niedziela, 22 marca 2020

Przerywnik nie na temat

Zdjęcie dla przyciągnięcia uwagi. ;)

Żeby nieco rozładować napięcie zbudowane opowieścią o trzech siostrach kocich ;) opiszę wczorajsze zmagania mieszkanki prowincji w podróży do uzdrowiska.

Uzdrowisko mieści się w województwie kujawsko-pomorskim i ma na imię Ciechocinek. To tam blisko trzy tygodnie temu, a więc jeszcze przed wprowadzeniem obostrzeń z powodu epidemii, po dwuletnim wyczekiwaniu w kolejce, zainstalował się mój tato. Kiedy okazało się, że sytuacja epidemiczna rozwija się raczej w złym kierunku, wprowadzono tam pewne ograniczenia, ale turnus miał do końca przebiegać bez większych zakłóceń i nie przewidywano wcześniejszych powrotów kuracjuszy do domu. Gdy sytuacja zaczęła się zaostrzać, sami z tatą postanowiliśmy, że pojadę po niego, żeby nie narażał się w pociągach czy autobusach, co miało nastąpić w najbliższą środę. Kiedy więc wczoraj około czternastej usłyszałam w telefonie tatę i jego żartobliwe "czy piłaś dziś alkohol?", wiedziałam, co się święci. A ponieważ akurat tego dnia jeszcze się nie napiłam, to nie miałam żadnej wymówki. ;) 
Okazało się, że chwilę wcześniej, w porze obiadowej, kierownictwo ośrodka poinformowało kuracjuszy, że jeszcze tego samego dnia muszą opuścić uzdrowisko - rzekomo w związku z prawdopodobieństwem wprowadzenia ograniczeń w komunikacji między miastami, a także możliwą koniecznością przekształcenia ośrodka w obiekt do wykorzystania przez służby medyczne. 

Spakowałam się i w godzinę wyruszyłam z domu, zaopatrzywszy się w mapkę trasy w telefonie. Z trzech jej wariantów wybrałam taką z najkrótszym czasem przejazdu, żeby móc wracać możliwie wcześnie, bo nie lubię jechać po nocy w nieznanym terenie. W pośpiechu jakoś mi nie przyszło do głowy analizowanie trasy przejazdu; i to było moje pierwsze potknięcie, o czym jeszcze nie wiedziałam. 
Było słoneczne popołudnie, trasa całkiem przyjemna, wokół przyroda otrząsająca się z zimy, której  nie było, mogłam więc obserwować żerujące na polach żurawie, które uwielbiam. Muzyczka gra, ja pomykam. Nawierzchnia drogi znośna, chwilami nawet bardzo dobra - zaobserwowałam przy okazji dość ciekawe zjawisko metamorfozy poszczególnych odcinków wraz ze zmieniającymi się gminami, z czego wysnułam wniosek, że ma to ścisły związek z ich zamożnością lub kwestią wyboru priorytetów przez ich zarządców. Bo oto kończy się jedna gmina, a zaczyna kolejna, i nagle nawierzchnia z lekko podziurawionej i łatanej zmienia się w gładką wstęgę jeszcze pachnącą świeżością. Następna gmina wita kierowców jeszcze wyższym standardem lub wręcz odwrotnie - powrotem do dziur i kolein. Cóż za dbałość o komfort potencjalnie znużonego trasą kierowcy za pomocą ożywiania go różnorodnością nawierzchni!

Tymczasem w okolicy 170. kilometra wlazła mi w oko tablica ze znakiem węzła na autostradzie i... trochę się zaniepokoiłam. Szybko jednak odsunęłam myśl o tym, że moja trasa prowadzi przez autostradę właśnie; na sprawdzanie tego na mapce nie miałam warunków. Po kilku kilometrach, kiedy po prawej ujrzałam z daleka bramki, a miły głos w nawigacji poprosił mnie o skręt właśnie w prawo, to już tylko zbladłam i... skręciłam. Znalazłam się na drodze bez odwrotu, a przede mną te przerażające bramki! Ojej! Zdeterminowana myślą, że przecież nie ma stąd ucieczki, wybrałam jedną z nich, zbliżyłam się do szlabanu i wzrokiem rozbieganym i spłoszonym szukałam jakiejś podpowiedzi, a najlepiej człowieka! Jednak z wielkiej blaszanej szafy nikt nie wychodzi, nie wita mnie chlebem i solą, nie rozkłada czerwonego dywanu. I jeszcze ten brak jakiegokolwiek zapraszającego gestu ze strony szlabanu - za cholerę się nie podnosi! 
Aż zebrałam się w sobie i w ostatnim wysiłku skupiłam wzrok na jakimś przycisku, jedynym chyba sensownym (drugi był opisany jako Alarm, to  jeszcze go nie śmiałam dotykać) i raz kozie na wozie przycisnęłam, niemal kuląc się jednocześnie na siedzeniu, spodziewając się co najmniej ostrzału z broni maszynowej lub otwarcia zapadni pod moim samochodzikiem. Tymczasem - fanfary - z blaszanej ściany wysunął się zadrukowany prostokącik i jednocześnie uniósł się szlaban, na co błyskawicznie zareagowałam wciśnięciem pedału gazu w obawie, by ta upragniona sytuacja nie okazała się ino snem. 

Tym samym znalazłam się po drugiej stronie lustra. Wystraszona do tego stopnia, że nie byłam do końca pewna, czy aby Toruń występuje po drodze do Łodzi, a właśnie taki był kierunek autostrady. 
Szybko odkryłam jednak informację o nieodległym zjeździe na parking i już po 5 km mogłam zatrzymać się i spokojnie zweryfikować swoje położenie. Wybrałam opcję telefonu do przyjaciela, a jego rolę odegrał Igor, który potwierdził, że jestem na dobrej drodze - jak to brzmi! i po kilku głębszych... spokojnie, tylko głębszych oddechach, pojechałam dalej.

Jechało się świetnie, ale spokoju nie dawała mi myśl, że jadę płatną autostradą, a przecież nie uiściłam! Wyobraziłam sobie nawet, że migająca w oddali niebieskość to sygnały świetlne samochodu pościgowego, którym jadą stróże autostrady, by zakuć mnie w kajdany. Ponieważ większość z Was na pewno miała więcej styczności z takimi okolicznościami, wiecie więc, że pospieszyłam się z tymi wizjami, podczas gdy należało spokojnie dojechać do następnych bramek, w których - nie bez małych komplikacji - w końcu zapłaciłam za przejazd. Te małe komplikacje to zgodnie z prawem Murphy'ego wybór niewłaściwej bramki. Gdy w desperacji użyłam przycisku Alarm (a jakże, przyszedł i na to czas!), odezwał się głos, który poinformował mnie o konieczności wjechania inną bramką, w której wreszcie zobaczyłam żywego człowieka! Jakbym dostała skrzydeł, niemal go chciałam uściskać, ale że koronawirus, to ograniczyłam się tylko do zwrotu kartonika i wniesienia opłaty. Gdy po przejechaniu kolejnych piętnastu kilometrów ujrzałam wielką tablicę pt. Ciechocinek, odetchnęłam z ulgą, gdyż jako dziewczyna z prowincji mimo weryfikacji trasy ciągle jednak odczuwałam niepokój, czy aby jadę we właściwym kierunku.

W drodze powrotnej na nasze zadupowo wybrałam trasę z opcją unikaj autostrady.

A na deser taka scenka w ciemności: kilkanaście metrów przed samochodem na lewym poboczu uskoczył do rowu jakiś kłapouchy, a jednocześnie z tego samego miejsca w prawo "uskoczyło" coś, co początkowo wzięłam za sarnę. Kiedy jednak "sarna" z dużego susa wzniosła się w powietrze, rozpoznałam w niej... myszołowa. Sądzę, że moje pojawienie się w tamtym momencie uratowało życie zajączkowi lub królikowi. 

Nie pamiętam z żadnej dotychczas przejechanej trasy tak dużej ilości zwierząt napotkanych po drodze. I takiej ich różnorodności: sarny, zające, myszołów, borsuk, dwa stada jeleni, w tym jedno liczące około dwudziestu sztuk olbrzymów, częściowo przecinających drogę! A na koniec, tuż przed Słupskiem, trafił się jeszcze dzik.  
Zaliczyłam więc wczoraj nie tylko płatną autostradę, ale i nocny przegląd zoologiczny. :)

PS
I żadnych kotów! ;)


To pisałam ja
JolkaM

24 komentarze:

  1. Pierwsza!
    Ależ podróż - z przygodami. Fajnie poczytać przed snem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam jeszcze jedną, ekhm... przygodę i jej efekt pewnie wkrótce otrzymam pocztą, chociaż wcale, kurna, nie zamawiałam. :]

      Usuń
  2. Och, jak ja Cię lubię czytać. Wiem, że to mało poprawny zwrot, ale ja już dawno zapomniałam jak się dobrze pisze.
    Koty tym razem darowały, pewnie w cichej zmowie z innym zwierzyńcem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, dzięki, Ewo, bardzo mi miło, cieszę się, że komuś sprawię odrobinkę przyjemności swoimi wynurzeniami. :)
      Uściski - bezpieczne, wirtualne! ♥

      Usuń
  3. Ale podróż! Dzielnie dałaś radę z tą autostradą:)

    A myszołów został głodny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noo, a naprawdę miałam przez chwilę paniczne myśli... ;)
      Już kiedyś jechałam autostradą, w 2009 roku w okolicy Poznania, ale żadnych bramek jeszcze wtedy nie było. Nie wiem, komu to przeszkadzało. ;)

      Usuń
  4. Oooooooooooooo nie było kotów!!!!?????? ;)
    Ten koronawirus jednak na coś się przydaje, możemy poczytać twoje pisanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Mario, tyle różnych zwierzaków, a kotów nic. Wyjaśnienie jest proste - to jeszcze nie sezon. Od czerwca nie wjeżdżam na żadne trasy, o! ;)

      Usuń
  5. No to byłaś w moich rejonach i znalazłaś się na jedynym krótkim płatnym odcinku chyba dziesieciokilometrowym koło Torunia. Mieszkam również na zadupiu i taki przegląd zoologiczny mamy na co dzień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E, nie, HMJ (ładny nick! :) jechałam tą autostradą około 100 km - od Kopytkowa do zjazdu na Ciechocinek. I ten ostatni odcinek już chyba właśnie nie był płatny, bo rozliczyłam się jakieś 10-15 km przed zjazdem.
      A można wiedzieć, jak nazywa się Twoje zadupie albo chociaż jego najbliższa okolica? :)
      Pozdro!

      Usuń
  6. Hej ..przygodo,że tak powiem.Dobrze ,ze szczęsliwie dojechałaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie! Przyjechałam padnięta. Ale oprócz odległości i emocji związanych z nowościami na trasie doszedł pewnie także lekki stres związany z wiadomo czym. :]
      Co prawda miałam taki wyjazd w planie, ale dopiero za kilka dni i miałam się do niego lepiej przygotować, a przede wszystkim wyjechać wcześniej, z rana, żeby na większym luzie podróżować tam i z powrotem. Ale wyszło inaczej...

      Usuń
  7. Najważniejsze, że dojechałaś szczęśliwie w jedną i drugą stronę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Lidko, po powrocie czułam bardzo duże zmęczenie, ale i wielkie szczęście, gdy weszłam do domu, a tam moje zwierzory, i chłopaki Raj! ;)

      Usuń
  8. Jolu, czy będziesz miała okazję oglądać swoje zdjęcie, zrobione bez Twojego pozwolenia? Dobrze, że jeszcze kotów nie było na drodze. :) :) :)
    Ja też nie lubię autostrad, ale niestety czasami trzeba nimi jechać. Mnie się trafiła przygoda z autostradą, cztery i pół roku temu, jakiś miesiąc od otrzymania prawka. Wracałam z Mamcią od moich wnuczek, a Jej prawnuczek i syn zapomniał powiedzieć mi, że zmieniono wjazdy na A1, ze starą trasą i władowałam się na A1, kierunek Wrocław. Byłam mokra z przerażenia, kiedy powiedziałam mamci, co się stało, ta spokojnie, to przenocujemy we Wrocławiu i wrócimy rano do Łodzi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boguśka, Twoja Mama bardzo mi zaimponowała!:)
      W kwestii zdjęcia - tak, to będzie właśnie taka pamiątka z Ciechocinka... :]
      Pozdro!

      Usuń
  9. Grzecznie przeczytałam:)). Zdyscyplinowana jestem. A teraz koty:))))))))))))))).

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak bardzo lubię koty (i psy też).

    OdpowiedzUsuń
  11. Ufff. Juz myślałam, że przygarnęłaś stado jeleni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie... Ale myślałam, żeby się tam jeszcze kiedyś wybrać i popodglądać zwietrzory w tamtej okolicy.

      Usuń
  12. ale przygoda, dobrze że wszystko szczęśliwie się skończyło :)

    OdpowiedzUsuń
  13. IDEALNY MIŁOŚĆ ZAKŁADNIK NA MIARĘ, ABY SKONTAKTOWAĆ SIĘ Z TWOIM ZŁOTYM MAŁŻEŃSTWEM I SZYBKO

    Nie mogę zapomnieć, w jaki sposób Dr PADMAN pomógł mi przywrócić małżeństwo po 4 miesiącach rozstania z żoną bez kłótni, a ona odeszła i nigdy nie wróciła do mnie. Zrobiłem tak wiele, aby ją odzyskać, ale nic nie wyszło zobaczyłem komentarz online, gdy ktoś zeznawał, w jaki sposób dr PADMAN pomógł mu odzyskać żonę i w ten sposób skontaktowałem się z nim za pośrednictwem WhatsApp, a po napisaniu mojego problemu zapewnił mnie, że pomoże mi wrócić z żoną w 24 godziny po rzuceniu zaklęcia miłosnego i po tym, jak rzucił zaklęcie, moja żona wróciła do domu i błagała, że ​​bardzo jej współczuje, że mnie zostawiła, dziś wróciłem z żoną i oboje jesteśmy szczęśliwi i znów żyjemy razem. Wiem, że jest wielu ludzi, którzy chcą odzyskać swoją miłość. Skontaktuj się z Dr Great, ponieważ jest idealną odpowiedzią na Twój problem. Skontaktuj się z nim: Zadzwoń / WhatsApp go: +19492293867 https://twitter.com/padman_dr. Strona internetowa: https://padmanspell.com/index-3.html E-mail: padmanlovespell@yahoo.com

    OdpowiedzUsuń

Fajnie, że piszesz! Pisz, komentuj, daj znak, że jesteś!
Dobrej energii nigdy za wiele. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...