Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr noh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr noh. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 maja 2014

Nietutejsza gejsza na tutejszym rowerze :)

Dziś kolejny odcinek podróżniczego... serialu. Sobotni wpis dotyczył wycieczki do Nikko oraz ostatnich godzin w Tokio, a rozstaliśmy się z wędrowcami tuż po ich dotarciu do tymczasowego lokum w Kioto. Mamy lekkie opóźnienie z powodu utrudnionego dostępu do bezpłatnego internetu, przez co Gosia rzadziej wysyła do mnie sprawozdania. Dodatkowo w niedzielę zbuntowała się moja poczta i przez kilka godzin więziła wiadomości, aż Gosia zaniepokojona moimi "ponaglającymi" mejlami pytała już nawet za pośrednictwem Instagramu, o co mi, kurna, chodzi! :) Listy i zdjęcia w końcu dotarły i wreszcie mogę rzucić coś na żer tym, którzy z zaciekawieniem śledzą naszych w Nipponie. Ciekawe, ilu jest takich. :) Nie ma zbyt wielu komentarzy, ale to zrozumiałe - dla niezainteresowanych barierę może stanowić już obszerność tych relacji, a przecież i tematyka nie każdemu odpowiada. W moim przypadku zażarło.  A w życiu bym się nie spodziewała! :)
***

15.05.2014 Kioto

Przybyliś do drugiego na naszej drodze przystanku. To dawna stolica Japonii – Kioto, która w ostatniej chwili ocalała od bomby atomowej w czasie drugiej wojny światowej i dlatego mogliś ją oglądać. :) Kioto jest osłonięte z trzech stron przez zalesione urocze góry (Higashiyama, Kitayama i Nishiyama, o wysokości dochodzącej do 1000 m n.p.m). Miasto założono w widłach utworzonych przez rzeki: Kamo i Katsura. Ze względu na wznoszące się wokół miasta góry, Kioto słynie z parnych letnich nocy z całkowicie nieruchomym powietrzem. Na stokach wzgórz oraz u ich podnóży położonych jest wiele rezydencji i świątyń. Jest to miasto tysiąca świątyń - i to prawda! 
Tyle wiadomości z encyklopedii, a teraz po ludzku, czyli po mojemu.

Jakie jest Kioto? Na pewno inne niż Tokio. Bardziej prowincjonalne, mniej zdyscyplinowane, mniej garniturowe, bardziej zwyczajne. Na pierwszy rzut oka podczas godzinnej trasy autobusem z dworca kolejowego do naszego mieszkanka - brzydkie. Ohydne bloki, nieciekawe domy, każdy inny, każdy betonowy, bury i szary, wszechobecny brak zieleni, plątanina kabli elektrycznych – naprawdę nieciekawie. A jednak po trzech dniach tutaj stwierdzam, że Kioto da się lubić, a i uroczych zakątków mu absolutnie nie brakuje. Nie można opierać się na pierwszym wrażeniu. Mamy np. świetne trasy rowerowe wzdłuż rzek Kamo i Katsura.

Trasa rowerowa przy rzece Kamo.

Jadąc sobie na rowerach (są one dodatkiem do wynajmu naszej klitki-mieszkanka), możemy podziwiać czaple, żurawie, kaczki i inne nieznane mi ptactwo. Widać też sporo drapieżnych ptaków - być może myszołowów. Licznie obsiadają one niektóre budynki, lampy uliczne i krążą w okolicach mostów, głośno nawołując.


Nie wiem, jak w takiej sytuacji ptactwo może odchować swoje dzieci, ale widziałam kilka kaczych rodzin.

Trasą tą można dojechać do centrum miasta, a tam toczy się życie światowe, a zwłaszcza studenckie. Ludzie siedzą na brzegu, grają grajkowie, miesza się międzynarodowy tłum ludzi, widać dużo Japończyków w narodowych strojach, nie tylko kobiet. Tam też jest słynna dzielnica gejsz Gion z mnóstwem restauracyjek, sklepików, miejsc schadzek, a także teatrem. Dziś (16.05.2013) mieliśmy okazję podziwiać jeden z kobiecych spektakli. Mimo niezrozumienia ani jednego słowa, śpiewna melodia głosów aktorek naśladujących głos dziecka, wystudiowane ruchy i piękne stroje warte były obejrzenia.






Mamy też w okolicy świątynię z pięknym ogrodem - miejsce pielgrzymek i spacerów nie tylko turystów. Świątynia jest poświęcona bogini grzmotów. Z braku innego miejsca przybiliśmy pamiątkową pieczęć świątyni na… moim przedramieniu. Jak nic oznacza to, że teraz będę mogła czasem grzmotnąć MCO, i to w majestacie boskiego prawa, he, he.

Wczoraj do tej właśnie świątyni szedł ulicami doroczny marsz poświęcony kwiatom malwy. Niestety padał deszcz, co nie przeszkodziło nam odetchnąć jego egzotycznym (marszu, nie deszczu, choć deszcz też był egzotyczny, taki jakiś cienki…) klimatem. Trochę zdjęć jest na Instagramie, gdzie nieustannie zapraszam.

Festiwal Malwy.





Tłumy gapiów towarzyszące pochodowi.
Konie i ludzie - zgodnym krokiem.


Tradycyjne obuwie chyba średnio sprawdzało się w deszczu.

Stópki. :)

Czy wiedzieliście o tym, że w Kioto jest niesamowity dworzec kolejowy (http://pl.wikipedia.org/)? Osobiście wolę stare dworce, takie jak ten we Wrocławiu, ale ultranowoczesny i pomysłowy budynek dworca w Kioto zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Otarłam się o wielki świat! Budynek recepcyjny dworca należy do najwybitniejszych dzieł współczesnej architektury kolejowej na świecie (może to zainteresuje Lidię). Liczba odprawianych tam na godzinę pociągów, łącznie z shinkansenami, przyprawia o zawrót głowy, jednak to bryła dworca jest godna podziwiania i zrobienia tam sobie punktu przystankowego na zwiedzanie.

Za Wikipedią: Bogata forma nadana obszernej przestrzeni cyrkulacji pieszej daleko wykracza poza uwarunkowania funkcjonalne - jest przede wszystkim wystudiowaną kompozycją perspektyw, wglądów, panoram, otwarć i indywidualnie projektowanego detalu. Z perspektywą schodów oglądanych z hallu głównego, które znikają w rozświetlonej perspektywie tarasu widokowego, może równać się mało który motyw architektoniczny dworca kolejowego. Koniec cytatu.

Jedną z atrakcji tego obiektu są podświetlane schody, na których zaprogramowano pokaz świetlnych obrazów. Towarzyszy temu miła dla ucha, kojąca muzyczka, i jest elementem rzeczywiście zatrzymującym w biegu. Największa atrakcja jest na samej górze. Są to „podniebne ogrody” z otwartą perspektywą na miasto Kioto.Widok jest śliczny, szczególnie nocą. Widać miasto zamknięte wśród wzgórz. Widać, że jest kameralne, niewielkie.



Tu widać, jak Japończycy grzecznie stoją w kolejkach do autobusów - na linii.

Przez ostatnie dwa dni mam kryzys. Najpierw był psychiczny. Poczułam się ogromnie zmęczona tym całym podróżniczym napięciem, ludźmi wokół, nieznanymi sytuacjami, oczekiwaniami, chęcią zapamiętania wszystkiego, sprostania wyzwaniu. Poczułam, że muszę odpocząć, bo dłużej nie mogę. Wróciliśmy do domu, a ja padłam jak kawka.

Dziś (16.05) z kolei miałam kryzys fizyczny. Bolało mnie całe ciało, kręgosłup, kolana, głowa… Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej, bo przed nami jeszcze mnóstwo wrażeń.

***

17.05.2014

Zanim wysłałam ci, Jolu, poprzednie notatki, kolejny dzień minął. Podążając za spełnianiem marzeń Roberta, trafiliśmy do teatru noh na spektakl składający się tradycyjnie z trzech części. Mogę śmiało napisać, że to było najgorsze, dla mnie wręcz traumatyczne, przeżycie podczas pobytu tutaj. Jestem osobą dość specyficzną, jeśli chodzi o odbiór muzyki. Niektórych dźwięków nie trawię i sprawiają mi one po prostu psychiczny ból. Miałam kiedyś atak paniki na koncercie jazzowym, kiedy to trzech facetów z trąbami (tak ich nazywam) improwizowało i wpadło w swoistą kakofonię dźwięków. Zrobiło mi to takie coś w środku, że wybiegłam roztrzęsiona, depcząc ludziom po nogach i długo nie mogłam uspokoić fizycznego roztrzęsienia.

Taki spektakl teatru noh to rzecz dla twardzieli. Oczywiście wiem, że to tradycja, że wszystko, co się tam dzieje, ma swoje uzasadnienie, wytłumaczenie, ale dla mnie jako laika, na dodatek z innej planety, bo gaijina, to była trauma nad traumami. Teraz sobie ulżę i opiszę, co czułam.

Dla mnie to połączenie szpitala dla obłąkanych z akademią ku czci oraz nabożeństwem w kościele katolickim. Na tle „orkiestry” składającej się z czterech facetów, grających na jakimś rodzaju fletu i bębenkach oraz wydających z siebie opętańcze odgłosy, czasem coś jak wycie wilków, kojotów i innych hien, czasem jęki, czasem pohukiwania, stękania, odbywa się gra aktorów, którzy wystrojeni w wielkie wyprasowane stroje (piękne) i często w maskach na twarzy poruszają się w ślimaczym tempie, nie odrywając stóp od podłoża, w postawie jakby połknęli kij, i kiedy już (po wlokących się godzinach oczekiwania) dotrą do celu, czyli na scenę, zaczynają swoją kwestię, wpół recytują, wpół wyśpiewują, trochę jak ksiądz w kościele. Oczywiście po japońsku, a nawet chyba starojapońsku (widownia ma książeczki z tekstem, który czyta podczas spektaklu). Skojarzenie ze sztywną akademią szkolną, gdzie jeden recytuje, reszta stoi i słucha z ponurymi minami, narzucało mi się samo. Kiedy jakoś wytrwałam akt pierwszy (1,5 godziny), przetrwałam akt drugi (był krótki i inny – komediowy) i zaczął się akt trzeci, który był powtórką z pierwszego (to samo wycie, te same bębny, te same ruchy), coś się ze mną stało. Wiedziałam tylko jedno – muszę się jak najszybciej stamtąd wydostać. Uciec, zanim zginę w tym piekle dźwięków raniących mnie do samego dna duszy i sprawiających, że drżałam na całym ciele. Poczekałam na MCO na korytarzu, ale do samego wieczora nie mogłam już odzyskać spokoju. Te dźwięki wwierciły mi się w głowę, poraniły moje uszy, poszarpały nerwy. Do teraz moja dusza zwija się z bólu na wspomnienie tego wydarzenia – najgorszego podczas pobytu tutaj. Trwało to ponad 4 godziny… Na sali nie było innych obcokrajowców. Jeśli jest piekło, to dla mnie ono ma postać teatru noh.

Jest to moje osobiste wrażenie, indywidualny, specyficzny odbiór. Robert był zachwycony. Wiem, wiem, jestem ignorantką. Hm. :)

***

18.05.2014

Znów kolejny dzień za nami. Dzień przepiękny! Ach i och - po stokroć. Mieliśmy w planie zobaczyć słynną na cały świat Złotą Pagodę, ale ilość spoconych turystów dowożonych tam rzekami autobusów sprawiła, że zmieniliśmy plany. I na szczęście! Podążyliśmy na naszych dzielnych dwukołowych rumakach śladem malutkich świątyń, jadąc tuż przy paśmie górskim otaczającym Kioto.

Tu akurat tłumy podążające śladem pochodu, ale mniejsze niż przy Złotej Pagodzie. Uff!

Wycieczka ta sprawiła, że już całkiem zmieniłam zdanie o tym mieście! Tu są bajeczne zakątki. Niektórzy mieszkają w otoczeniu zieleni, w cichych i spokojnych rejonach. Widzieliśmy niemal każdą formę zabudowy wraz z… szeregówkami, o których pisałam, że ich nie ma! Widzieliśmy piękne wypasione domy i domki o szerokości 3 metrów, byliśmy świadkami, jak dzieci bawią się na placu zabaw i na kameralnych uliczkach. Widzieliśmy nawet przydomowe ogródki z uprawami warzyw! Im dalej od centrum, tym też bardziej mili ludzie. Tu niemal każdy pozdrawiał nas uśmiechem i powitaniem konnichiwa. Trafiliśmy do przyświątynnego, kameralnego, starannie wypielęgnowanego ogrodu, gdzie spędziliśmy kilka godzin, spacerując po wysypanych żwirem ścieżkach, leżąc na ławkach i gapiąc się w niebo. Przyśpiewywał nam jakiś cudny ptaszek zawodzący długimi śpiewnymi gwizdami. Aż serce topniało!



Na terenie świątyni Kamigamo.


Wcześniej zjedliśmy tradycyjną japońską zupę z sobą (cienkim, ciemnym makaronem)
w domowo wyglądającej, lokalnej restauracji. Superprzygoda!


Jak już wspomniałam, dzisiejszy dzień to ach i och, i jeszcze raz ach! Tak to ja mogę zwiedzać! Niech żyją rowery, które dają nam wolność! :)

To już naprawdę tyle! Wielkie pozdrowienia dla wszystkich. Został nam jutro ostatni dzień w Kioto, które zapisze się bardzo miło w mojej pamięci. Potem czeka na nas kolejna była stolica, jeszcze mniejsze miasto, czyli Nara, bowiem cała wycieczka zaplanowana jest tak, że zaczęliśmy od największego miasta, a skończymy na wsi. Minął już półmetek mojego pobytu. Jak ten czas leci!


Buziaki. :)
Gosia

***

No to nara. :)
JolkaM

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...