi, które dziś przewinęło się przed moimi oczami. Pełne wagony kolejki, pełne ulice, pełne wnętrza budynków. Gdyby ci ludzie byli napastliwi czy nietaktowni, stanowczo nie dałoby się tu wytrzymać, a tak... Czy uwierzysz, że w metrze nie usłyszysz ANI JEDNEGO dzwonka telefonu? ANI JEDNEGO esemesa? W metrze, mimo czasem gęstych tłumów, panuje cisza! Jeśli ktoś rozmawia, to półgłosem, jednak przeważnie każdy jest zajęty sobą - albo czyta, albo grzebie w telefonie, albo śpi. Panuje miła cisza, przerywana komunikatami o bieżących i nadchodzących przystankach, o miejscach, w których należy się przesiąść na inną linię, nawet o stronie, na którą otwierają się drzwi na następnej stacji. Czy uwierzysz, że w całym mieście jest nieprawdopodobnie czysto, że w metrze, na stacjach metra, w toaletach publicznych wszystko wręcz lśni czystością? Japończycy muszą przeżywać szok nawet w Europie, o innych Indiach nie wspominając...
Lśniąca czystość w metrze.
Na koniec dnia, po pysznym obiadku w bardzo prostym i tanim barze, pojechaliśmy jeszcze oglądać targowisko próżności i pokaz nastoletniej mody na słynną ulicę Harajuku, gdzie w niedzielę można spotkać młode dziewczynki, tzw. cosplayerki (http://en.wikipedia.org/wiki/Cosplay), na mostku w Harajuku. Mimo że dziś sobota, widzieliśmy kilka takich przebierańców, i jak dla mnie to wystarczy. Tłum taki, że nie da się przejść!
Dzielnica Harajuku.
I tamtejsze tłumy.
To na razie tyle. Jutro kolejna wielka atrakcja, czyli sumo!
PS. Zapomniałam dopisać, że na ulicy nie zobaczysz człowieka z papierosem! Piękna sprawa. :)
Dobraaanoc...


