poniedziałek, 4 lutego 2013

Życie z PASZCZĄ

Miałam zatytułować ten post: weekend z PASZCZĄ, ale to nie byłoby zbyt precyzyjne, choć rzeczy, które ona wyprawia podczas wolnych dni, rzeczywiście przechodzą ludzkie pojęcie. 

Czy Wy jesteście spójni i jednolici? Składacie się z jednej tylko osoby czy też mieszkają w Was różne? Poznaliście już część mnie zwaną ZWUB, w sumie całkiem niegroźną (w porównaniu), oraz panią ukrytą pod skrótem SAGNEK, którą to nawet darzę sympatią (choć sprzątać po niej bywa ciężko). Dziś przyszło mi odsłonić przed Wami najbardziej przerażającą i odrażającą część mojej osoby. Część, której szczerze nie lubię i chętnie udusiłabym ją gołymi rękami, gdybym tylko przy okazji tej operacji sama nie była narażona na stratę życia! Nazwanie jej częścią mnie jest nieprecyzyjne, bo ta wredna osoba wypełnia mnie niemal w całości, a już na pewno stanowczo za często przejmuje nade mną absolutną władzę. Istnienie jej zostało pewnego dnia ujawnione przez MójCiOnego, który w odpowiedzi na moje marudzenie i jojczenie po kątach „ja chcę coś słodkiego, oj, jak bym zjadła coś słodkiego”, spytał: Ty czy PASZCZA? Wtedy to właśnie blask zrozumienia spłynął na mnie jak grom z jasnego nieba i istnienie PASZCZY stało się oczywiste! Mało tego. To wytłumaczyło wiele z mojego życia. Powiązałam ze sobą fakty i nagle wszystko stało się logiczne i jasne. To ciągłe tycie, to torpedowane odchudzania, ta niemożność utrzymania, jako takiej, wagi! No tak, już rozumiem! To nie ja, to PASZCZA!

PASZCZA raz ujawniona straciła całą swoją tajemniczość, nie znaczy to jednak, że jej wpływ na mnie uległ osłabieniu. Jest to wyjątkowo wredna, przebiegła i zaparta baba. Żmija może się przy jej podstępności schować! PASZCZA działa z ukrycia, ma przemyślane sposoby i co najgorsze, zna mnie jak łysego konia, więc wie, gdzie i jak nacisnąć, aby uzyskać pożądany efekt. Potrafi na przykład kombinować już od rana: wstać lewą nogą, po czym załamać się, patrząc w lustro, wkurzyć się na psa, który (jak co dzień) rozchlapał wodę, nakrzyczeć na kota, bo wlazł na stół (jakby to było coś dziwnego), potem w pracy nakręcać się z każdą chwilą mocniej i mocniej. Ludzie, z kim ja muszę pracować – myśli PASZCZA (choć mnie się wydaje, że to ja myślę i że to wszystko ma sens). Wszyscy robią wszystko nie tak! Co za ludzie! Ręce i nogi opadają! W tych warunkach wcale nie da się pracować. Ba! Wcale nie da się żyć! I te późniejsze obowiązki! Po pracy trzeba iść na zakupy, ugotować obiad, wyjść z psem. Przecież to załamać się można! Przecież to mnie przytłacza i zniewala… 

Co robi dalej PASZCZA, kiedy już udało jej się przygotować sobie grunt, czyli jestem zła, smutna i rozdrażniona? Pod pretekstem zrobienia zakupów na obiad udaje się na placyk do kiosku pani Izy i jakby nigdy nic mówi moim głosem: poproszę dwa prince polo, jedną chałwę waniliową, nie, nie tę małą, tę dużą, oraz dwadzieścia deko krówek ciągutek. Co dzieje się dalej, kiedy PASZCZA ma już te zakupy „na obiad” ze sobą? Tak, tak, wraca wolnym krokiem do domu, unicestwiając je po kolei tak skutecznie, że za chwilę nie ma po nich śladu… Czy PASZCZA jest wtedy zadowolona? Czy została zaspokojona i poszła precz? Niestety. Nie ma lekko. Zadowolenie jest tylko chwilowe. PASZCZA kombinuje nadal. Mówi tak: ok, dziś już i tak nagrzeszyłaś. Dziś nie ma co się już powstrzymywać. Zaczniesz od jutra. O, tak! Jutro już z całą pewnością będziesz rozsądna, zadbasz o warzywa i owoce w diecie, dostarczysz organizmowi odpowiednią ilość białka i węglowodanów, a już na pewno, na milion procent, nie tkniesz ani jednego słodycza. Zero cukru. Cukier jest be. To już OD JUTRA. A dziś? Hmm, może upiec jakieś ciasto, może przeszukać zamrażarkę, bo a nuż uchowały się jakieś lody, a w ostateczności może znajdzie się choć nutella, to będzie można ją wyjeść łyżeczką wprost ze słoika. Mmmm, jaka ona dobra, tylko dlaczego nie można jej zjeść zbyt wiele? Jakie to niesprawiedliwe! Ja tylko dziś, jeden dzień mam przerwę w diecie, tylko dziś pozwalam sobie na takie szaleństwo, a tu proszę; mdli mnie, nie mogę zjeść za dużo… Okropność. Pech. Prawdziwy pech! I tak to PASZCZA przygotowuje sobie grunt pod dzień następny, w którym będzie mnie przekonywać, że dziś wszystko wolno, bo już OD JUTRA… Dlatego ten post nie mógł się nazywać „weekend z PASZCZĄ”. Weekend to dla niej za mało. 

Nie cierpię szczerze tej poczwary. 

Pisałam niedawno o tym, że mam obawy, co to będzie, gdy się okaże, że jestem inna, niż myślą moi czytacze. No i wydało się! A to jeszcze nie koniec!


Miłego tygodnia!


PODPIS

sobota, 2 lutego 2013

Całowanie klamki...

u Anki Wrocławianki, czyli, jak mówi pewna największa gaduła, której imię zaczyna się na "A", a kończy na "lucha", przerwa potrzebna dla zdrowia psychicznego :)
Myślę, że uczynię to swoją regułą, że weekendy będą bezblogowe.
Tymczasem zostawiam Was z czymś do uśmiechu i znikam!


źródło: http://deser.pl/deser/51,111858,13285457.html?i=0&bo=1

Bawcie się dobrze. Do poniedziałku! :)

PODPIS
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...